Przed wojną samochody wciąż były pewną rzadkością, ich pojawienie się zmieniło jednak sposób poruszania się po mieście nie tylko zmotoryzowanych, ale też pieszych. Z tego wzięła się potrzeba edukacji w kwestiach, które nam wydają się oczywiste. Niektóre porady przez wielu nie zostały jednak przyswojone do dziś…

W 1937 roku wydawnictwo „Hawu” z Warszawy opublikowało broszurę pt. „Jak należy przejść ulicę”, która zawierała „25 przykazań bezpieczeństwa” wraz z pomagającymi je zrozumieć rysunkami. Poradniczek kosztował zaledwie 10 groszy, czyli mniej więcej tyle, co kilogram ziemniaków. Na pierwszej stronie zachęcał do zakupu „Aby nie narazić się na niebezpieczeństwo lub zapłacenie kary mandatowej a nawet aresztu, zastosuj się do wskazań, zawartych w niniejszej broszurze”.

Ulica Marszałkowska w Warszawie w listopadzie 1937 r. Takie środowisko musiało wydawać się obce przynajmniej osobom po raz pierwszy przybyłym ze wsi do stolicy (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/9/6751/1, domena publiczna)

Nie chodź po jezdni – chyba że masz brudne ubranie

Sygnalizacja świetlna na skrzyżowaniu ulicy Marszałkowskiej z Sienną i Sienkiewicza w Warszawie, listopad 1938 r. (fot. broszurę pt. „Jak należy przejść ulicę”, domena publiczna)

Pierwsza z porad może sugerować, że wielu mieszkańców miasta wciąż przyzwyczajonych było do raczej pustych ulic: „Osoby, idące ulicą, mogą korzystać wyłącznie z chodników”. Nie dotyczyło to jednak wszystkich, gdyż punkt piętnasty głosił: „Stanie i chodzenie po jezdni jest wzbronione; wyjątek stanowią: a) osoby niosące ciężary, b) osoby prowadzące zwierzęta, c) osoby w ubraniach plamiących, d) pochody, orszaki i grupy”.

Co ciekawe, autor broszury nie wspomina o przejściach dla pieszych, choć takowe oczywiście istniały, czasem nawet z sygnalizacją świetlną. Przekraczaniu jezdni poświęca jednak – zgodnie z tytułem – wiele uwagi. Przede wszystkim: „Przechodzić przez jezdnię należy krokiem przyspieszonym, zwracają uwagę do połowy jezdni na pojazdy, najeżdżające z lewej strony, a od drugiej połowy jezdni, z prawej strony”, przy czym „jezdni przebiegać nie wolno”.

Jak przejść przez ulicę?

Nie brak też bardziej drobiazgowych porad i wyjaśnień:

Nie należy przechodzić nigdy bezpośrednio przed, ani bezpośrednio po przejeździe; należy trzymać się co najmniej w odległości 2 metrów od pojazdu, zasłaniającego nam widok, – by lepiej widzieć, co się dzieje na jezdni. Chęć wygrania tych kilku sekund pociąga za sobą codziennie ofiary ludzkie, gdyż na śliskiej jezdni szofer nie może momentalnie zatrzymać maszyny na widok wyłaniającego się nagle przechodnia.

Jeszcze bardziej szczegółowa jest ostatnia wskazówka, napisana z wyraźną troską o to, by została przez każdego dobrze zrozumiana (choć przez to nader zawiła):

Jezdnię przechodzić należy tylko pod kątem prostym. Dlaczego na skrzyżowaniu ulic powinniśmy przechodzić pod kątem prostym, nigdy zaś ukośnie? Przechodząc przez skrzyżowanie pod kątem prostym (prawidłowy sposób – na rysunku gruba linia!), przecinamy 4 razy linię ruchu (A, B, C, D). Przechodząc ukośnie, przecinamy linię 8 razy, jak to wskazuje rycina (1–8). W punktach 2, 3, 6, 7 popadamy w ogień krzyżowy; w punktach 2 i 9 niebezpieczeństwo grozi równocześnie od tyłu, a 4 razy ryzykujemy, że wpadniemy pod powozy zakręcające.

Rysunek przedstawia schemat skrzyżowania ulic z oznaczeniem kierunków ruchu pieszych: nieprawidłowego (linia kropkowana) i prawidłowego (linia czarna)

Zalecenia wciąż aktualne

Wiele miejsca poświęcono w broszurze zaleceniom dotyczącym przemieszczania się po chodniku. Choć ich kategoryczny ton brzmi nieco zabawnie, to jednak również dzisiaj wygodniej chodziłoby się po ulicach miast, gdyby wszyscy stosowali się do porad takich jak: „Na wąskich chodnikach nie wolno iść więcej, niż dwóm osobom obok siebie” czy też: „większe grupy osób mogą się posuwać chodnikiem parami”.

Zatłoczony chodnik i pusta jezdnia na ulicy Nowy Świat w Warszawie, styczeń 1934 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/9/6790/1, domena publiczna)

Tak jak i przed wojną, obecnie również do dobrego tonu należy, by laski i parasole trzymać w sposób nieprzeszkadzający innym pieszym, by nie chodzić na rogach ulic przyspieszonym krokiem (dzięki czemu nie wpadniemy z impetem na kogoś wychodzącego zza rogu) i aby nie rzucać na chodnik resztek owoców mogących powodować czyjeś poślizgnięcie się.

Na aktualności nie straciło również to zalecenie: „Przechodzenie przez ulice wymaga rozwagi, nie należy więc rozpraszać uwagi na czynności postronne, jak przecieranie szkieł, prowadzenie dyskusji, czytanie gazety itp.” Dziś mówi się wszak to samo, tylko gazety zastąpiły smartfony.

Zjawiskiem już dziś raczej niespotykanym jest natomiast „czepianie się pojazdów, będących w ruchu i wskakiwanie do nich” (podobnie jak wyskakiwanie z jadących tramwajów), co rodziło oczywiście zagrożenie wypadkiem. Podobnie nie musimy już pamiętać, że „jeżeli woźnica trzyma bicz wysoko, znaczy to, że chce zatrzymać pojazd. Jeżeli trzyma go w prawej ręce, znaczy to, że chce skręcić w prawą stronę”. Przypomina to, że na przedwojennych ulicach różnego rodzaju konne zaprzęgi były spotykane bardzo często.

Czy naprawdę potrzebna?

Czy tego rodzaju broszury, przeznaczone najwyraźniej dla dorosłych, a nie dla dzieci – były rzeczywiście potrzebne? Warto pamiętać, że każdego roku do dużych miast przybywały ze wsi rzesze ludzi, dla których ruchliwe ulice z dorożkami i samochodami musiały być zupełną nowością. Również powolna motoryzacja – najszybciej postępująca w Warszawie – sprawiała, że warunki panujące na ulicach ulegały ogromnym przeobrażeniom.

Z drugiej strony można mieć jednak wątpliwości, czy poradnik zawierający wskazówki w rodzaju: „usłyszawszy sygnał ostrzegawczy lub nawoływanie, należy obejrzeć się w kierunku głosu” – rzeczywiście mógł się komuś do czegoś przydać. Niska cena broszury i zamieszczenie w niej licznych reklam innych, droższych poradników tego samego wydawnictwa, wskazują na to, że miała ona służyć przede wszystkim promocji innych publikacji. I w tej roli „Jak przechodzić przez ulicę” musiała się chyba sprawdzać. Było to wszak poszerzone wydanie poradniczka „Jak bezpiecznie przejść ulicę” z 1934 r.

Skrzyżowanie ul. Leszno i ul. Rymarskiej w Warszawie, 1930 lub 1931 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/9/6732/1, domena publiczna)
Roman Sidorski
Historyk, redaktor i tłumacz, absolwent UAM w Poznaniu. Od kilkunastu lat zajmuje się popularyzacją historii w Internecie, przez wiele lat związany był serwisem „Histmag.org” jako jego współzałożyciel i członek redakcji. Współpracował z oficynami takimi jak Bellona, Replika, Wydawnictwo Poznańskie oraz Wydawnictwo Znak. Poza „Histmagiem”, publikował między innymi w „Uważam Rze Historia”.