Facebook-icon
Hrabia Tytus

Dzieci czarnej śmierci. Grabarze dżumowi w dawnej Rzeczypospolitej

Każdej nocy na ulice ogarniętych zarazą miast wyjeżdżali budzący odrazę grabarze dżumowi. Spędzali upiorne godziny na grzebaniu wyniszczonych chorobą ciał, a w oczach mieszkańców zasługiwali jedynie na pogardę.

Nieopisana euforia, która ogarnęła ocalałych z największej epidemii w dziejach ludzkości, już w 2. połowie XIV wieku zaczęła ustępować trwałemu pesymizmowi. Młode społeczeństwa europejskie zapewne szybko otrząsnęłyby się z jednorazowej katastrofy, dżuma powracała jednak z przerażającą regularnością, dziesiątkując co kilkanaście lat każde kolejne pokolenie. Pierwsi do beznadziejnej walki stanęli Włosi. Już w XV wieku Wenecja i Florencja powołały do życia urzędy zdrowia i podległe im stałe służby epidemiczne. Rychło stały się one niedoścignionym wzorem dla reszty Europy.

„Triumf śmierci” Pietera Bruegela starszego – obraz wyrażający pesymizm panujący w Europie po kolejnych nawrotach epidemii czarnej śmierci (ok. 1562 r.)

Zarządzanie chaosem

Również w Rzeczypospoliej główny ciężar walki z zarazą spadał na władze miejskie. Te jednak często działały w sposób doraźny. Niejednokrotnie urzędujący rajcy tuż przed opuszczeniem miasta gorączkowo poszukiwali kandydata na tzw. burmistrza powietrznego, któremu mogliby przekazać na czas zarazy niemal dyktatorską władzę. Do jego głównych zadań należała izolacja chorych oraz zapewnienie zaopatrzenia w żywność i pomocy ubogim.

Lekarz w siedemnastowiecznym stroju mającym chronić go przed zarażeniem w czasie zarazy (rys. ze zbiorów Wellcome Library, CC BY 4.0)

W praktyce o realizację tych celów dbały powoływane w tym samym czasie służby powietrzne. Niestety, stojący na ich czele lekarze z reguły maltretowali swych pacjentów upuszczaniem krwi i wywoływaniem potów. Z kolei podlegli im chirurdzy dżumowi z niewiele lepszym skutkiem trudzili się nad przecinaniem i przypalaniem guzów dżumowych.

Wobec oczywistej bezsilności ówczesnej medycyny na pierwszy plan wysuwał się praktyczny problem wyszukiwania, transportowania i grzebania przybywających w zastraszającym tempie zwłok. Zadanie to powierzano grabarzom (kopaczom) morowym znanym także pod łacińską nazwą vespillones.

Upiorna armia

Niższe służby morowe, do których należeli kopacze, osiągnęły imponujący stopień specjalizacji. W szeregach tej osobliwej armii odnajdujemy poszukiwaczy zwłok, mamki morowe, karmiące niemowlęta po zadżumionych, czyścicieli zapowietrzonych domów czy „wyganiaczy ubóstwa”. Ci ostatni prowadzili heroiczne boje z miejscowymi żebrakami, usuwając ich brutalnie poza mury miasta. Dzięki zachowanym aktom miejskim z nowożytnego Lublina wiemy, że większość funkcjonariuszy morowych doświadczała na co dzień skrajnej nędzy, co stanowiło w oczach władz miejskich doskonałe przygotowanie do wykonywania najbardziej odrażających zajęć.

Niewykwalifikowani wyrobnicy i żebracy nie mogli sobie pozwolić na ucieczkę, a infamia ciążąca na zajęciach wymagających fizycznego kontaktu ze zwłokami niewiele ich obchodziła. Istotne było to, że oferowano im solidne wynagrodzenie, godny kwaterunek, a w razie konieczności psychologiczne wsparcie w postaci gorzałki.

Zapotrzebowanie na kopaczy podlegało znacznym wahaniom. W przeciętnym zapowietrzonym mieście najmowano od dwóch do sześciu grabarzy, a w sytuacjach krytycznych liczba ta rosła niekiedy kilkukrotnie. W szczytowej fazie zarazy w Gdańsku w roku 1709 zatrudnienie znalazło aż dwudziestu czterech grabarzy. Z drugiej strony w najmniej zamożnych ośrodkach do pracy przy transporcie i chowaniu zwłok częstokroć zmuszano miejscowych skazańców i prostytutki.

Nietykalni

Władze powietrzne dbały, aby vespillones pozostawali ściśle odizolowani od ogółu mieszkańców. W pierwszym rzędzie służyły do tego osobne domy kopackie, często sytuowane poza murami miasta. Taką samą rolę odgrywał specjalnie oznaczony ubiór. Chociaż występowały tu pewne lokalne odrębności, to niemal powszechnie grabarze morowi nosili znaczone białymi krzyżami czarne płaszcze z głębokimi kapturami. Z wyjątków warto wspomnieć o czerwonych strojach z czarnymi krzyżami w siedemnastowiecznej Warszawie.

Podobnie jak ich włoscy odpowiednicy, polscy kopacze zobowiązani byli do sygnalizowania swej obecności dzwonkiem zamocowanym na wozie z trupami. Zdarzało się również, że zatrudniano osobnego pomocnika, który głośno przestrzegał przechodniów o zbliżaniu się śmiertelnych służb.

„Danse macabre” – drzeworyt Michaela Wolgemuta z 1493 r.

W domowym ognisku zarazy

Niewiele miast mogło pozwolić sobie na utrzymywanie oddzielnych służby rejestrujących zgony. W Warszawie należało to do zadań dziesiętników, w Gdańsku znanych pod nazwą wizytatorów. W innych miejscowościach siejące popłoch zaprzęgi kopaczy systematycznie objeżdżały wąskie uliczki, zatrzymując się przy kolejnych zapowietrzonych domach.

Tam, gdzie stosowano najbardziej drastyczną formę profilaktyki antymorowej, wystarczyło podejrzenie zachorowania u jednej tylko osoby, żeby poddać przymusowej izolacji całą rodzinę. Do pracy przystępowali wówczas od razu najęci przez władze ślusarze, którzy ryglowali bądź zabijali drzwi od zewnątrz. Zgodnie z zasadami ścisłej separacji chorych budynek znaczono wreszcie białym krzyżem. Słusznie, w niedługim bowiem czasie stawał się on grobowcem dla całej rodziny.

Sprzątanie ciał zmarłych w Londynie w czasie zarazy z 1665 r. (domena publiczna)

By wymusić stosowanie się do tak okrutnych zarządzeń, władze posługiwały się surowymi środkami przymusu. W Warszawie w czasie zarazy w roku 1678 każdy, kto zataił śmierć w swojej rodzinie, kończył na szubienicy wystawionej przed jego własnym domem.

Convoi exceptionnel

Naiwnością byłoby oczekiwać od kopaczy wyjątkowej subtelności przy transporcie ciał. Postępującej rutynie towarzyszyły zawsze pośpiech i względy bezpieczeństwa. Nic dziwnego, że ówcześni kronikarze przywoływali prawdziwie gorszące sceny. Oto z trudno dostępnych miejsc wyciągano ciała hakami, jakiegoś żebraka niesiono „jak psa na drągu związawszy ręce i nogi, czego u pogan nie masz”, innym wreszcie razem trupa wleczono uwiązawszy go do końskiego ogona.

Z oczywistych względów na co dzień preferowano bardziej praktyczne rozwiązania. Za takie uznać należy specjalne nosidła przykryte czarnymi całunami, a w trakcie najcięższych epidemii ciągnięte przez konie wozy. I w takich przypadkach dochodziło jednak do nadużyć. W XVII wieku w Toruniu na owych wehikułach, znanych jako Pest-Wagen, jednocześnie przewożono zmarłych na cmentarz i chorych skierowanych do miejscowego lazaretu.

Pogrzeb przemysłowy

Natężenie epidemii można z pewnością mierzyć postępującym ubożeniem ceremoniału pogrzebowego. Zakaz bicia w dzwony, ograniczanie rozmiarów konduktu żałobnego, rezygnacja z trumien i cmentarzy parafialnych, w końcu zaś masowy anonimowy pochówek w niepoświęconej ziemi.

Ten ostatni był w oczach większości niegodnym, wręcz pogańskim procederem. Sytuacji nie poprawiał fakt, że niektórzy kopacze zajmowali się także grzebaniem zwierząt. Nie dziwi zatem, że to właśnie masowe pochówki w dołach morowych natrafiały na najbardziej żywiołowy opór mieszkańców. Świadczyć może o tym pokaźna skala zjawiska, jakim było organizowanie potajemnych pogrzebów.

W Krakowie w 1708 roku skazano na śmierć niejakiego Pawła Pilchowica, który pogrzebał nielegalnie osiem osób z ulicy Mikołajskiej. Zrozpaczone rodziny miały zapewne nadzieję, że po ustąpieniu zarazy przeniosą ciała bliskich na cmentarz parafialny. Mówi o tym wprost spisany w 1625 roku testament wilnianina Jakuba Naporkowskiego, nakazujący spadkobiercom przeniesienie ciała żony, „która leży w domu moim, w ogrodzie zakopana”, do kościoła Bernardynów.

Pogrzeb ofiar czarnej śmierci w Tournai, miniatura z XIV-wiecznego rękopisu

Wiemy wreszcie ze źródeł zachowanych w archiwach warmińskich, że dla absolutnej pewności część chorych samodzielnie zbijała trumny, po czym ostatnimi siłami kopała własne groby.

Dziewiąty krąg piekła

Przytłaczającej większości ofiar zarazy w ich ostatniej podróży towarzyszyli jedynie pogardzani kopacze dżumowi. Wyczerpującą akcję grzebania zwłok na cmentarzach morowych prowadzono z reguły nocą. Nagie bądź zawinięte w płócienne całuny ciała układano w obszernych dołach, przesypując kolejne warstwy ługiem, niegaszonym wapnem lub polewając smołą.

Arnold Böcklin, „Zaraza”, 1898 r.

Przy zdradliwym świetle pochodni i w nieustannym pośpiechu nietrudno było o fatalną pomyłkę. Przytrafiło się to w 1549 roku pewnemu pijanemu do nieprzytomności gdańszczaninowi, który obudził się w towarzystwie dwóch trupów gotowych do pogrzebania. Szczęścia do nadgorliwych kopaczy nie miała też pewna mieszkanka Lublina, która w 1711 roku zeznawała przed sądem: „zostając u kopaczów przez czas niemały, chorowałam i trzy razy po mnie zajeżdżali, chcąc mnie wywieźć i żywą zakopać”.

Pomimo stosowania pewnych metod dezynfekcji, przepełnione, zasypywane w pośpiechu groby czyniły z cmentarzy morowych trwałe rezerwuary zarazy. Sytuację pogarszały stada bezpańskich psów wywlekających spod płytkiej ziemi fragmenty zwłok. W czasie zarazy w 1709 roku władze Olsztynka nakazały okolicznym sołtysom wybijanie wszelkich bezpańskich zwierząt i przekazały na ten cel broń i amunicję. Tego typu akcje miały zasięg jedynie lokalny. Nie znamy z ziem polskich monstrualnych rzezi, które towarzyszyły wybuchom epidemii na zachodzie Europy. W samym tylko Londynie w roku 1665 zabito blisko 4500 psów.

Od wojny, głodu i kopaczy wybaw nas Panie!

Surowość reżimu epidemicznego sprawiała, że funkcjonariusze służb morowych spotykali się z niemal powszechną wrogością. Dotyczyło to nawet lekarzy, którzy niejednokrotnie udawali się do swych pacjentów uzbrojeni. To grabarzy dżumowych uważano jednak za najbardziej zdeprawowanych i chciwych. Według kronikarza toruńskiego niektórzy vespillones, mijając z załadunkiem miejscowe niewiasty, obejmowali je nagle od tyłu, straszyli, a niekiedy nawet zapraszali na swe „schludne wozy”.

Dochodziło również do systematycznego rabowania majątków zmarłych. W Warszawie w 1625 roku wywieszano czterech kopaczy za okradanie ofiar, bezczeszczenie ich zwłok i handel zainfekowanymi przedmiotami. W Krakowie grabarz imieniem Bieniasz stanął na czele miejscowej szajki przestępczej. Wykorzystując swoją funkcję, wchodził do zapowietrzonych domów, w których w razie konieczności skracał cierpienia zarażonych, aby przejąć ich dobra. Okradał także ludzi na ulicach, a nawet handlował materiałami skradzionymi z miejskich arsenałów. Za to wszystko ścięto go przed kościołem Mariackim w 1589 roku.

Dla skutecznego ukrócenia obrotu zadżumionymi przedmiotami równie surowo obchodzono się z ich nabywcami. Służąca z Królewca Barbara Thutin sprowadziła śmierć na siebie i swojego pana, kupując odzież po ofiarach dżumy. Została za to poddana wyjątkowej karze pośmiertnej. Jej ciało ekshumowano, powieszono w trumnie na szubienicy, a po kilku dniach spalono u jej stóp.

Masowy grób ofiar czarnej śmierci Martigues we Francji, lata 1720–1721 (fot. S. Tzortzis, domena publiczna)

Siewcy zarazy

W całej Europie największym nawrotom epidemii towarzyszyły tragiczne w skutkach procesy tzw. mazaczy dżumowych, oskarżanych o celowe roznoszenie zarazy. Ofiarą zbiorowej psychozy padali zarówno Żydzi, włóczędzy oraz starsze kobiety, jak i niżsi funkcjonariusze służb epidemicznych.

W roku 1711 doszło do najgłośniejszego procesu mazaczy na ziemiach polskich. Przed lubelskim sądem wójtowskim stanęło wówczas trzech grabarzy oskarżonych o celowe wzniecanie szalejącej w mieście zarazy. Wezwani świadkowie co prawda niczego nie widzieli na własne oczy, ale zgodnie utrzymywali, że to właśnie kopacze smarowali drzwi śmiertelnym mazidłem i podrzucali mieszkańcom zadżumione gałgany.

Karta z XIV-wiecznego rękopisu z miniaturą przedstawiającą spalenie na stosie Żydów oskarżonych o rozsiewanie zarazy

Oskarżeni z początku zaprzeczali stawianym im zarzutom, jednak gdy przesłuchania przeniesiono do podziemi ratusza, zgodnie z przewidywaniami zaczęli przejawiać większą skłonność do współpracy. Związany przez kata Jakub Szumilas przyznał, iż zdejmował pierścionki i koszule z ofiar zarazy, a wraz z Marcinem Morawskim smarował drzwi na ul. Grodzkiej mózgiem z rozbitej czaszki pomorka.

Wzięty na męki Morawski z każdą kolejną sesją rozciągania linami przypomniał sobie więcej szczegółów procederu. Według jego zeznań kopacze rozbili pięć głów, wydobyli kiszki z kilku ciał, wszystko to wysuszyli i starli na proch, który roznosili po mieście. Przypalony dla pewności Marcin powtórzył wszystko jeszcze raz, dodając, że Jakub mawiał: „Kiedy nie będą ludzie umierali, to nie będziemy mieli co jeść”.

Sędziowie mieli zatem motyw. Ustalono, że trzeci grabarz, Stanisław, odegrał rolę podległą wspomnianej dwójce. Wyrok w złagodzonej formie wykonano 7 marca. Skazanym wpierw ucięto ręce, a później głowy. Korpusy ich ciał pochowano na miejscu kaźni, a odcięte członki wystawiono na palach na widok publiczny.

Na podobną wspaniałomyślność nie mogli liczyć pozostali grabarze oskarżeni o szerzenie zarazy. Pół wieku wcześniej w Górze na Śląsku kopacz imieniem Hering za rozsiewanie proszku z zarazą został poddany makabrycznej kaźni. Na czterech rogach rynku rwano zeń kawały mięsa rozżarzonymi cęgami. Następnie przed bramą Głogowską wycięto mu łydkę u prawej nogi, a na ulicy Starogórskiej u prawej. Nim spłonął na stosie, zdążono jeszcze zedrzeć zeń pasy i poćwiartować jego ciało.

Na koniec warto przypomnieć jeszcze spisek grabarzy-mazaczy z Ząbkowic Śląskich (dawn. Frankenstein) z 1606 roku, który stał się inspiracją dla słynnej powieści Mary Shelley.

Bezimienni bohaterowie

Nawet ci, którzy nie zetknęli się z katowskim instrumentarium, mieli niewielkie szanse na przeżycie. Szczątkowe dane zdają się potwierdzać niezwykle wysoką śmiertelność wśród niższych służb epidemicznych. W czasie zarazy w Warszawie w 1625 roku trzydziestu pięciu zmarłych grabarzy stanowiło aż sześć procent wszystkich ofiar. W tym samym mieście w 1708 roku swą służbę przypłaciło życiem przeszło stu kopaczy. Ówczesne źródła milczą na temat psychicznych skutków długotrwałego kontaktu ze stosami ciał. Wiek XX przynosi w tym względzie przygnębiająco bogaty materiał porównawczy.

Bibliografia

  • Giulia Calvi, Histories of a Plaque Year. The Social and the Imaginary in Baroque Florence, University of California Press, Berkeley 1989.
  • Elisabeth Carpentier, Autour de la peste noire. Famines et épidémies dans l’histoire du XIVe siécle, „Annales ESC”, Vol. 17 (1962), № 6, s. 1062–1092.
  • Samuel Cohn, Cultures of Plague. Medical Thinking at the End of the Renaissance, Oxford University Press, Oxford 2010.
  • Giorgio Cosmacini, Storia della medicina e della sanità in Italia, Dalla peste nera ai giorni nostri, Laterza, Roma–Bari 2016.
  • Jane Stevens Crawshaw, The Beasts of Burial. Pizzigamorti and Public Health for the Plague in Early Modern Venice, „Social History of Medicine”, Vol. 24 (2011), Issue 3, s. 570–587.
  • Stanisław Flis, Dżuma na Mazurach i Warmii w latach 1709–1711, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, r. 1960, z. 4, s. 473–523.
  • Andrzej Karpiński, Kopacze-grabarze morowi w miastach Rzeczypospolitej XVI–XVIII wieku, „Kwartalnik Historii Kultury Materialnej”, t. 62 (2014), nr 3, s. 367–378.
  • Tenże, W walce z niewidzialnym wrogiem. Epidemie chorób zakaźnych w Rzeczypospolitej w XVI–XVIII wieku i ich następstwa demograficzne, społeczno-ekonomiczne i polityczne, Wydawnictwo Neriton, Warszawa 2000.
  • Lloyd Moote, Dorothy Moote, The Great Plague. The Story of London’s Most Deadly Year, The Johns Hopkins University Press, Baltimore–London 2004.
  • Katarzyna Pękacka-Falkowska, Profilaktyka antydżumowa w nowożytnym Toruniu. Na przykładzie działań administracyjnych i leczenia, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2009.
  • Andrzej Wyrobisz, Misericordia pestis tempore. Attitudes and behaviour during pestilences in early modern Poland (16th–18th centuries), „Acta Poloniae Historica”, t. 81 (2000), s. 165–181.
Udostępnij

Łukasz Kowalczyk

Historyk, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (specjalizacja: mediewistyka). Interesuje się historią starożytnego Rzymu, dziejami Kościoła, reformacji i rewolucji oraz historią społeczną i antropologią historyczną.