Tafefobia to strach przed byciem pogrzebanym żywcem, który nieobcy był ludziom żyjącym w XIX wieku. A wśród tych, którzy próbowali walczyć z tą fobią, nie zabrakło pomysłowych poznaniaków.

W 1828 roku Poznań obiegła przerażająca wiadomość – podczas budowy Cytadeli odnaleziono szkielety, które odwrócone były twarzami do ziemi. Wokół znaleziska szybko zaczęły krążyć pogłoski: kości miały należeć do osób, które zostały pogrzebane żywcem i stąd też ich nietypowe ułożenie. Nowiny te wywołały ponoć prawdziwą psychozę wśród poznaniaków. O przerażającym odkryciu rozmawiali nie tylko szarzy mieszkańcy miasta – sprawa znalazła także zainteresowanie wśród znanych wielkopolskich obywateli. Informacje o znalezisku na Winiarach dotarły także do hrabiego Edwarda Raczyńskiego.

Zwrócony w prawą stronę mężczyzna w średnim wieku o szatynowych włosach ukazany od pasa w górę siedzi na fotelu o pomarańczowym obiciu. Ubrany jest w czarny, zapinany na guziki strój z wysokim kołnierzem
Edward Raczyński, portret autorstwa Adolfa Henninga, 1839 r. (ze zbiorów Muzeum Narodowego w Poznaniu, nr inw. MNP FR 613)

W przypadku „śmierci pozornej”

Arystokrata postanowił działać. Po pierwsze, sam obawiał się pogrzebania żywcem. Po drugie, chciał pomóc ogarniętym strachem mieszkańcom miasta. Zdecydował się wznieść Przysionek śmierci czy też Dom dla pozornie zmarłych. Czemu miał służyć taki przybytek? Otóż miały tam trafiać ciała osób, które dręczyła obawa, że zostaną pochowane za życia. W przypadku „pozornej śmierci” i wybudzenia mogły w przysionku liczyć na pomoc stacjonującego tam całą dobę dozorcy.

Pomysł na taki przybytek zaczerpnął Raczyński z Turyngii – tam, w Eisenach, działała już podobna instytucja. Hrabia poprosił więc C.M. Maya, tamtejszego radcę miejskiego, o przekazanie instrukcji dotyczących funkcjonowania tego specyficznego schroniska. Trafiły one następnie do Karola Libelta, który zajął się tłumaczeniem dokumentacji. Na przełożonego zakładu wskazano doktora Ludwika Gąsiorowskiego.

Dom dla pozornie zmarłych otwarty został już po samobójczej śmierci Raczyńskiego, który w testamencie powierzył ufundowanie instytucji swojemu synowi Rogerowi. Przysionek wybudowany został na poznańskim cmentarzu parafii św. Marii Magdaleny na Wzgórzu św. Wojciecha (obecnie Cmentarz Zasłużonych Wielkopolan).

„O pogrzeb lub dalsze powodzenie”

Oficjalnie placówkę otwarto w styczniu 1848 roku. „Gazeta Wielkiego Xięstwa Poznańskiego” donosiła:

Z przedsionka jego dwoje drzwi prowadzi do dwóch sal obszernych, dla obojej płci przeznaczonych, a porą zimową należycie ogrzanych. Na środku tych sal wznoszą się o trzech stopniach rozległe katafalki, na nich stoją kosze, w czasie potrzeby czystą pościelą zaopatrzone. Tu składają się ciała osób w zajmaniu, czyli w letargu zostających. Od rąk i nóg tychże ciał wyciągają się sznury przytwierdzone do dzwonków, umieszczonych w izdebce między dwiema salami położonej, gdzie dozorca miejscowy nieostatnie czuwać jest obowiązany. Skoro za najmniejszym drgnięciem palca u zajmanego – dzwonek ostrzeże dozorcę o jego ocknięciu, ten winien natychmiast, pierwszą pomoc dając sam ocknionemu, przez kogokolwiek z rodziny donieść lekarzowi o zaszłym wypadku.

Zaalarmowany dozorca miał podsunąć pozornie zmarłemu pod nos butelkę ze spirytusem, wlać kilka kropel nafty na język i posmarować naftą okolice serca. A co z osobami, które nie wychodziłyby z „pozornej śmierci”?

Po dostrzeżeniu niewątpliwych znaków psucia się jego ciała, rodzina o swoim koszcie powinna zmarłego lub otrzeźwionego natychmiast z zakładu wynieść i o pogrzeb lub dalsze powodzenie jego się starać.

Raczyńscy mieli utrzymywać placówkę przez kolejne sześć lat – po ich upływie przysionek miał przejść pod opiekę miasta. Jednak mimo lęku mieszkańców Poznania przed pochowaniem żywcem, przybytek ten nie cieszył się popularnością – ostatecznie w 1852 roku zadecydowano o jego rozebraniu. Pieniądze uzyskane ze sprzedaży budulca przeznaczono na pomoc najuboższym.

Przedwcześnie pochowany – obraz Antoine’a Josepha Wiertza, 1854 r. (ze zbiorów Le Musée Antoine Wiertz w Brukseli, nr inw. 1968)

Na ratunek – trumna

Przysionek nie był jedynym poznańskim pomysłem na powrót z zaświatów – w „Dzienniku Poznańskim” z 31 sierpnia 1892 roku poinformowano, że Wojciechowi Kwiatkowskiemu (który był dobrze prosperującym poznańskim ogrodnikiem) przyznano patent na… trumnę ratunkową. Trzy miesiące później za swój wynalazek poznaniak otrzymał nagrodę od Académie des Inventeurs, Industriels et Exposants. „Dziennik Poznański” zachwalał: „Aparat i jego umieszczenie ani z wielkimi kosztami ani trudnościami nie są połączone”.

Jak działała ratunkowa trumna? Zaopatrzona była w rurę, której koniec wystawał ponad ziemię. Osoba przebudzona dzięki prostemu mechanizmowi była w stanie zwolnić blokadę, dzięki czemu z rury na ziemię opadały kolorowe piórka czy nitki, które alarmowały ludzi na powietrzni. Jednocześnie dzięki drożnej rurze „zajmany” mógł oczekiwać na pomoc, mając dostęp do powietrza.

Trumna ratunkowa projektu Kwiatkowskiego (il. domena publiczna)

Oczywiście, zwalczanie tafefobii nie było wyłącznie domeną Poznaniaków. Trumnę ze specjalnym wentylem, który umożliwiał oddychanie pozornie umarłemu wprowadzono do sprzedaży m.in. w Ameryce już w latach siedemdziesiątych XIX wieku. Dla wielu takie wynalazki były niewystarczające – na lęk przed pogrzebaniem żywcem cierpieli m.in. Alfred Nobel, Hans Christian Andersen czy Fryderyk Chopin. Ciekawe, czy ten ostatni słyszał o poznańskim pomyśle Raczyńskiego?

Bibliografia

Skomentuj. Jesteśmy ciekawi Twojej opinii!