Inność od zawsze budziła przeciwstawne uczucia: z jednej strony przerażała, z drugiej fascynowała. Emocje te wykorzystywano, tworząc tzw. ludzkie zoo – miejsca, w których prezentowano przedstawicieli kultur tradycyjnych, stawiając ich na równi ze zwierzętami.

Współcześnie popularne są rozsiane po całym świecie miejsca turystyczne imitujące osady rdzennych mieszkańców danych ziem. W Tajlandii na przykład funkcjonuje wioska plemienia Karen słynącego z widowiskowych kobiecych ozdób – metalowych obręczy zakładanych na szyję, które powodują jej optyczne wydłużenie, a tak naprawdę – zapadanie obojczyków i uszkodzenia strun głosowych.

Przedstawicielka ludu Karen w Tajlandii z charakterystycznymi ozdobami na szyi (fot. Steve Evans, CC BY 2.0)

Zwyczaj ten zaczął zanikać. Młode dziewczyny nie chciały już kontynuować tej tradycji, wolały chodzić do szkoły i funkcjonować wśród innych mieszkańców Tajlandii. Rząd jednak nakłonił je do zachowania dawnych zwyczajów i założył rezerwaty, które odwiedza co roku morze turystów płacących za bilety i robiących sobie pamiątkowe fotografie z tamtejszymi kobietami. Każda z nich staje się eksponatem, odczłowieczonym obiektem pozbawionym prywatności, dekoracyjną niezwykle barwną scenografią, która zachwyca wielu. Tego typu ludzkie wystawy nie są jednak niczym nowym.

Pierwszy kontakt

Geneza ekspozycji przedstawicieli innych kultur sięga korzeniami początków wielkich cywilizacji. Ich społeczeństwa wyraźnie dzieliły swoją rzeczywistość na to co swojskie i na to co obce. Inność była w cenie – atrakcyjni niewolnicy wykorzystywani byli nie tylko, co oczywiste, jako siła robocza, ale także do pokazów i walk na arenach.

Koncepcja fascynującej obcości rozwinęła się zwłaszcza w okresie nowożytnym – w wyniku wielkich odkryć geograficznych oraz opanowania przez Europejczyków nowych, odległych krain. Kontakt z Ameryką, Australią i Oceanią pokazał mieszkańcom Starego Kontynentu nieznane dotąd zwyczaje, stroje, kolory, zapachy i smaki. Już w 1493 roku Krzysztof Kolumb przywiózł do Hiszpanii ze swojej podróży do Nowego Świata pierwszych rdzennych mieszkańców tamtych ziem.

Sprowadzani „dzicy” byli podarunkami dla możnych i arystokratów, którzy finansowali owe zamorskie wyprawy. Prezenty te traktowane były jako osobliwości, którymi można było szczycić się przed gośćmi. Im rzadsze były posiadane eksponaty, tym bardziej rósł prestiż kolekcjonera. Jednym ze słynniejszych renesansowych amatorów fascynujących żywych obiektów – zwierząt i ludzi – był kardynał Hipolit Medyceusz (1511–1535). W swej menażerii w Watykanie zgromadził przedstawicieli wielu kultur z całego świata, m.in. Maurów, Tatarów, Turków, Indian i Afrykańczyków. Wykorzystywał ich też do przeróżnych zadań – jazdy konnej, zapasów, polowań itp. Gdy możny zmarł, jego egzotyczna świta niosła na swych barkach jego zwłoki na miejsce wiecznego spoczynku w Rzymie.

Podobnie czyniono także w nowożytnej Francji. W roku 1550 w Rouen z okazji wizyty króla Henryka II i Katarzyny Medycejskiej stworzono imitację naturalnych rozmiarów wioski rdzennych mieszkańców Brazylii. Do inscenizacji polowania, zbierania pożywienia, a także walki między dwiema wrogimi grupami z użyciem autentycznej broni (część z niej miała później trafić do królewskiej kolekcji) zaangażowano 300 osób, z czego ok. 50 stanowili autentyczni mieszkańcy Nowego Świata.

Kardynał Hipolit Medyceusz – właściciel jednej ze słynniejszych renesansowych ludzkich menażerii; obraz autorstwa Cristofana dell’Altissima sprzed 1605 r. (ze zbiorów Gallerii Uffizi we Florencji)

Również mieszkańcy Rzeczypospolitej, wraz ze wzrostem jej potęgi, coraz częściej stykali się z egzotycznymi – z ich punktu widzenia – kulturami. Nierzadko podchodzili do nich z dużą nieufnością. Już od schyłku średniowiecza znali dość dobrze Turków i Tatarów, a wiek XV przyniósł także kontakty z Persją. Osoby czarnoskóre natomiast Polacy widywali rzadziej, Japończyków zaś i Chińczyków kojarzono nad Wisłą ze względu na utrzymywane ze Wschodem relacje handlowe. Tych ostatnich narodów nie uznawano zdecydowanie za barbarzyńców, ponieważ znane były ich dokonania na polu nauki i kultury. Inaczej traktowano mieszkańców Ameryki, którzy postrzegani byli jako krnąbrne „dzikusy”. Wiadomo, że kanclerz wielki koronny Krzysztof Szydłowiecki prosił w 1529 roku Jana Dantyszka, dyplomatę na dworze hiszpańskiego monarchy, o przysłanie choć jednego tubylca z ziemi odkrytej przez konkwistadora Hernána Cortésa (1485–1547).

Wyobrażenia o ludziach obcych kultur traktowano także jako kostium na wszelkiego rodzaju maskaradach, balach czy pochodach organizowanych z okazji przyjazdu ważnych dostojników, a także w święta kościelne. Egzotyczne szaty były sumą stereotypów o mieszkańcach innych kontynentów. Dla przykładu, królową Elżbietę Rakuszankę (1436/1437–1505) witali w Krakowie trębacze w strojach z papuzich piór, co miało nawiązywać do ubioru mieszkańców Ameryki, a króla Jana Kazimierza Wazę w 1651 roku gdański cech kuśnierzy przyjął w afrykańskich kostiumach (przebrania wykonane według tego ostatniego motywu często pojawiały się zresztą w staropolskim teatrze). Niekiedy w trakcie pochodów przedstawiani byli reprezentanci wszystkich kontynentów, co miało tworzyć obraz całego świata. Nie chodziło o odwołanie się do rzetelnych informacji, a raczej do funkcjonującego mitu i wspólnoty wyobrażeń. W całej Europie zapanowała wtedy moda na Czarny Ląd i szerzej – egzotykę.

Późniejsze ludzkie menażerie paradoksalnie podtrzymywały te stereotypy. Choć przynosiły możliwość bezpośredniej konfrontacji z osobami z dalekich krain, to jednak – ze względu na sposób prezentacji – wciąż głęboko utwierdzały błędne przekonania i wizje Europejczyków.

Smutny los Saartjie Baartman

Opanowywanie nowych terenów przez Europejczyków doprowadziło do popularyzacji nowej praktyki – prezentacji w formie obwoźnych menażerii niezwykłych ludzi-eksponatów. Często pokazywani byli oni w klatkach w otoczeniu zwierząt, paradując pół nago lub bez jakiegokolwiek okrycia przed zachodnią publicznością ciekawą egzotyki i kolonialnych odkryć. Początkowo była to rozrywka dla bogatszej warstwy społeczeństwa.

Karykatura Saartije Baartman, początek XIX w. (autor nieznany)

Jednym z najgłośniejszych przykładów ludzkiego eksponatu była Afrykanka, nazwana przez Holendrów Saartjie Baartman (znana była również jako „hotentocka Wenus”). Jej charakterystyczna fizyczność budziła powszechne zadziwienie. Jako przedstawicielkę ludu Khoikhoi cechowała ją steatopygia, czyli skłonność do gromadzenia się tłuszczu na pośladkach, a jej wargi sromowe mniejsze były przerośnięte (tzw. fartuszek hotentocki).

Saartjie urodziła się prawdopodobnie w pobliżu rzeki Gamtoos (obecnie Prowincja Przylądkowa Wschodnia w Republice Południowej Afryki) około 1789 roku. Jej rodzice umarli, kiedy była dzieckiem, a jej partnera zabili holenderscy koloniści. W tym samym okresie straciła także swoje dziecko. W październiku 1810 roku Saartjie, choć niepiśmienna, podpisała rzekomo kontrakt z angielskim chirurgiem okrętowym Williamem Dunlopem i przedsiębiorcą Hendrikiem Cesarsem, w którego domu pracowała. W myśl tego dokumentu miała popłynąć na Wyspy Brytyjskie, aby występować na publicznych pokazach.

Jako atrakcja prezentowana była w klatce, przez pierwsze cztery lata w Anglii (najdłużej w Londynie) i Irlandii. Na scenie londyńskiego Piccadilly Circus nosiła obcisłe, cieliste ubranie, a także koraliki i pióra. Paliła również fajkę. Aby uatrakcyjnić widowisko, zmuszano ją do pokazów tanecznych i gry na instrumentach. Zakładano jej nawet obrożę. Zamożni klienci mogli płacić za prywatne pokazy w swoich domach, a gościom wolno było ją dotykać. Po występach na Wyspach przebywała krótko w Holandii, a od 1814 roku w Paryżu, gdzie została sprzedana cyrkowemu treserowi zwierząt. Mężczyzna najpierw wynajmował ją paryskim antropologom jako obiekt pseudonaukowych badań na temat „podczłowieka”, a później prostytuował w knajpach. „Hotentocka Wenus” stała się również tematem dzieł ówczesnych artystów.

Saartjie zmarła w wieku 26 lat, zapewne z powodu zapalenia płuc, syfilisu lub alkoholizmu. Jej ciało stało się obiektem medycznych doświadczeń. Afrykance wykonano odlew gipsowy, a mózg, odbyt i narządy płciowe zostały zakonserwowane i umieszczone w słoikach z formaliną. Szkielet zachowano osobno. Spreparowane szczątki pokazano na wystawie paryskiego Muzeum Człowieka, gdzie były dostępne dla zwiedzających aż do 1974 roku.

Od lat 40. XX wieku mieszkańcy Republiki Południowej Afryki zabiegali o zwrot ciała Saartjie. Po wygranych wyborach w 1994 roku prezydent Nelson Mandela zintensyfikował te działania. Rząd francuski wyraził zgodę na przekazanie szczątków Afrykanki dopiero w 2002 roku. Pochowano ją w Hankey w Prowincji Przylądkowej Wschodniej, 192 lata po tym jak opuściła swe ojczyste ziemie.

Saartjie Baartman i ciekawscy widzowie, akwaforta z 1815 r. (ze zbiorów Bibliothèque nationale de France, département Estampes et photographie, RESERVE QB-370 (70)-FT 4)

Ludzkie zoo, nieludzkie traktowanie

Pokazywanie pojedynczych mieszkańców innych części świata nie wystarczyło ludziom Zachodu. Potrzebowali coraz to nowych atrakcji. Ze względu na popularność zwierzęcych menażerii, fascynację egzotyką i dzikością starano się wymyślić podobną rozrywkę. Chętnie sprowadzano osobniki różnych gatunków należących do pozaeuropejskiej fauny, ale wymagało to bardzo wysokich nakładów finansowych. Transport zwierząt, następnie ich utrzymanie oraz ekspozycja były niezwykle kosztowne.

Reklama jednej z wystaw Carla Hagenbecka, 1886 r. (litografia autorstwa Adolpha Friedländera)

Niektórzy zaczęli dochodzić do wniosku, że mniej kłopotliwe i bardziej opłacalne będzie pokazywanie ludzi z odległych krain. Popyt tworzył podaż, dlatego szybko zaczęły powstawać ogólnodostępne, przyciągające tysiące zwiedzających wystawy pozaeuropejskich grup etnicznych, nazwane współcześnie ludzkimi zoo (ang. human zoo). Podczas takich ekspozycji podkreślano głównie kulturalne różnice pomiędzy rdzennymi mieszkańcami dalekich lądów a przedstawicielami zachodniej cywilizacji, oczywiście na korzyść tych drugich.

Pokazy ludzkich zoo miały również silny kontekst seksualny. Fantazje erotyczne Europejczyków w XIX wieku były kulturowo skrępowane. Tymczasem oglądanie nagich kobiet przywiezionych z Afryki akceptowano społecznie jako przejaw godnego pochwalenia zainteresowania wykształconych osób ludami „prymitywnymi”. Dlatego też celowo akcentowano ich fizyczność, by dodatkowo pobudzać wyobraźnię zwiedzających. Mimo że mieszanie się ras było w ówczesnej Europie piętnowane, odwiedzający tego typu wystawy mężczyźni nierzadko dopłacali, by spędzić noc z egzotyczną kobietą, arystokratki zaś wypożyczały sobie młodych mężczyzn, zafascynowane ich muskularnymi, ciemnymi ciałami.

Ludzkie zoo osiągnęły swoją największą popularność w latach 70. XIX wieku, w początkowym okresie imperializmu. Carl Hagenbeck, niemiecki handlarz dzikimi zwierzętami i właściciel kilku cyrków objazdowych, zdecydował się w 1874 roku na zorganizowanie wystawy Samoańczyków oraz Lapończyków. Po jej sukcesie wysłał w 1876 roku swojego przedstawiciela do rządzonego przez Egipcjan Sudanu w celu przywiezienia z tego kraju dzikich zwierząt oraz Nubijczyków. Jego agent udał się również na Labrador, by pozyskać Inuitów, którzy pokazywani byli później w Hamburgu.

Pod koniec XIX wieku Hagenbeck organizował liczne wystawy rdzennych mieszkańców różnych części globu (niem. Völkerschauen), przedstawianych z oryginalnymi namiotami, w towarzystwie fauny, zmuszanych do odgrywania scenek rodzajowych. Stały się one obwoźną atrakcją w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii. Oglądało je nawet kilkadziesiąt tysięcy osób dziennie.

Obok ekspozycji organizowanych przez prywatnych przedsiębiorców ludzkie zoo powiązane były także z ogromnymi, odbywającymi się od połowy XIX wieku międzynarodowymi wystawami (powszechnymi i kolonialnymi). Przełomową dla omawianego zagadnienia okazała się ta, która miała miejsce w 1878 roku w Paryżu będącym światową stolicą ludzkich zoo. Organizatorzy sprowadzili z francuskich kolonii, Indochin, Senegalu i Tahiti, blisko 400 tubylców, których przyodziano w rytualne stroje. Prezentowani byli w ramach tzw. „murzyńskiej wioski” (fr. village nègre), a wystawę odwiedziło łącznie 16 milionów osób.

Atrakcje w postaci ludzkich zoo stały się standardem podczas wielkich wystaw, powstały nawet firmy, które zajmowały się ich tworzeniem. Późniejsza Exposition Universelle w Paryżu, z 1889 roku, powiązana była z otwarciem słynnej do dziś wieży Eiffla. Do stolicy Francji znów przybyły miliony widzów, którzy również tym razem mogli oglądać „dzikich”. Zbudowano wówczas orientalną ulicę – „La rue du Caire”.

Plakat promujący wystawę ludu Khoikhoi w paryskim Jardin d’Acclimatation, ok. 1870 r.

Oficjalnie kolejne paryskie ekspozycje miały służyć promowaniu kulturowego bogactwa francuskiego imperium, lecz w rzeczywistości zaspokajały przede wszystkim ciekawość zwiedzających. Przynosiły przy tym ogromne zyski – w rekordowych sezonach sprzedawano na nie ponad 30 milionów wejściówek. Podobne ludzkie ekspozycje organizowały także, we własnym zakresie, ogrody zoologiczne. Między 1877 a 1912 rokiem w Jardin d’Acclimatation w Paryżu zorganizowano około 30 wystaw etnologicznych znacznie zwiększając dochody tej placówki. Warto dodać, że rdzenni mieszkańcy różnych regionów świata pokazywani na paryskich ekspozycjach często zamknięci byli w klatkach, półnadzy lub całkowicie obnażeni.

Tego typu wystawy nie ominęły także terenów dzisiejszej Polski. W 1876 roku dyrekcja zoo w niemieckim wówczas Wrocławiu postanowiła zorganizować pierwszą taką ekspozycję. Najbardziej popularna odbyła się w 1904 roku i prezentowała sprowadzonych Tunezyjczyków. Towarzyszyła jej również m.in. nauka jazdy konnej, strzelanie z łuków i rzucanie dzidami. W ciągu jednego dnia ogród zoologiczny odwiedziło 41 tys. zwiedzających. Wystawy takie, trwające zwykle kilka tygodni, organizowano jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym.

Zbliżone do wystaw międzynarodowych były również organizowane od połowy XIX wieku wystawy misyjne (ang. missionary exhibitions) – katolickie i protestanckie. Prezentowały przedstawicieli rdzennej ludności różnych części świata, ale zdecydowanie rzadziej i raczej w lepszych warunkach. Choć w pewnej mierze miały także charakter komercyjny (wstęp był płatny, a na miejscu sprzedawano wytwory pozaeuropejskich grup etnicznych), starano się uzmysłowić podczas nich potrzebę prowadzenia działalności misyjnej na odległych lądach. Do najbardziej spektakularnych należała wystawa amerykańskich metodystów zorganizowana w Columbus w 1919 roku, podczas której zaprezentowano setki ochrzczonych przedstawicieli kultur tradycyjnych w ich dawnych strojach.

Ludzkie zoo w Nowym Świecie

Ota Benga w zoo na nowojorskim Bronksie, 1906 r. (fot. ze zbiorów Biblioteki Kongresu USA, digital id: ggbain 22741)

Nawet w okresie wystaw międzynarodowych kontynuowano na świecie ekspozycje pojedynczych osób. Jednym ze słynniejszych przykładów tego zjawiska na początku XX wieku jest historia kongijskiego Pigmeja – liczącego 150 cm wzrostu Ota Bengi. Trafił on z Afryki do Ameryki w 1904 roku, zachęcony wraz czterema innymi przedstawicielami swojej grupy etnicznej przez podróżnika Samuela Phillipsa Vernera, który wykupił go wcześniej od handlarzy niewolników.

Verner pracował na zlecenie Williama McGee, dyrektora Biura Amerykańskiej Etnologii w Instytucie Smithsona, którego zadaniem było przygotowanie antropologicznej części wystawy światowej organizowanej w St. Louis. Badacz utrzymywał, że biała rasa stoi na najwyższym szczeblu ewolucji. Ponieważ Pigmeje byli tak różni fizycznie od przedstawicieli Zachodu, McGee wierzył, że są ogniwem łączącym ludzi i małpy. Podczas ekspozycji sensację wzbudzały zwłaszcza zęby Ota, które zostały zaostrzone w dzieciństwie w ramach jednego z rytuałów.

Po zakończeniu wystawy, w 1905 roku Verner zabrał Pigmejów z powrotem do Konga, jednak Ota, który towarzyszył Amerykaninowi w jego wyprawach, zdecydował się ostatecznie znów pojechać z nim do Stanów Zjednoczonych. Afrykańczyk trafił w 1906 roku do ogrodu zoologicznego na nowojorskim Bronksie, gdzie początkowo miał otrzymać pracę jako opiekun zwierząt. Szybko jednak zauważono, że dla odwiedzających jest on większą atrakcją od tamtejszej fauny, dlatego też dyrektor placówki uczynił go jednym z eksponatów, dołączając do małp. Widowisko przyciągało licznych zwiedzających przez kilka miesięcy, którzy za drobną opłatą mogli robić zdjęcia Pigmejowi. Jednego dnia Otę mogło obejrzeć nawet 40 tys. osób.

Interwencja czarnoskórych duchownych pomogła w uwolnieniu Kongijczyka, jednak nigdy już nie wrócił on do ojczyzny. Próbowano mu pomóc – Pigmej najpierw otrzymał możliwość mieszkania w sierocińcu w Nowym Jorku prowadzonym przez Afroamerykanów, następnie zaś zaopiekowała się nim rodzina McCray w Lynchburgu w stanie Wirginia. W 1916 roku, z powodu braku możliwości powrotu do Konga, popełnił samobójstwo.

Kres ludzi eksponatów?

Do upadku ludzkich zoo przyczyniły się wielki kryzys (1929–1933), szybki rozwój kina, tragiczne doświadczenia II wojny światowej, jak również upowszechnianie się w późniejszych latach międzynarodowej, a nawet międzykontynentalnej turystyki. Niedawne wystawy stały się zbyt drogie, coraz mniej ciekawe i wreszcie wstydliwe. Większość państw prawnie zakazała urządzania podobnych spektakli.

Za ostatnią tego typu ekspozycję uznaje się blisko trzystuosobową „wioskę kongijską” z Wystawy Światowej w Brukseli z 1958 roku. Organizatorzy starali się demonstrować podczas niej pozytywne aspekty „cywilizowania” mieszkańców ich ówczesnej kolonii, która w rzeczywistości przez wiele lat była bardzo brutalnie zarządzana. W trakcie pięciu miesięcy w ogrodzonej osadzie zmarło co najmniej kilkunastu Afrykańczyków. Wszystkich pochowano we wspólnej, nieoznaczonej mogile.

Filipińczycy odtwarzający Taniec Wojenny na wystawie Alaska-Yukon-Pacific-Exposition w Seattle, 1909 r. (fot. Arthur Churchill Warner, ze zbiorów University of Washington Libraries, sygn. PH Coll 777 Warner.1018)

W okresie organizowania ludzkich ekspozycji przewinęły się przez nie tysiące osób służących za eksponaty. Choć znaczna część z nich zgadzała się na wzięcie udziału w tych przedsięwzięciach, to jednak nie zdawali oni sobie sprawy z trudów podróży i warunków, które będą panowały na miejscu. Nie są znane imiona większości z nich. Osoby te były poniżane, dyskryminowane i nie miały żadnych praw politycznych, nawet po oswobodzeniu. Na ogół nieszczęśnicy ci nie mogli nigdy powrócić do swojej ojczyzny. Wielu z nich zmarło z powodu chorób, używek i samobójstw.

To smutne zjawisko nie zostało jednak zupełnie zapomniane. W 2005 roku londyński ogród zoologiczny postanowił przypomnieć je mieszkańcom miasta, organizując ludzkie zoo. Tym razem jednak żywymi eksponatami byli czterej biali wolontariusze. W tym samym roku podobna inicjatywa, prezentująca afrykańskie rzemiosło i kulturę, miała miejsce w augsburskim zoo w Niemczech. Wydarzenie to zostało jednak powszechnie skrytykowane jako powielający stereotypy przejaw dyskryminacji rasowej. Inne tego typu projekty wystawiennicze miały miejsce od tamtego momentu przynajmniej kilkakrotnie w różnych miejscach świata.

Dzisiejsze ludzkie ekspozycje zazwyczaj wyglądają jednak trochę inaczej. Jak już zostało wspomniane na samym początku, nie są organizowane w Europie czy w Stanach Zjednoczonych, a na ojczystej ziemi rdzennej ludności różnych części świata – w rezerwatach lub zorganizowanych specjalnie dla turystów wioskach. Często Karenowie w Tajlandii, Masajowie w Kenii czy Aborygeni w Australii przebierają się przed przyjazdem gości, aby zapewnić im tym większe złudzenie egzotyki. Zakładają kostium własnych przodków, bo takimi chcą ich widzieć łasi na doznania obcości ludzie Zachodu.

Bibliografia

Opracowania

  • Pascal Blanchard, Nicolas Bancel, Gilles Boëtsch, Eric Deroo, Sandrine Lemaire, Human Zoos: The greatest exotic shows in the West, [w:] Human Zoos. Science and spectacle in the age of colonial empires, Liverpool University Press, Liverpool 2008, s. 1–49.
  • Muzeum sztuki. Od Luwru do Bilbao, pod red. Marii Popczyk, Muzeum Śląskie, Katowice 2006.
  • Hanna Schreiber, Koncepcja „sztuki prymitywnej”. Odkrywania, oswajanie i udomowienie Innego w świecie Zachodu, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2012.
  • Janusz Tazbir, Rzeczpospolita szlachecka wobec wielkich odkryć, Wiedza Powszechna, Warszawa 1973.
  • Luis A. Sánchez-Gómez, Human Zoos or Ethnic Shows? Essence and contingency in Living Ethnological Exhibitons, „Culture & History Digital Journal”, 2 (2) (December 2013), s. 1–25.

Strony internetowe

Aleksandra Jakóbczyk-Gola
Kulturoznawca, filolog i historyk sztuki; kustosz dyplomowany w zespole kuratorów wystawy stałej Muzeum Historii Polski. Współpracuje z Wydziałem „Artes Liberales” i Instytutem Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. W 2010 roku uzyskała tytuł doktora nauk humanistycznych w oparciu o rozprawę „Tradycja akatystowa w literaturze i sztuce polskiego średniowiecza”, która stała się podstawą książki „Akt pamięci. Tradycja akatystowa w kontekście form pamięci” opublikowanej w 2014 roku nakładem Wydawnictw Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się historią dawnej kultury polskiej, w szczególności zagadnieniami związanymi z ikonografią, symboliką, historią muzealnictwa oraz relacjami między kulturą religijną polskiego średniowiecza a tradycjami chrześcijańskiego Wschodu. W 2019 roku opublikowała drugą monografię – „Gabinety i ogrody. Polskie nowożytne traktaty architektoniczne wobec kultury kolekcjonowania”. Uczestniczyła w wielu projektach badawczych, a kilka koordynowała. Jest autorką licznych rozpraw i artykułów w tomach zbiorowych. Aktywnie uczestniczy w pracach naukowych warszawskiego środowiska badaczy kultury staropolskiej.
Mateusz Będkowski
Absolwent Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. W 2011 roku obronił pracę magisterską pt. „Wyprawa Stefana Szolc-Rogozińskiego do Kamerunu w latach 1882–1885”, opublikowaną następnie w „Zielonkowskich Zeszytach Historycznych” (nr 2/2015). Interesuje się losami polskich podróżników i odkrywców na przestrzeni dziejów, szczególnie w XIX wieku. Na ich temat publikował artykuły m.in. w czasopismach „Mówią Wieki” i „African Review. Przegląd Afrykanistyczny”, a także w portalu „Histmag.org”. Część z tych tekstów znalazła się w pięciu ebookach autora z serii „Polacy na krańcach świata” wydanych w latach 2015–2019. Trzy pierwsze z nich ukazały się w formie papierowej w jednym zbiorze pt. „Polacy na krańcach świata: XIX wiek” (Warszawa 2018). Jest także autorem książki pt. „Polscy poszukiwacze złota” (Poznań 2019). Obecnie współpracuje z Muzeum Historii Polski przy tworzeniu wystawy stałej.

Leave a Reply