Znamy ich z telewizyjnego ekranu i teatralnej sceny. Byli wyróżniającymi się aktorami, cenionymi przez publiczność i krytyków. Wszyscy mieli za sobą dramatyczne przeżycia wojenne. Niektóre z nich też nadawałyby się na scenariusz filmu lub serialu. Oto wojenne przeżycia czterech polskich aktorów.

Układamy się w kadłubie na podłodze, spadochrony pod głowami – czekamy. Są to potworne chwile, podczas których przesuwa się przed oczami film całego życia, serce ściska żal, a równocześnie jakby rezygnacja. […] – Uwaga! Siadamy! […] Słychać świst ciętego skrzydłami powietrza. Zapiera oddech. Serce, wszystkie wnętrzności podchodzą pod gardło, dławią. Potworne jest czekanie na zderzenie z ziemią, która Bóg raczy wiedzieć, czy nie wystrzeli w ostatniej chwili pniami drzew lub linią wysokiego napięcia. Wreszcie silne zderzenie, gasną światła, w maszynie błyski detonatorów i dym. Kłęby dymu wciskają się w płuca. […] Maszyna toczy się po ziemi, podskakuje, ryje… Wyłazimy górnym otworem na zewnątrz. Samolot wciąż jeszcze sunie po ziemi.

Mieczysław Pawlikowski jako Telesfor w sztuce „Dom otwarty” w teatrze Syrena w Warszawie, 1961 r. (fot. Edward Hartwig, ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/42/0/2/313/9)

To fragment wojennych wspomnień popularnego aktora Mieczysława Pawlikowskiego, szerzej znanego jako odtwórca postaci Onufrego Zagłoby w filmie „Pan Wołodyjowski” i serialu „Przygody pana Michała”. Był on znanym aktorem teatralnym i filmowym, ale nie wszyscy wiedzą, że miał za sobą ciekawy epizod służby w Polskich Siłach Powietrznych na Zachodzie.

Jesienią 1939 roku przedostał się z okupowanej Polski na Węgry, a potem do Francji. Jako że miał ukończony kurs szybowcowy, skierowano go do lotnictwa. Razem z innymi lotnikami trafił do Wielkiej Brytanii, ale zanim zaczął latać, przydzielono go do Lotniczej Czołówki Teatralnej. Był to zespół aktorski kierowany przez por. Leopolda Skwierczyńskiego, przed wojną aktora teatrów warszawskich i bydgoskich. Czołówka odwiedzała polskie jednostki wojskowe i umilała żołnierzom życie, prezentując komedie Fredry i Bałuckiego. Pawlikowski, który miał naturalny talent aktorski, wystąpił w kilkudziesięciu przedstawieniach.

Z Francji do Anglii w dwa i pół miesiąca

Później artysta trafił na przeszkolenie lotnicze, został bombardierem i otrzymał przydział do polskiego 300. Dywizjonu Bombowego. Latał na bombardowania niemieckich miast i zakładów przemysłowych oraz minowanie francuskich portów i akwenów. W maju 1943 roku jego załogę przeniesiono do 138. Dywizjonu do Zadań Specjalnych RAF. Na samolotach Halifax Pawlikowski i jego koledzy wykonywali nocne zrzuty broni, amunicji i zaopatrzenia dla ruchu oporu we Francji, Belgii, Holandii i Norwegii. Podczas 26 lotu bojowego Pawlikowskiego jego samolot został ostrzelany przez Niemców i musiał przymusowo lądować – w ciemności i ze schowanym podwoziem. To właśnie opis tego lądowania został przytoczony na początku.

Załodze nic się nie stało, maszynę podpalono, a lotnikami szybko zaopiekowali się członkowie francuskiego podziemia. Najpierw podzielono ich na trzy grupy, potem przerzucono w pobliże granicy francusko-hiszpańskiej. W odpowiednim czasie lotnicy pieszo przekroczyli Pireneje. Przez Andorę, Barcelonę i Madryt trafili do Gibraltaru, a stamtąd do Wielkiej Brytanii. Powrót zajął im dwa i pół miesiąca… Był to podobno jeden z niewielu przypadków, gdy zestrzelona załoga w komplecie wróciła do bazy.

Bombowiec Handley Page Halifax w czasie nalotu w pobliżu Marquise w północnej Francji, 6 lipca 1944 r. (fot. ze zbiorów Imperial War Museum, nr kat. C 4458, IWM Non Commercial Licence)

Urodzony Zagłoba

Po tej dramatycznej przygodzie Pawlikowski znów został przydzielony do Lotniczej Czołówki Teatralnej, a nawet kierował nią przez pewien czas. W 1945 roku przeniesiono go do jednostki wyszkolenia bojowego, w której uczył bombardierów, a już po zakończeniu wojny pracował jako korespondent dla Ministerstwa Informacji i Dokumentacji rządu londyńskiego. Ze służby odszedł w stopniu sierżanta, dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych. W sierpniu 1945 roku wrócił do kraju i poświęcił się karierze aktorskiej. Najpierw został spikerem w Polskim Radiu, a potem grał w teatrach, głównie warszawskich. Był cenionym aktorem.

Mieczysław Pawlikowski w 1947 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/3/0/40/844/2)

Grywał też w filmach kinowych i telewizyjnych. Prawdziwą popularność przyniosła mu rola Onufrego Zagłoby w „Panu Wołodyjowskim” Jerzego Hoffmana w 1969 roku. Stworzył tam wspaniałą kreację gadatliwego szlachcica herbu Wczele – pieczeniarza, opoja i fantasty, a jednocześnie sprytnego i wiernego przyjaciela głównego bohatera. Postać Zagłoby wydawała się wręcz napisana dla Pawlikowskiego; niektórzy twierdzili, że był najlepszym filmowym Onufrym ze wszystkich ekranizacji.

Rolę tę Pawlikowski powtórzył potem równie udanie w serialu „Przygody pana Michała”. Jerzy Hoffman chciał go obsadzić także w swojej ekranizacji Potopu, niestety, aktor chorował już wtedy poważnie na serce i musiał odmówić. Zagłobę zagrał – zresztą też świetnie – Kazimierz Wichniarz. Później Pawlikowski dał się zapamiętać jako prowadzący popularny „Podwieczorek przy mikrofonie” w Polskim Radiu. A w spektaklu „Epilog norymberski” zagrał… Hermanna Göringa. Zmarł w 1978 roku.

Między aktorstwem a lataniem

Jeszcze barwniejszy wojenny życiorys miał przełożony Pawlikowskiego z Lotniczej Czołówki Teatralnej – wspomniany Leopold Skwierczyński. Pochodził ze wsi na Podlasiu. W 1928 roku skończył gimnazjum i odbył służbę wojskową w Szkole Podchorążych Rezerwy Lotnictwa w Poznaniu i Dęblinie (ukończył ją jako podchorąży rezerwy). Potem rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim, ale ciągnęło go do aktorstwa, więc przeniósł się do Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej (PIST) w Warszawie.

Jako dyplomowany aktor grał najpierw w stolicy, a potem zaangażował się na prowincji: w Łucku, Toruniu i Bydgoszczy. Po wybuchu wojny został zmobilizowany do 1. Pułku Lotniczego. W walkach nie wziął udziału, 18 września przeszedł granicę z Rumunią. Stamtąd przedostał się do Francji, a następnie do Wielkiej Brytanii. Na Wyspach prowadził wspomniany zespół Lotnicza Czołówka Teatralna, ale to chyba mu nie wystarczało, bo zgłosił się do służby w kraju.

Aktor w wywiadzie

Leopold Skwierczyński w mundurze porucznika lotnictwa, lata 30. XX wieku (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/1/0/7/492/1)

Przeszedł przeszkolenie dla cichociemnych i w nocy z 16 na 17 kwietnia 1944 roku został zrzucony na placówkę w okolicach Sochaczewa (z dniem zrzutu awansował na kapitana). Po aklimatyzacji w Warszawie otrzymał przydział do Wydziału Lotniczego Oddziału III Komendy Głównej AK na stanowisko zastępcy kierownika referatu informacyjno-wywiadowczego (czyli wywiadu). Chyba jednak słabo był zorientowany w planach Komendy Głównej, bo wybuch powstania zastał go nie w dowództwie, lecz na Ochocie. Walczył na terenie tamtejszego IV Obwodu AK.

Po kilku dniach został schwytany przez żołnierzy z Rosyjskiej Narodowej Armii Wyzwoleńczej. Nie rozstrzelano go jednak, lecz trafił do obozu w Pruszkowie, z którego zresztą szczęśliwie uciekł. Pod koniec września przedostał się do Krakowa, gdzie znów wszedł do Wydziału Lotnictwa odtworzonej Komendy Głównej, obejmując stanowisko szefa referatu wywiadowczego. Zajmował się głównie podrabianiem dokumentów dla potrzeb konspiracji. Awansowano go na majora.

Gdy 18 stycznia 1945 roku Armia Czerwona zajęła Kraków, NKWD rozpoczęło w mieście aresztowania akowców. Skwierczyński został zatrzymany 1 lutego. Przetrzymywano go m.in. w więzieniu na Montelupich w Krakowie, w Bytomiu i Katowicach. W jego sprawie interweniował ZASP, dzięki czemu we wrześniu wyszedł na wolność. Wrócił do życia cywilnego i przedwojennego zawodu. Występował w krakowskim Teatrze Starym.

Nowe porządki w kraju chyba nie bardzo mu się podobały, bo 12 sierpnia 1946 roku wyjechał z żoną z Polski, dotarł do Niemiec i zameldował się w dowództwie polskiej 1. Dywizji Pancernej, która pełniła tam służbę okupacyjną. Potem udał się do Londynu, gdzie został zdemobilizowany. Podjął pracę jako kierownik teatru objazdowego „Komedia”, a potem prowadził własny sklep delikatesowy.

Musiał tęsknić za sceną, bo do Polski wrócił w 1957 roku. Zaangażował się w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Wstępował jako aktor, a potem został dyrektorem. Zmarł w 1959 roku. Podczas swojej służby przeszedł przez trzy formacje: lotnictwo, cichociemnych i konspiracyjną Armię Krajową, awansował od podchorążego do majora. Czterokrotnie został odznaczony Krzyżem Walecznych.

Dwa razy ocalony

Andrzej Szalawski (prawdziwe nazwisko Andrzej Pluciński) znany jest zwłaszcza z roli Juranda ze Spychowa w „Krzyżakach”. Jego wojenna historia jest skomplikowana i niejednoznaczna. Przed wojną ukończył PIST, występował na scenach Poznania i Lwowa. Miał dobre warunki na amanta: był wysoki, przystojny, z dobrym głosem. Niestety, rozwijającą się karierę przerwał wybuch wojny. Jako podporucznik został zmobilizowany do 26. Pułku Piechoty, z którym wziął udział w obronie Lwowa.

Andrzej Szalawski (pierwszy od lewej) jako Ferdynand Kokl w sztuce „Henryk VI na łowach” w Teatrze Narodowym, maj 1958 r. (fot. Edward Hartwig, ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/42/0/2/202/27/)

Po kapitulacji nie poszedł do niewoli ani nie zarejestrował się jako oficer zgodnie z poleceniem sowieckich władz. Była to słuszna decyzja, bo dzięki niej Szalawski nie trafił do Katynia jak jego koledzy oficerowie. Gdy jednak Sowieci rozpoczęli aresztowania i wywózki, w obawie o los swój i żony zatrudnił się w działającym oficjalnie Teatrze Polskim Białorusi Zachodniej. Występował w nim w propagandowych sztukach sławiących władzę radziecką. Gdy jednak teatr – zgodnie z sowiecką logiką – został uznany za „gniazdo kontrrewolucji”, Szalawski musiał uciekać do Generalnej Guberni. Został schwytany i pewnie skończyłby marnie, gdyby nie to, że jeden z krasnoarmiejców rozpoznał w nim aktora widzianego kiedyś na scenie. Tak oto udział w propagandowym teatrze uratował mu życie…

Głos ze szczekaczek

Andrzej Szalawski (pierwszy od lewej) jako Ferdynand Kokl w sztuce „Henryk VI na łowach” w Teatrze Narodowym, maj 1958 r. (fot. Edward Hartwig, ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/42/0/2/202/6)

Po ataku Niemiec na ZSRR Szalawski przeniósł się do Warszawy. Nie miał pieniędzy, mieszkania i dokumentów. Groziło mu aresztowanie, a w najlepszym razie wywózka na roboty do Rzeszy. W dodatku ciągnęła się za nim opinia sowieckiego kolaboranta. Rozpaczliwie szukając pracy, zdecydował się zatrudnić jako lektor w niemieckiej kronice filmowej „Deutsche Wochenschau” wyświetlanej w kinach przed filmami.

Zdawał sobie sprawę, co robi. Wiedział, że wcześniej objęcia tej posady odmówili inni polscy aktorzy. Mimo to przyjął posadę. Odtąd odczytywał swoim dobrze ustawionym głosem teksty o militarnych sukcesach Wehrmachtu, polityce Rzeszy na podbitych ziemiach, a także nazwiska Polaków skazanych na śmierć, które nadawano z ulicznych szczekaczek. A w kwietniu 1943 roku odczytał komunikat o odkryciu przez Niemców grobów katyńskich…

Kolaborant czy konspirator?

Jego sytuacja uległa zmianie. Teraz miał dokumenty, dobrze zarabiał i był bezpieczny. Pojawiał się na ulicach Warszawy w eleganckim ubraniu, zadowolony i uśmiechnięty. Grywał też w oficjalnych teatrach. Zawodowemu powodzeniu towarzyszył jednak ostracyzm polskiego środowiska i opinia kolaboranta. Koledzy zwracali mu uwagę, że nie powinien grać w oficjalnych teatrach, a funkcja lektora jest poniżej godności Polaka. Oferowano mu nawet pomoc materialną, byle porzucił te hańbiące zajęcia. Szalawski jednak odmówił. W dodatku jego brat – Michał Pluciński, również aktor – wystąpił w głośnym antypolskim filmie „Heimkehr”, za co władze podziemne skazały go na infamię.

Atmosfera niechęci czy nawet wrogości musiała Szalawskiemu ciążyć, bo jesienią 1941 roku nawiązał kontakt ze Związkiem Walki Zbrojnej i zaoferował współpracę (według innych przekazów to ZWZ zwrócił się do niego z taką propozycją). Został zaprzysiężony jako pracownik Oddziału II Komedy Głównej AK (czyli wywiadu) o pseudonimie „Rafał”. Dzięki swojej pracy w kronice filmowej miał dostęp do istotnych informacji, m.in. na temat niemieckich zamierzeń propagandowych, zbrodni popełnianych na Polakach i osób współpracujących z okupantem.

Dla społeczeństwa sam był jednak kolaborantem. Jego nazwisko w takim właśnie kontekście pojawiało się w prasie podziemnej. Wszystko to sprawiło, że Szalawski postanowił zmienić swoje postępowanie. Podjął starania, by odejść z kroniki, co zresztą nie okazało się łatwe. Udało mu się to dopiero w lipcu 1943 roku, gdy powiedział swoim przełożonym, że podziemie grozi mu karą śmierci.

Andrzej Szalawski (trzeci od lewej) w sztuce „Sen nocy letniej” w Teatrze Powszechnym w Krakowie, czerwiec 1944 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, 3/2/0/-/10287/1)

Z kroniki odszedł, ale nadal występował w oficjalnych teatrach. „Były to sztuki, które grano w Polsce przed wojną” – tłumaczył potem. W maju 1944 roku Tajna Rada Teatralna skazała go na ogolenie głowy. Przyjął wyrok i ogolił się sam… W powstaniu warszawskim udziału nie wziął. Pod koniec wojny trafił do Krakowa i grał w oficjalnym Teatrze Powszechnym.

Do końca życia w hańbie

Po wojnie Szalawski stanął przed komisją weryfikacyjną ZASP i został skazany na trzy lata zakazu uprawiania zawodu. Dostał nakaz pracy w Jeleniej Górze, gdzie był kierowcą, inspicjentem, szoferem. Po dwóch latach pozwolono mu wrócić do grania. Znalazł zatrudnienie w Teatrze Wojska Polskiego w Łodzi, ale już w październiku 1948 roku aresztowało go UB. Stanął przed sądem pod zarzutem kolaboracji. Obciążony przez świadków, dostał cztery lata więzienia, co zresztą nie było wysokim wyrokiem (nota bene jego brata Michała skazano za udział w „Heimkeherze” na pięć lat). Zeznania Szalawskiego o współpracy z podziemiem nie brzmiały wiarygodnie.

Na wolność wyszedł po trzech latach. Wrócił do grania w teatrach, zaczął też występować w filmach. Przejmująco zagrał Juranda ze Spychowa w „Krzyżakach” Aleksandra Forda i fabrykanta Bucholca w „Ziemi obiecanej” Andrzeja Wajdy. W 1966 roku sąd zatarł jego wyrok z 1948, Szalawski nigdy jednak nie doczekał się rehabilitacji, choć bardzo o to zabiegał.

Podobno pojawił się pomysł nakręcenia filmu fabularnego o jego losach zatytułowanego „Lektor”. Reżyserem miał być Janusz Morgenstern, a Szalawski miał zagrać samego siebie. Rzecz nie doszła jednak do skutku. Aktor do końca życia uważany był w środowisku za kolaboranta i otaczał go towarzyski ostracyzm. Zmarł w 1986 roku.

Kierowca gen. Pattona

Inaczej niż w przypadku wcześniej opisanych postaci, na początku nic nie wskazywało, że Leon Niemczyk będzie miał coś wspólnego z aktorstwem. Jego ojciec był muzykiem, podobnie bracia. On sam uczył się – zupełnie bez przekonania – gry na pianinie.

Leon Niemczyk na planie filmu „Odwet”, 1980 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/53/0/10/724/17)

We wrześniu 1939 roku 16-letni Leon odszukiwał w Warszawie niewybuchy i zawiadamiał saperów. Został postrzelony w nogę i przez rok chodził o kulach. Potem wszedł do konspiracji i ukończył podziemną podchorążówkę. W lutym 1943 roku uciekł po wsypie i ukrywał się przed gestapo u znajomych. Wziął udział w powstaniu warszawskim – w kanałach przenosił broń i żywność, przeprowadzał też ludzi.

Po kapitulacji uciekł z transportu do obozu w Pruszkowie. Złapany przez Niemców, został wywieziony na roboty do Norymbergi. Tam przydała mu się dobra znajomość niemieckiego, którego uczył się jeszcze przed wojną. Przydzielono go jako służącego do pewnego niemieckiego generała. W całkiem dobrych warunkach doczekał wyzwolenia przez Amerykanów i wstąpił do 444. batalionu 97. Dywizji Piechoty 3. Armii gen. George’a Pattona.

Niemczyk znał angielski, którego też uczył się przed wojną. Wziął udział w wyzwoleniu kobiecego obozu koncentracyjnego w Czechach – po wojnie jedna z więźniarek rozpoznała go w filmie. Podobno został osobistym kierowcą gen. Pattona. „Zaufałem ci, Polaku, bo należysz do narodu, który potrafi się bić” – miał mu powiedzieć generał. Ponoć przeszedł też przeszkolenie komandosa i miał trafić na front.

Aktor wszechstronny

W 1945 roku wrócił do Polski. Nie mógł się odnaleźć w nowej komunistycznej rzeczywistości, więc postanowił uciec na Zachód. Jego starszy brat Ludwik – też akowiec – przeprowadzał ludzi przez zieloną granicę. 16 grudnia 1946 roku Leon wyruszył razem z nim szlakiem wiodącym przez Czechosłowację i Austrię do Niemiec. Tuż przed granicą, w Cieszynie, zostali aresztowani. Ludwik przeszedł w więzieniu ciężkie tortury, Leon wyszedł po pół roku. Przez lata krążyły plotki – podobno nieprawdziwe – że to młodszy brat zdradził starszego.

Po zwolnieniu Leon nie tracił nadziei na ucieczkę. Zatrudnił się w Stoczni Gdańskiej, bo chciał dostać się na jakiś statek i uciec na Zachód, w wolnych chwilach grał zaś w amatorskim teatrze. Miał talent, więc w 1949 roku zapisał się do studia teatralnego Iwo Galla, a potem trafił do gdańskiego Teatru Wybrzeże. Tak zaczęła się aktorska kariera podchorążego, powstańca warszawskiego i żołnierza US Army Leona Niemczyka.

Występował w teatrach Bydgoszczy, Łodzi, Szczecina i Warszawy, ale jego prawdziwym przeznaczeniem był film. Był aktorem wszechstronnym: grywał amantów, oficerów, królów, hrabiów, robotników, szoferów, przestępców. Na ekranie można go było zobaczyć w roli Fulko de Lorche’a w „Krzyżakach”, herszta Cyganów w „Rękopisie znalezionym w Saragossie”, Dziewiątki w „Bazie ludzi umarłych” i Dziennikarza w „Nożu w wodzie” Romana Polańskiego, pierwszym polskim filmie nominowanym do Oscara.

To dało mu popularność, również za granicą. Ze względu na dobrą znajomość niemieckiego chętnie zatrudniano go w NRD, gdzie został gwiazdą wytwórni DEFA. Grywał w filmach kostiumowych, sensacyjnych, współczesnych, wojennych, zwykle twardych mężczyzn, często przestępców i czarne charaktery. Od 1979 roku skupiał się wyłącznie na karierze filmowej. Występował w filmach polskich, niemieckich, czechosłowackich, bułgarskich, francuskich i angielskich. Nie odmawiał przyjęcia żadnej roli. W sumie zagrał w około 500 filmach. Zmarł w 2006 roku w wieku 86 lat.

Bibliografia

Leave a Reply