Latem 1940 roku III Rzesza znajdowała się u szczytu swej militarnej potęgi. Francja skapitulowała, a Brytyjczycy musieli uciekać za kanał La Manche. Dla wielu obserwatorów sytuacja była jasna – inwazja na Wyspy Brytyjskie była nieunikniona.

Inwazja o kryptonimie Seelöwe pozostaje do dziś jedną z najgoręcej dyskutowanych nieprzeprowadzonych operacji II wojny światowej. Wszystkie sztaby świata przygotowują rozmaite warianty rozwoju sytuacji militarnej, produkując mniej lub bardziej fantastyczne koncepcje działań zbrojnych – tak dzieje się zarówno w czasie pokoju, jak i wojny. Lew Morski nie był jednak teoretycznym ćwiczeniem sztabowym. W portach inwazyjnych zgromadzono już okręty, statki, ludzi oraz sprzęt i oczekiwano na rozkaz wypłynięcia. Takowego jednak nigdy nie wydano. Dlaczego?

Kanał widziany z dwóch stron

Kanał La Manche, zwany też Kanałem Angielskim to w istocie cieśnina morska o szerokości od 240 do 34 kilometrów i średniej głębokości 63 metrów (maksymalnie 174 metrów). W najwęższym miejscu brzegi dzieli więc od siebie odległość niemal równa długości Mierzei Helskiej, a w najszerszym są one od siebie oddalone tylko o 5 km mniej niż wynosi dystans w linii prostej) między Gdańskiem a Poznaniem.

„Nowy Kurier Warszawski”, 1940, nr 153 (2 lipca), s. 1

Każdy, kto zamierza przeprawić się przez kanał La Manche, musi brać pod uwagę nie tylko jego wymiary. Panujące w tym rejonie warunki pogodowe mogą stanowić znaczne zagrożenie dla żeglugi, o czym przekonał się już Juliusz Cezar, gdy lądował w Brytanii pod koniec sierpnia 55 roku p.n.e. Sztorm doprowadził wówczas do zniszczenia części floty inwazyjnej, unieruchamiając jednocześnie na pewien czas ocalałe jednostki.

Zaplanowanie i przeprowadzenie sprawnej inwazji na drugą stronę kanału jest więc olbrzymim i skomplikowanym zadaniem, które powinno się rozpatrywać nie jako forsowanie zwykłej przeszkody wodnej (np. rzeki), lecz w kategoriach przeprawy przez pełne morze. Ta prosta, a wręcz oczywista myśl, bardzo często ucieka twórcom czy dyskutantom zajmującym się kwestią prawdopodobności powodzenia niemieckiej inwazji na Wielką Brytanię latem lub jesienią 1940 roku.

Gott strafe England!

Okładka pudełka z niemiecką propagandową grą planszową

Jedną z najbardziej zaskakujących rzeczy związanych z niemieckimi przygotowaniami do inwazji na Wielką Brytanię jest to, że zaczęły się one bardzo późno. 10 maja 1939 roku wydano załącznik nr 6 do starszej o miesiąc dyrektywy dotyczącej prowadzenia wojny przez niemieckie siły zbrojne w latach 1939–1940.

W części dokumentu odnoszącej się do przewidywanych zadań Kriegsmarine na zachodzie nakazano niemieckiej marynarce wojennej obronę własnego wybrzeża i prowadzenie wojny ekonomicznej polegającej na blokowaniu szlaków handlowych i atakowaniu nieprzyjacielskiej żeglugi – przede wszystkim przy użyciu okrętów podwodnych. Niszczenie portów i stoczni pozostawiono lotnictwu, zaznaczając w ten sposób, że nie planuje się (wzorem lat Wielkiej Wojny) rajdów okrętów nawodnych na brytyjskie wybrzeża.

Powyższe założenia potwierdzono także w Dyrektywie nr 9 z 29 listopada 1939 roku zatytułowanej „Wytyczne prowadzenia wojny przeciwko gospodarce wroga”. Hitler określił w niej Wielką Brytanię jako „duch napędzający” nieprzyjacielskie działania wobec Niemiec i dążył do jej pokonania przez sparaliżowanie brytyjskiej gospodarki za pomocą uderzeń w punkty węzłowe.

Założono, że aby osiągnąć ten cel, zaraz po pokonaniu francusko-brytyjskich sił lądowych i zajęciu północnego wybrzeża Francji Kriegsmarine i Luftwaffe rozpoczną ataki na brytyjskie porty i żeglugę. Na liście celów znalazły się także składy paliw, chłodnie i elewatory zbożowe wskazane jako obiekty ważniejsze (!) od brytyjskich fabryk zbrojeniowych.

Dyrektywa nr 9 jest niezwykle ważnym, acz często pomijanym dokumentem wskazującym na to, że Hitler wcale nie tracił czasu po upadku Francji, udając się na zwiedzanie Paryża i świętując swe zwycięstwo. Führer nie chciał zbrojnie podbić Albionu, lecz chciał go zagłodzić. 2 lipca 1940 roku niemiecki dyktator ogłosił jednak zmianę strategii. „Lądowanie w Anglii jest możliwe, jeśli osiągnięte zostanie panowanie w powietrzu i spełni się inne niezbędne warunki” – powiedział. Dlaczego zmienił zdanie?

„Anglia chciała wojny!” – nagłówek z „Posener Tageblatt”, Jg. 78, Nr. 244 (25 Oktober 1939)

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia… na wybrzeżu

Odpowiedź na to pytanie nie jest ani łatwa ani prosta, biorąc pod uwagę złożoności niemieckiego sytemu decyzyjnego. Pierwsze prace dotyczące zupełnie teoretycznej wtedy możliwości desantu na Wielką Brytanię rozpoczęto jeszcze w listopadzie 1939 roku, były to jednak czysto wewnętrzne rozważania Kriegsmarine, nastawione raczej na przygotowanie sobie zawczasu argumentów przeciwko takiej operacji. Niemieccy admirałowie doskonale wiedzieli, że Royal Navy znacznie góruje nad ich siłami, a jedyne, na co mogą liczyć podczas wojny, to szarpanie przeciwnika na morzu. Warto także zauważyć, że zakładany rozmiar sił „inwazyjnych” określono na 15 transportowców i 7500 ludzi.

Wszystko zmieniło się po upadku Francji. Opromienieni sławą i przekonani o swym potencjale oficerowie wojsk lądowych pragnęli szybkiego i zwycięskiego zakończenia wojny, czyli inwazji na Wielką Brytanię mającej być ukoronowaniem ich zwycięskiego parcia na Zachód i wyrównania krzywd za I wojnę światową. Skoro dotychczasowe działania nie przyniosły pożądanego rezultatu, a Anglicy nie chcieli się porozumieć z Hitlerem, trzeba było ich zmusić do uległości siłą.

Po szybkim zwycięstwie nad Francją niemieckiej generalicji wydawało się, że nadeszła pora, by wyrównać rachunki również z Anglią. Na ilustracji niemiecka pocztówka propagandowa (il. ze zbiorów Biblioteki Narodowej)

Te „lądowe” korzenie planu Seelöwe są jego najważniejszą cechą charakterystyczną, jak również największą wadą. Oficerowie Wehrmachtu postrzegali kanał La Manche jako zwykłą przeszkodę wodną, a samą operację jako forsowanie rzeki, tyle że z samolotami w roli artylerii i okrętami zastępującymi pontony.

Lew Morski nabiera kształtu

16 lipca 1940 roku Hitler wydał Dyrektywę nr 16 nakazującą podjęcie przygotowań do inwazji na Wielką Brytanię. Operacja Seelöwe (Lew Morski) miała być jednak przeprowadzona tylko w ostateczności, „jeśli to będzie niezbędne”. Ten dokument uruchomił mechanizm przygotowań do największej w historii niemieckiej wojskowości inwazji powietrzno-morskiej, jednak bardzo szybko pojawiły się komplikacje. Niemieckie siły lądowe pokłóciły się z marynarką.

Z punktu widzenia Wehrmachtu kluczowym elementem niezbędnym do powodzenia operacji było lądowanie na szerokim froncie, tak by zaskoczyć przeciwnika uderzeniami z wielu kierunków i uniemożliwić mu koncentrację własnych sił. Pierwsza fala musiałaby być przy tym maksymalnie liczna, by dać jej jak największe szanse na przełamanie obrony. Marynarka, mając do dyspozycji niezwykle ograniczone siły i środki, dążyła jednak do zorganizowania „wąskiej” przeprawy, co pozwoliłoby na maksymalne skoncentrowanie jednostek transportowych i ich eskorty, lecz równocześnie sprowadziłoby całą operację do formy większej przeprawy promowej, łatwej do zlokalizowania i zniszczenia przez wroga.

Plan operacji Lew Morski (il. Wereon)

Aby zgromadzić niezbędne siły i środki przeprawowe (łącznie z barkami rzecznymi i kutrami rybackimi) potrzeba było czasu, marynarka ogłosiła więc pod koniec lipca, że najszybciej dadzą radę z przygotowaniami na 15 września 1940 roku. W międzyczasie jednak pojawiła się Dyrektywa nr 17, ponownie kładąca nacisk na walkę ekonomiczną i wyznaczająca lotnictwu „stare” cele, zgodne z duchem Dyrektywy nr 9. Mówiąc wprost, zamiast polować na okręty Royal Navy mogące zagrozić inwazji, Luftwaffe miała nadal atakować magazyny z żywnością.

Dzięki niesamowitemu wysiłkowi całej Rzeszy (i podkopaniu jej ekonomii) do 4 września 1940 roku udało się zgromadzić 168 statków, 1910 barek, 419 holowników i trawlerów, jak również 1600 łodzi silnikowych. Warto przy tym pamiętać, że była to zbieranina wojskowych i cywilnych jednostek pływających różnych kształtów i rozmiarów, ściągniętych z Niemiec i całej ówcześnie okupowanej przez Niemców Europy. Tę „armadę” miało osłaniać zaledwie 19 większych jednostek nawodnych wraz z różnymi pomniejszymi okrętami.

Niemieckie jednostki desantowe przygotowane do inwazji w Boulogne-sur-Mer, czerwiec 1940 r. (fot. ze zbiorów Imperial War Museum, nr kat. MH 6657, IWM Non Commercial Licence)

Brakowało przy tym jakichkolwiek rezerw. Każda zniszczona barka nieodwracalnie redukowała niemieckie zdolności zaopatrywania walczących wojsk czy też przewożenia posiłków. Zgromadzone środki desantowe miały wystarczyć do przerzucenia na drugi brzeg Kanału (I fala) 90 000 ludzi, 4500 koni i 4600 pojazdów, w tym 650 czołgów. II fala miała liczyć dalsze 160 000 ludzi, 34 200 pojazdów i 50 000 koni. Do tego należy doliczyć desant spadochronowo-szybowcowy. Wydawało się, że inwazja jest już bliska.

Ad Kalendas Graecas

Ku zaskoczeniu wielu, rozkaz do inwazji nigdy nie został wydany. Najpierw termin przesunięto na 20 września, potem znowu na kilka dni dalej. Niespodziewanie już 19 września Hitler podjął decyzję o wstrzymaniu koncentracji floty inwazyjnej i rozproszeniu zgromadzonych już jednostek z zastrzeżeniem, że w razie sprzyjających warunków pogodowych mają zebrać się z powrotem w przeciągu 10 dni. 12 października ewentualną inwazję przesunięto na wiosnę 1941 roku, markowano jednak dalsze przygotowania w celach propagandowych. W końcu 10 stycznia 1941 roku wydano prosty komunikat: „Przygotowania nie będą kontynuowane z wyjątkiem rozwoju sprzętu specjalnego i zwodzenia wroga”.

Barka desantowa Pionierlandungsboot 39, jedna ze spóźnionych niemieckich konstrukcji, 1941 rok gdzieś w Rosji (fot. Peter, ze zbiorów Bundesarchiv, Bild 101II-MN-2781-19, CC-BY-SA 3.0)

Dlaczego operacja Seelöwe nigdy nie weszła w życie? Po pierwsze, inwazja na Wielką Brytanię nigdy nie leżała w centrum zainteresowań Hitlera. Ta operacja była ostatecznością, wariantem „B” wobec dążeń do złamania brytyjskiej woli oporu za pomocą bombardowań i ataków U-Bootów.

Co więcej, Luftwaffe nie tylko nie wywalczyła panowania w powietrzu, ale nie była w stanie osłonić portów inwazyjnych przed nalotami RAF, przez co Kriegsmarine straciła jeszcze przed wyjściem floty transportowej z baz ok. 10% jej stanu. Sama niemiecka marynarka wojenna również nie paliła się do skoku przez kanał La Manche. Wydaje się więc, że jedynymi entuzjastycznie nastawionymi do tej koncepcji ludźmi byli przedstawiciele wojsk lądowych, posiadający najmniejsze pojęcie o całej sprawie.

Czy Niemcy mieli szansę zwycięstwa?

Powyższe pytanie przenosi nas w obszar gdybologii, jako że musimy w tym momencie wejść w sferę wydarzeń, które nie miały miejsca. Warto jednak przyjrzeć się temu, jak dalece zaawansowane były niemieckie przygotowania do inwazji na początku września 1940 roku. Najłatwiej jest rozstrzygnąć kwestię uzyskania panowania w powietrzu. Luftwaffe zawiodła wszelkie nadzieje pokładane w niej przez Göringa i Hitlera. RAF, choć jego siły znacząco nadszarpnięto w minionych tygodniach, nadal stawał codziennie do walki, a brytyjski system obrony powietrznej nadal funkcjonował.

Co więcej, niemieckie lotnictwo transportowe nadal podnosiło się po poważnych stratach poniesionych w czasie walk na kontynencie, gdzie w trakcie realizacji początkowych etapów Fall Gelb stracono 2/3 użytych Ju-52. Część z nich naprawiono lub wykorzystano jako magazyny części zamiennych, warto pamiętać jednak, że podczas inwazji na Wielką Brytanię Niemcy nie mieliby przez długi czas możliwości naprawy rozbitych maszyn, co upośledziłoby w znacznym stopniu możliwość zaopatrywania swych wojsk drogą powietrzną.

RAF nie tylko podglądał niemieckie przygotowania, lale robił też wszystko by je zakłócić. Na tym zdjęciu lotniczym widać barki desantowe w porcie w Dunkierce, z których część (w prawym górnym rogu) została zatopiona lub uszkodzona przez brytyjskie bombowce. Znajdujące się na prawo od nich budynki portowe zostały zniszczone. Wzdłuż drogi i torów kolejowych widoczne kratery po wybuchu bomb (fot. ze zbiorów Imperial War Museum, nr kat. C 1819, IWM Non Commercial Licence)

Royal Navy również miała się dobrze. Co ciekawe, we wrześniu 1940 roku brytyjska marynarka wojenna poniosła mniejsze straty (biorąc pod uwagę wody wokół Wysp Brytyjskich) niż w lipcu czy w sierpniu 1940 roku! Do tak zaskakujących wniosków można dojść, analizując listę strat RN w II wojnie światowej. Uwzględniając w zestawieniu uszkodzenia (czasem wielokrotne) i zatopienia dużych okrętów nawodnych, w lipcu doszło do 18 zdarzeń, w sierpniu 12, a we wrześniu 9, w tym zaledwie 4 miały miejsce przed planowanym terminem inwazji!

Jak więc widać, zarówno Luftwaffe jak i Kriegsmarine zrobiły bardzo niewiele, by osłabić brytyjską flotę wojenną. Royal Navy zachowała swój potencjał bojowy praktycznie w całości, a jej istnienie groziło zniszczeniem niemieckiej floty inwazyjnej. Warto przy tym pamiętać, że podczas niemiecko-włoskiej inwazji na Kretę brytyjska marynarka wojenna przez kilka dni uniemożliwiała wysadzenie jakiegokolwiek wrogiego desantu morskiego na wyspę i to w sytuacji całkowitego braku własnego lotnictwa.

Gdyby inwazja się rozpoczęła, tak mogła by wyglądać część floty desantowej. Na zdjęciu niemiecka barka desantowa na jeziorze Ładoga 13 sierpnia 1942 r. (fot. Finnish Wartime Photograph Archive)

Sam Wehrmacht również przygotowywał się do inwazji. Ten element sił inwazyjnych można uznać za najbardziej gotowy, jednak bez szczelnego parasola własnego lotnictwa i osłony Kriegsmarine wojska lądowe nie mogły oderwać się od brzegu. Jeśli jednak niemieccy żołnierze przepłynęliby przez Kanał, czekałaby ich długa i mozolna walka.

Brytyjskie przygotowania

Pierwszą wielką niewiadomą była kwestia zdobycia portu w stanie nadającym się do prowadzenia rozładunku statków. Brytyjczycy wyciągnęli jednak odpowiednie lekcje z walk we Francji i przygotowali się do wysadzenia infrastruktury portowej, zniszczenia stacji benzynowych, zburzenia mostów etc. Potem Niemców czekała droga w głąb lądu.

Wielu autorów zajmujących się tą tematyką nie docenia faktu przesunięcia przez Brytyjczyków głównej linii obronnej daleko od wybrzeży. Nadmorskie umocnienia miały spowolnić inwazję, a nie ją zatrzymać. Prawdziwa lądowa bitwa o Anglię miała rozegrać się w pobliżu specjalnie przygotowanej linii zaporowej, gdzie do akcji wkroczyłyby mobilne odwody, w tym jednostki pancerne, a na tyłach wojsk niemieckich uaktywniłyby się specjalne jednostki komandosów mające na celu atakowanie wrogich składów i sztabów aż do wyczerpania środków walki.

Tak Brytyjczycy wyobrażali sobie zniszczenie sił inwazyjnych – w głębi lądu, nie na wybrzeżu! „The War Illustrated”, 12 lipca 1940, s. 18

O ile w czerwcu 1940 roku armia brytyjska była w opłakanym stanie, to do września miała już na stanie ok. 1,5 mln żołnierzy wspieranych przez ponad 700 czołgów i samochodów pancernych oraz ponad 1,6 mln członków Home Guard. Owszem, siły te cierpiały na niedostatek broni ciężkiej i amunicji, jednak ich przeciwnikiem byłyby wymęczone oddziały niemieckiego desantu, same dysponujące ograniczonymi zapasami amunicji i paliwa. To byłby „mecz” na brytyjskim terytorium i w dużej mierze na brytyjskich warunkach.

Zakończenie

Czy Hitler planował inwazję Wielkiej Brytanii? Tak, z całą pewnością. Świadczą o tym kilometry archiwaliów, łącznie z alianckimi fotografiami portów i materiałami wywiadowczymi. Owszem, cały czas przygotowywano ją jako plan „B”, niemniej tryby wojskowej administracji pracowały wytrwale nad przygotowaniem inwazji aż do września 1940 roku. Dlaczego jednak nie wydano rozkazu do ataku?

Wydaje się, że odpowiedź można zawrzeć w kilu słowach: Wielka Brytania była silniejsza niż Hitler przewidywał. RAF wygrał z Luftwaffe, a Kriegsmarine nie odcięła Wysp od dostaw żywności, broni i amunicji. Brytyjczycy nie tylko chcieli, ale i mieli czym walczyć. Mając Stalina za plecami, Hitler nie zdecydował się na podjęcie ryzyka, koncentrując się zamiast tego na innych operacjach wojskowych.

Lew Morski, planowany z rozmachem, skonał więc w ciszy ministerialnych gabinetów, dołączając do licznego grona wojskowych planów, których nigdy nie zrealizowano.

Tak Amerykanie postrzegali niemieckie zdolności desantowe trzy lata po planowanej inwazji. „Victory Bulletin”, 2 czerwca 1943 r., s. 579

Bibliografia

  • Cajus Bekker, Atak na wysokości 4000. Dziennik wojenny niemieckiej Luftwaffe 1939–1945, Bellona, Warszawa 1999.
  • David John Newbold, British planning and preparations to resist invasion on land, September 1939–September 1940, University of London, London 1988.
  • Derek Robinson, Invasion, 1940. The truth about the Battle of Britain and what stopped Hitler, Constable, London 2005.
  • Egbert Kieser, Operacja „Lew Morski”. Planowana inwazja na Anglię w 1940 roku, Bellona, Warszawa 2000.
  • Fuehrer Directives and other top-level directives of the German Armed Forces 1939–1941, Department of the Navy, Washington 1948.
  • German plans for the Invasion of England, 1940. Operation „Sealion”, [w:] CIA Library, [dostęp: 10 sierpnia 2020], <https://www.cia.gov/library/readingroom/document/519cd819993294098d515d2f>.
  • H.M. Ships damaged or sunk by enemy action. 3rd. Sept. 1939 to 2nd. Sept. 1945, H.M.S.O. London 1952.
  • John Plant, British anti-tank warfare. A history of anti-tank warfare from its inception to the end of the Second World War, MLRS Books, 2008.
  • Leo McKinstry, Operation Sealion. How Britain Crushed the German War Machine’s Dreams of Invasion in 1940, John Murray, London 2015.
  • Łukasz Męczykowski, Uzbrojenie Local Defence Volunteers/Home Guard w latach 1940–1945. Studium z dziejów militarnej kultury materialnej, Napoleon V, Oświęcim 2016.
  • Marek J. Murawski, Samoloty Luftwaffe 1933–1945, t. 2, Lampart, Warszawa 1997.
  • Robert Forczyk, We march against England. Operation Sea Lion 1940-41, Osprey, Oxford 2016.
  • Tadeusz Nowakowski, Mariusz Skotnicki, Jerzy Zbiegniewski, Niemieckie Wojska Spadochronowe 1936–1945, Lampart, Warszawa 1999         .
  • Taylor Downing, Podniebni szpiedzy. Aliancki zwiad lotniczy w II wojnie światowej, Rebis, Poznań 2013.

1 KOMENTARZ

Leave a Reply