Założenie munduru i wyruszenie na front I wojny światowej oznaczało pozostawienie cywilnego życia daleko za sobą. Nie wszyscy jednak odrzucili swoje dawne „ja”. Wśród żołnierzy znalazły się osoby z literackim zacięciem, które dzieliły się swoimi tekstami z czytelnikami gazet z rodzinnych stron.

Pośród autorów relacji z frontu publikowanych w prasie można było znaleźć amatorów pióra, żołnierzy bez specjalistycznego wykształcenia, niezwiązanych zawodowo ze słowem pisanym, wysyłających relacje z pola walki do swoich ulubionych prasowych tytułów. Żołnierzami bywali jednak również literaci, dla których nawet wojna nie stanowiła przeszkody w chociaż częściowym wypełnianiu zawodowych obowiązków. Przedstawicielem tej grupy był Jan Teska, dziennikarz i wydawca z Bydgoszczy.

Z Chojnicy w świat

Jan Teska (1876–1945)

Jan Teska pochodził z podpoznańskiej Chojnicy. Był synem rolnika, ale sam nie zamierzał się temu zawodowi poświęcić. Wyruszył w długą drogę, której celem było zdobycie wykształcenia. Nie było to proste ze względu na brak pieniędzy. O niewystarczających domowych funduszach, które umożliwiałyby swobodną naukę, świadczy fakt, że mały Janek był stypendystą Towarzystwa Naukowej Pomocy dla Młodzieży Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Dzięki otrzymywanym pieniądzom mógł zdobywać wiedzę w stolicy regionu, położonym niedaleko rodzinnej wsi Poznaniu, a konkretnie w Gimnazjum św. Marii Magdaleny. Po zakończeniu tego etapu edukacji wyruszył na studia do Krakowa, gdzie poświęcił się studiom nad językiem i literaturą polską.

Wraz z początkiem nowego wieku rozpoczął pracę zawodową, wiążąc się z polską prasą zaboru pruskiego. Mieszkał kolejno w Poznaniu, Kościanie i Gnieźnie, gdzie redagował kolejne tytuły. Jego karierę dziennikarską przerwało wojsko, gdyż poza nauką i pracą młody obywatel cesarstwa niemieckiego miał również obowiązek odbycia służby w szeregach armii niemieckiej. Zrobił to w poznańskim 47 Pułku Piechoty.

Ciężkie życie wydawcy

W 1907 roku Jan Teska przybył do Bydgoszczy. a rok później był już redaktorem i wydawcą „Dziennika Bydgoskiego”. Swojej aktywności nie ograniczał jedynie do pracy zawodowej, ale dzielił swój czas pomiędzy redakcję a działalność w polskich towarzystwach: Przemysłowym, Czytelni Ludowych i Towarzystwie Gimnastycznym Sokół. Osoby tak aktywnej na polu społecznym nie mogła nie zauważyć pruska policja. Teska kilkakrotnie trafiał za swoją działalność przed sąd, a stamtąd do więzienia. Ostatni raz opuścił więzienne mury (tym razem w Inowrocławiu) w 1914 roku.

Redaktor nie cieszył się długo wolnością, gdyż wkrótce znów upomniało się o niego wojsko, mobilizujące się w związku z rozpoczynającym się wielkim konfliktem. By to, co stworzył, nie przepadło, Teska oddał redakcję i wydawnictwo w administrację swojej żonie Walentynie, która przeprowadziła „Dziennik” przez okres wojny. Zwrócił się także do wiernych czytelników, którzy towarzyszyli jego gazecie od kilku lat:

Ciężkie […] przechodzę koleje i nie mogę zajmować się „Dziennikiem”, którego opiece Waszej polecam. Z całego serca dziękuję Wam za okazywaną dotychczas mnie i pismu mojemu życzliwość i proszę Was gorąco, abyście w tej ciężkiej doli nie opuścili wydawnictwa.

Pierwszy numer „Dziennika Bydgoskiego”, 1907 r.

Teska wkrótce opuścił Bydgoszcz i wyruszył w podwójnej roli w nieznane. Z jednej strony był żołnierzem, spełniającym obowiązek wobec cesarza i niemieckiej ojczyzny, a z drugiej dziennikarzem od czasu do czasu przesyłającym redakcji listy, które następnie publikowane były w „Dzienniku Bydgoskim”, a za jego pośrednictwem przedrukowywane także przez inne lokalne tytuły. Pamiętał o świętach, składając czytelnikom, którzy byli mu bardzo bliscy, życzenia:

Kochani Czytelnicy, daleko znajduję się od Was wśród zawieruchy wojennej, ale sercem jestem przy Was. Daj Boże wszystkim Wam lepszą dolę w nowym roku, aby rychło zagoiły się rany, które wojna zadała […] życzę wszystkim Czytelnikom, Przyjaciołom i Znajomym szczęśliwego Nowego Roku.

Najczęściej jednak opowiadał po prostu w obszernej korespondencji o żołnierskiej codzienności.

Z walk we Francyi. Patrol w zasadzce, „Praca Tygodnik polityczny i literacki, ilustrowany”, 1915, nr 46, s. 1097

Na froncie

A miał co opisywać. W 1914 roku został wysłany na front zachodni, gdzie pozostał do zakończenia wojny. Jak i pozostali wojacy dzielił czas pomiędzy życie na linii walk i na tyłach, dokąd wycofywano dla odpoczynku żołnierzy wyciągniętych z okopów. Mimo oddalenia wciąż docierały do nich odgłosy walk, zwiastujące „bliski upadek miejscowości Ypern, stanowiący klucz stanowisk nieprzyjacielskich. Nieprzyjaciel broni się rozpaczliwie, ale wojska nasze prą z takim rozmachem naprzód, że nic im się oprzeć nie zdoła” – pisał w okresie drugiej bitwy pod Ypres (kwiecień – maj 1915 r.).

Przebywający na tyłach nie tylko słyszeli toczące się w oddali bitwy, ale też obserwowali niezwykłe efekty, jakie powstawały na nocnym niebie wskutek wymiany ognia przez nieprzyjacielskie strony. Wielu żołnierzy oglądało to:

widowisko wspaniałe w swej okropności. Artylerya nasza rozpoczęła nagle o godz. 12 ogień na przestrzeni kilku kilometrów. W tej chwili zaczęła odpowiadać nieprzyjacielska. Na całej linii widać było ciągłe błyski wystrzałów i pękających granatów i szrapneli […] Widok był tem wspanialszy, że noc była ciemna i dla tego błysk każdy tem więcej się uwydatniał.

Niemiecka artyleria w ogniu na froncie flandryjskim, „Praca. Tygodnik polityczny i literacki, ilustrowany”, 1918, nr 3, s. 37

Chwile, w których żołnierz mógł być jedynie widzem, a nie uczestnikiem walk, kończyły się wraz z ponownym wyruszeniem ku rowom strzeleckim, co następowało po kilkudniowym wypoczynku. Teska zapewne nieraz musiał zdążać do okopów ze świadomością, że może już na tyły nie powrócić. Za każdym razem los mu jednak sprzyjał.

„Najstraszniejsze chwile w życiu”

Na wojnie śmierć bezustannie zagląda żołnierzom w oczy. Teska przedstawiał czytelnikom wojnę taką, jaką była, nie starając się niczego ukrywać. Przelał na papier również te „najstraszniejsze chwile w życiu mojem”, które opisał w liście z 26 maja 1915 r. Było to 23 i 24 kwietnia. „Wieczorem 22 kwietnia odbył się szturm na St., który zakończył się odwrotem wojsk nieprzyjacielskich poza kanał”. Teska wraz z innymi szedł wtedy szosą ostrzeliwaną przez wroga. „Nagle zaplątałem się w poprzecinany już zasiek druciany i upadłem tak ciężko na kamienie, że z biedą dowlókłem się do najbliższych domów, które stały po drugiej stronie kanału u przyczółka mostu, wiodącego przez kanał, ponad którym masami przelatywały kule nieprzyjacielskie”.

Podziemna kryjówka niemiecka w rowach strzeleckich w okolicy Ypres, „Wielkopolanin”, 1915, nr 7, s. 1

Z braku sił pozostał w piwnicy zrujnowanego domu, w której rano zaczęto organizować miejsce opatrunkowe. Napływający ranni ściągnęli na schronienie Teski uwagę nieprzyjaciela, który rozpoczął ostrzał:

Granaty biły bezustannie cały dzień w szczątki murów […] Biedni ranni […] krzyczeli w niebogłosy […] Niejeden został tu dobity. Lżej ranni […] schodzili do sklepu, aby tu szukać lepszego schronienia. Dzielni sanitaryusze […] pomagali im jak mogli […] Trzech z nich odniosło poważne rany. Reszta z wyższym lekarzem pracowała dalej, nie zważając na niebezpieczeństwo.

Jednak nawet w piwnicy nie można było czuć się bezpiecznie:

Nagle pękł granat nad naszemi głowami. Nacisk powietrza był taka silny, że posowa się zerwała i spadła mi na hełm […] Miałem uczucie, że granat zerwał mi czaszkę. Dopiero po dłuższej chwili podniosłem rękę i pomacałem czaszkę, a gdym krwi nie spostrzegł, przyszedłem do przekonania, że wszystko w porządku, tylko hełm oberwał porządnie. Powoli rozszedł się tuman kurzu i dopiero wtedy zobaczyłem, że mój sąsiad po prawej stronie nie żyje.

Teska zdołał przedostać się wraz z pozostałymi ocalałymi do innej piwnicy, gdzie oczekiwali „modląc się i na śmierć gotując, do południa 24 kwietnia, bez strawy i kropli wody”. W końcu dziennikarz postanowił opuścić również i to schronienie. Dotarł do żołnierzy innego pułku, z którymi doczekał wieczora. Osłabiony ostatnimi przeżyciami, tylko dzięki pomocy innego żołnierza trafił na wóz, którym wreszcie wydostał się z piekła. „Że po tem wszystkiem jeszcze żyję, uważam to za osobliwą łaskę Boską”.

Niemieccy żołnierze polegli w wyniku eksplozji brytyjskiej miny pod ich okopem w pierwszym dniu bitwy pod Messines (Mesen w Belgii), 7 czerwca 1917 roku (fot. John Warwick Brooke, ze zbiorów National Library of Scotland, sygn. D.1520)

Tragedia cywilów

Nie tylko żołnierze przeżywali ciężkie chwile. Przebywając z dala od swoich względnie bezpiecznych krewnych pozostałych w kraju, Teska obserwował z bliska dramat cywilów mieszkających w sąsiedztwie stacjonującego wojska, jak i tych, którzy uciekli przed nacierającym frontem, pozostawiając cały dobytek na pastwę okupanta i niszczącej wszystko na swojej drodze artylerii. Po zabudowaniach pozostawały nieraz jedynie sterczące gdzieniegdzie ruiny domostw. Widok ten sprawiał wrażenie, jakby „przeszedł tędy straszliwy huragan”. Czytający opisy zniszczeń, jakie dotykały cywilów daleko w Belgii czy we Francji, mogli czuć prawdziwą ulgę, że ten straszliwy los ominął tereny prowincji poznańskiej.

Gdzie tylko spojrzysz, wszędzie pełno sprzętów ze zburzonych domów. Ile dobytku tu zmarniało, tego nikt sobie wyobrazić nie może, kto na to zniszczenie własnemi oczyma spoglądał. Po rowach i dołach, pełnych wody, widnieją resztki wozów, krzeseł, szaf, pościeli, części ubrań itp. Czasem wala się w błocie krucyfiks lub posążek Matki Bożej j Świętych Pańskich.

Jednocześnie tam, gdzie sytuacja się uspokoiła, ludność powracała do swych siedzib oraz przerwanych prac i uczyła się żyć w nowej, wojennej rzeczywistości: „Za frontem ludność belgijska uprawia już od kilku tygodni pola, na których żołnierze ciągle odbywają ćwiczenia”.

Widząc zniszczenia na zachodzie, Teska zdawał sobie sprawę, że podobnie sytuacja wyglądała na froncie wschodnim, na ziemiach polskich, co potwierdzały gazety docierające od czasu do czasu do rąk spragnionych wiadomości żołnierzy. Poruszony obrazem wyłaniającym się z prasowych opisów, przyłączył się do apelu wielu instytucji i znanych szeroko w społeczeństwie osób o finansowe wsparcie rodaków:

Wy […] którzyście w domu pozostali, otwórzcie serca i kieszenie wasze dla nieszczęśliwych ziomków. Niech Was poruszy prześliczna odezwa Sienkiewicza. Weźcie sobie do serca wzniosły list postny ś. p. księdza Arcybiskupa Likowskiego […] Bardzoście już wiele zrobili, bo piękną sumkę złożyliście w «Dzienniku Bydgoskim», ale suma ta jeszcze powinna się powiększyć.

Bezdomni w Królestwie Polskim, „Przewodnik Katolicki”, 1916, nr 43, s. 1

O komunikacji w polu

Wojna jednak to nie tylko walki toczące się na przestrzeni wielu kilometrów, na otwartym polu bądź w miastach. Wojna, a Wielka Wojna zwłaszcza, to także rozwój technologiczny. By nie zanudzać czytelników kolejnymi opisami starć, Teska postanowił przybliżyć im sposób, w jaki porozumiewali się ze sobą żołnierze. Chodziło o komunikację za pomocą kabla telefonicznego. Jak pisał dziennikarz: „ciekawą jest bardzo instytucya telefonu w polu”.

Żołnierz przy telefonie polowym, „Praca. Tygodnik polityczny i literacki, ilustrowany”, 1915, nr 1, s. 3

Żołnierze przeszkoleni do obsługi sprzętu towarzyszyli udającym się w niebezpieczne misje patrolom, które „wszelkie obserwacye” zaraz zgłaszały najbliższej stacji. „Usługi […] jakie kierownictwu armii oddają, są bardzo ważne”. Sieć drutów telefonicznych oplatała tereny walk. Biegły od każdego ważniejszego stanowiska do komendy pułku i dalej „na wszystkie strony”. Nowoczesność wkroczyła na pole bitwy, pozbawiając wojnę tego wątku przygody, który zapewne cechował wiele opowieści i wspomnień z wcześniejszych konfliktów. „Dla tego nie widać dziś prawie wcale owych konnych kuryerów, którzy «z rozkazem wodza» pędzą na spiesznym koniu wśród gradu kul nieprzyjacielskich”.

W każdym pułku znajdowało się ok. pięćdziesięciu żołnierzy telefonistów. Jedną stację obsługiwało zazwyczaj trzech wojaków, „którzy w odpowiednio urządzonych tornistrach noszą stale wszelkie przyrządy i odpowiednią ilość drutu”.

Wraz z zajęciem stanowisk przez oddziały żołnierze ci zabierali się do pracy: kładli kable i budowali stacje. Innym ich obowiązkiem było reperowanie przerwanych w trakcie walk drutów. „Dzieje się to nieraz wśród gradu kul. Przy takiej okazji zginął tutaj swego czasu gospodarz G. z Wierzchocina. Ugodzony został tak małym ułamkiem granatu, że nawet lekarze początkowo stwierdzić nie mogli rany”.

Na wiecznej warcie

W przypadku śmierci żołnierza, gdy tylko było to możliwe, organizowano jego pochówek. Nie byle gdzie jednak, ale na znajdującym się w okolicy cmentarzu parafialnym lub wojskowym, który specjalnie w tym celu zakładano, by oddać cześć zmarłym i poległym, nie tylko z szeregów własnych, ale też i strony przeciwnej. Choć za życia przebywali we wrogich sobie okopach, po śmierci nierzadko znajdowali miejsce ostatniego spoczynku na wspólnym cmentarzu. Wiele takich nekropoli powstawało zarówno na froncie wschodnim, jak i zachodnim, a stacjonujący tam żołnierze nie zaniedbywali swoich obowiązków względem zmarłych.

W okolicy, w której przebywał Teska w marcu 1915 roku, również znajdował się taki cmentarz. Miał on. ok. 50 m2 i był ogrodzony. Na jego terenie znajdowało się wówczas ok. 20 grobów, wśród których rosły „krzewy i kwiaty, których tu nawet w zimowych miesiącach nie brak. Każdy grób obłożony jest pięknie i wogóle urządzony z wielką troskliwością. Ładnie wykonane krzyże noszą nazwiska i stopień wojskowy tych, którzy tu snem wiecznym spoczywają”.

Pogrzeb poległych na polu walki, „Przewodnik Katolicki”, 1915, nr 17, s. 202

Wśród pochowanych na cmentarzu znajdowali się także Polacy, którzy tak jak Teska służyli w niemieckich mundurach. Po śmierci często sprawiali problem przełożonym bądź współtowarzyszom zmagającym się z obcobrzmiącymi dla nich nazwiskami, które były „prawie zawsze poprzekręcane (np. Węziński – Wienzinski, Sobota – Sobotta itp.)”. Nie brakowało również grobów żołnierzy zajmujących wcześniej pozycje po drugiej stronie ziemi niczyjej. One także oznaczone zostały krzyżami, na których widniał napis w języku niemieckim – „tu spoczywa dzielny żołnierz francuski”.

Jednak nie wszystkich udało się pogrzebać. Wielu spoczywało wciąż pomiędzy wrogimi okopami. „Tam od kilku miesięcy leży mnóstwo niepogrzebanych trupów […] Głównie widać trupy biednych afrykańskich żołnierzy […] Obecnie zgnilizna ciała już stoczyła, kości spaja jeszcze mundur […] bezpańskie psy i koty oraz chmary kruków żer tu znajdują”. Wiele zwłok skrywała wcześniej ustępująca u progu wiosny woda. Obok szczątków żołnierzy belgijskich było tam również „mnóstwo padłego bydła”.

Terenu walk na wybrzeżu flandryjskim zalany przez Belgów poprzez otwarcie tam na kanale, „Praca. Tygodnik polityczny i literacki, ilustrowany”, 1915, nr 9, s. 195

***

Teska doczekał końca wojny. Po powrocie do domu nie zasiadł jednak spokojnie za redaktorskim biurkiem, ale włączył się w wir wydarzeń, które były następstwem wielkiego konfliktu. Nie zabrakło go na Polskim Sejmie Dzielnicowym w Poznaniu ani w polskiej delegacji przejmującej Bydgoszcz z rąk niemieckich. Tego zapału do działania nie zatracił także później i znalazł czas m.in. na rozwijanie „Dziennika Bydgoskiego”, który w okresie międzywojennym był najważniejszą gazetą codzienną w mieście.

Bibliografia

  • Bydgoski Słownik Biograficzny, t. 1, pod red. Janusza Kutty, Kujawsko-Pomorskie Towarzystwo Kulturalne, Bydgoszcz 1994.
  • Jerzy Pałosz, Cmentarz wojenny jako przekaz ideowy. Na przykładzie nekropolii z I wojny światowej w Małopolsce Północnej, [w:] Filozoficzne i kulturoznawcze rozważania o duchowości i komunikowaniu, pod red. Ignacego S. Fiuta, Uczelniane Wydawnictwa Naukowo-Dydaktyczne AGH, Kraków 2008.
  • Tenże, Kult poległego żołnierza. Geneza, formy i ich ewolucja od rewolucji francuskiej do końca Wielkiej Wojny, [w:] Człowiek w przestrzeniach komunikacyjnych, pod red. Ignacego S. Fiuta, Wydawnictwa AGH, Kraków 2010.
  • Janusz Pajewski, Pierwsza wojna światowa 1914–1918, PWN, Warszawa 1998.
  • Danuta Płygawko, Sienkiewicz w Szwajcarii. Z dziejów akcji ratunkowej dla Polski w czasie pierwszej wojny światowej, Wyd. Naukowe UAM, Poznań 1986.
  • „Dziennik Bydgoski”, r. 1915, 1916, 1918.
  • „Dziennik Poznański”, r. 1915.

Leave a Reply