Piechota niosła na swoich barkach główny ciężar walk z Armią Czerwoną. Wiązało się to z ogromnym poświęceniem, które wyciskało z wojaków ostatnie resztki sił fizycznych i psychicznych. Jak wyglądało szkolenie i życie na froncie żołnierzy nowo powstałego Wojska Polskiego?

Pierwszy kontakt rekruta z formującym się Wojskiem Polskim następował zwykle na komisji poborowej. O ten aspekt dbało Ministerstwo Spraw Wojskowych powołane w 1918 roku jako najwyższy organ administracyjny armii. Podlegały mu okręgowe i pułkowe komendy uzupełnień na terenie Dowództw Okręgów Generalnych. Zasada poboru terytorialnego miała niewątpliwy plus – przyszły żołnierz od samego początku obracał się w towarzystwie rówieśników pochodzących z tej samej miejscowości, dzięki czemu nie czuł się wyobcowany w nowym środowisku i miał oparcie w kolegach.

Najsprawniejsi do piechoty

Komisja dokonywała „oględzin” rekruta dość pobieżnie. Przede wszystkim interesował ją ogólny stan zdrowotny mężczyzny, jego imię i nazwisko, pochodzenie oraz wykształcenie. Na przeprowadzenie dokładnych badań lekarskich nie było ani czasu, ani środków. Jeśli żołnierz posiadał ukrytą chorobę, a pomyślnie przeszedł cykl szkoleń, wówczas uwidaczniała się ona dopiero na wojnie.

Grupa poborowych przed lokalem Dodatkowej Komisji Poborowej nr 1 – już w bezpiecznym powojennym czasie, 5 maja 1926 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/7/999/1)

Nie wszyscy rekruci od razu trafiali do przydzielonych jednostek, niektórzy oczekiwali na wezwanie nawet osiem tygodni. Wynikało to z braku wystarczającej liczby podoficerów odpowiadających za szkolenie. W chwili przybycia do jednostki żołnierze przechodzili cykl testów sprawnościowych. Fizyczny egzamin praktyczny decydował o przyszłym przydziale. Obejmował on głównie: skoki wzwyż powyżej 40 centymetrów z rozpędem i bez rozpędu, skoki w dal, biegi na czas na 40, 600 i 800 metrów, wdrapywanie się na gładki słup, trzy rzuty granatem ćwiczebnym (ważącym ok. 0,7 kg) oraz podnoszenie ważącego 18 kg worka z piaskiem.

Aby uzyskać wynik bardzo dobry, należało: wykonać skok w górę bez rozpęd na 1,2 metra; skok w dal bez rozpędu na 2,7 metra; przebiec 40 metrów w ciągu 4,5 sekundy, 400 metrów w 63 sekundy i 800 metrów w ciągu 135 sekund, wdrapać się na słup na wysokość 5 metrów, wykonać rzuty granatem na łączną odległość 35 metrów i unieść worek z piaskiem 150 razy.

Taką notę otrzymywało niewielu. Część żołnierzy radziła sobie z tymi wyzwaniami na tyle słabo, że odsyłano ich do domów lub przydzielano im kategorię „niezdolny do służby frontowej”. Lepsze osiągi mieli zwykle rekruci z rodzin chłopskich, przyzwyczajeni do pracy fizycznej, choć jednocześnie niemający wykształcenia, często niepotrafiący pisać i czytać. Młodzież z domów inteligenckich, która osiągała słabsze wyniki, chętniej za to kierowano do pododdziałów technicznych. Najsilniejsi byli od razu przydzielani do pierwszych formacji marszowych.

Zawody sportowe w 1 Pułku Szwoleżerów. Szwoleżer Żychowicz podczas skoku, 1929 r. (fot. Narcyz Witczak-Witaczyński, Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/107/0/3/235/4)

Szkolenie

Warunki, w jakich żołnierze przechodzili szkolenie fizyczne, a później teoretyczne, nie należały do najlepszych. Spali w kilkudziesięcioosobowych salach na siennikach wypchanych słomą bez pościeli i poduszek. Po przyjeździe do jednostki rekruci nie zawsze otrzymywali mundury i obuwie (wiele zależało od tego, gdzie trafili) i służyli przez kilka tygodni w obraniu cywilnym.

Przyznawane racje żywnościowe zgodnie z rozporządzeniem MSW były wystarczające, lecz w praktyce kwatermistrzostwu trudno było kupić wszystkie produkty ze względu na wyniszczenie kraju. Zgodnie z wytycznymi władz wojskowych żołnierz powinien spożyć w ciągu dnia: 700 gr chleba, 200 gr mięsa, 120 gr jarzyn, 700 gr ziemniaków, 2 porcje kawy po 16 gr każda, 25 gr soli, 0,5 gr pieprzu, 50 gr marmolady, 12,5 gr cebuli, 2 gr octu, 1 gr kminku. Ponadto każdemu przysługiwał przydział 5 papierosów.

Wydawanie posiłku z kuchni polowej żołnierzom 1 Pułk Szwoleżerów w Nacpolsku, 29 lipca 1929 r. (fot. Narcyz Witczak-Witaczyński, ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/107/0/3/198/2)

W razie problemów mięso można było zastąpić kiełbasą lub rybą, ewentualnie zwiększoną porcją marmolady lub chleba. Zamiast jarzyn można było podać kiszoną kapustę. O ile w czasie służby garnizonowej zaopatrzenie było względnie dobre, o tyle na froncie żołnierze często głodowali, o czym będzie jeszcze mowa.

Dzień żołnierza w czasie szkolenia wyglądał rutynowo. O 6.00 pobudka, mycie się, słanie łóżek, gimnastyka, śniadanie. Od 8.00 rano wykłady i ćwiczenia polowe (nauka obsługi broni, podstawy taktyki). Po obiedzie, który zwykle miał miejsce między godz. 12.00 a 14.00, odbywało się dalsze wykłady, a także kursy pisania i czytania dla analfabetów. Wieczorem, między 18.00 a 19.00 żołnierze jedli kolację i zapoznawali się z rozkazem dziennym. Później do godz. 21.00 mieli czas wolny, który poświęcali na odpoczynek, rozmowy i pisanie listów, a także czyszczenie mundurów i broni. Poziom rygoru wojskowego był różny, w zależności od usposobienia kaprala. Nieco więcej swobody było w weekendy, kiedy żołnierze zwykle otrzymywali możliwość wyjścia w miasto.

Młody strzelec z psami na terenie koszar przy ulicy 29 Listopada w Warszawie, 17 kwietnia 1925 r. (fot. Narcyz Witczak-Witaczyński, ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/107/0/2/60/1)

Wyjazd na front

Na ten moment żołnierze oczekiwali z wielkim zniecierpliwieniem. Władysław Goliczewski, podoficer 33 Pułku Piechoty notował pod dniem 1 sierpnia w Łomży:

już od godziny 5.00 z rana pakowaliśmy się skwapliwie do wyjazdu, układając na wozach taborowych przeróżne graty […]. Po południu ustawiliśmy się w kolumnie kompanijnej na placu koszarowym. Dołączyła się orkiestra pułkowa. […] z hukiem wyrżnęliśmy kopytami na komendę „marsz” i przy dźwiękach orkiestry udaliśmy się na dworzec kolejowy. Tu czekała na nas tłumnie młodzież obojga płci, a także sędziwe obywatelki i obywatele Łomży z wielkimi bukietami kwiatów, któremi zasypano i obdarzono nas, gdy pociąg miał ruszyć ze startu.

Wyjazd miał uroczysty charakter, wręcz świąteczny. Dobre humory nie opuszczały wówczas żołnierzy:

wwindowano się do wagonów ze śpiewem, dowcipami i beztroskim żołnierskim śmiechem od ucha do ucha. Opodal stały tłumy cywilów i w nabożnem milczeniu przyglądały się naszej beztrosce. A były wśród nich matki i siostry, były narzeczone i kochanki, przyszły, aby jeszcze raz – kto wie czy nie ostatni – uściskać i ucałować kochanych swych chłopców.

Transport armii generała Hallera do Polski. Widoczna kuchnia polowa na platformie kolejowej (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/1/0/1/297/5)

Żołnierzy przeważnie kierowano po 40 do pojedynczych krytych wagonów towarowych wyściełanych słomą. Kuchnie polowe ładowano na platformy, a dla oficerów przeznaczano dodatkowe, oddzielne wagony. Podróż trwała zwykle kilka dni ze względu na uszkodzoną infrastrukturę. Kraj cierpiał zresztą na niedostatek wagonów, których w 1920 roku było 60 tys. Wydawać by się mogło, że to dużo, ale biorąc pod uwagę konieczność oddzielnego przewożenia artylerii i zaopatrzenia, optymalna liczba wagonów powinna była wynosić ok. 200 tys.

W czasie przejazdu obiady przygotowywano na platformach, w międzyczasie żołnierze żywili się wyłącznie suchym prowiantem. Zimą temperatura na Białorusi spadała do -20 stopni i podróżowano wówczas bez ciepłych posiłków, ponieważ kucharze nie byli w stanie pracować. Po dotarciu na front świeżo upieczeni wojacy przemieszczali się po miastach i miasteczkach, dalej się szkoląc. Później rozdzielano ich między bataliony pułku i słano do pierwszej linii.

Każdy rekrut miał przydzielonego opiekuna w postaci weterana. Dla chłopców w wieku 17–19 lat kilka lat starszy kolega, mający za sobą kilkumiesięczną lub dłuższa służbę, a niekiedy także w Polskiej Organizacji Wojskowej, Polskiej Sile Zbrojnej lub nawet armii zaborczej, był człowiekiem bardzo doświadczonym, który dysponował praktycznymi umiejętnościami przetrwania w warunkach bojowych. Zaliczano do nich odpowiednie zachowanie się w czasie natarcia, odwrotu czy ostrzeliwania okopów, unikanie rozpoznania przez nieprzyjaciela, maskowanie, rozróżnianie rodzajów artylerii po wystrzeliwanych pociskach, przygotowywanie posiłków w okopie czy zdobywanie prowiantu.

Warta polska w forcie dźwińskim po jego zdobyciu, 1920 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/1/0/1/373/1)

Kiedy front był względnie ustabilizowany, żołnierze byli rozmieszczani w przyfrontowych placówkach. Wbrew pozorom nie była to służba łatwa, zwłaszcza zimą. Po prowiant należało udawać się kilka – kilkanaście kilometrów dalej, unikano palenia ognisk i uruchamiania kuchni polowych, aby nie sprowokować nieprzyjaciela, wystawiano rotacyjne warty, podczas których strażnikom groziły odmrożenia rąk i stóp. Lepiej wyglądała służba w węzłach obronnych, które dysponowały umocnieniami polowymi, ciężkimi karabinami maszynowymi, a także żelaznymi piecykami do ogrzewania pomieszczeń.

Zarówno w pierwszym, jak i drugim przypadku żołnierze w wolnej chwili prowadzili dyskusje z referentami oświatowymi, którzy byli odpowiedzialni za wychowanie żołnierzy w duchu patriotyzmu. Intepretowali oni prasę, urządzali pogadanki o historii, a także czytali polską literaturę. Żołnierze rzadko ulegali propagandzie bolszewickiej, zwykle jej nie rozumiejąc.

Antypolski plakat autorstwa Włodzimierza Majakowskiego, maj 1920 r. (ze zbiorów Rosyjskiej Biblioteki Państwowej w Moskwie)

W obliczu wroga

Spokój mógł być szybko zburzony przez niespodziewany wypad nieprzyjaciela, najczęściej w środku nocy. Żołnierze raportowali więc regularnie o poniesionych stratach w sprzęcie i ludziach. Raz w tygodniu lub rzadziej węzły obronne odwiedzali kapelani, którzy odprawiali msze i spowiadali. Dla żołnierzy było to niezwykle istotne, zwłaszcza przed bitwą. Wspólna modlitwa podnosiła morale i cementowała braterskie więzi. Jednocześnie w obliczu śmierci dość powszechnie przywiązywano dużą wagę do wszelkich amuletów i znaków mających zwiastować klęskę lub wiktorię.

Życie na froncie było nie lada wyzwaniem, lecz z czasem wyrabiało w piechocie hart ducha, zawziętość i odporność na trud. Żołnierze ponad wszystko najbardziej obawiali się niewoli sowieckiej. Niektórzy z nich na własne oczy przekonywali się, jak Armia Czerwona traktuje Polaków. Widok ciał poddanych torturom, porąbanych szablami, zadźganych kozackimi spisami, zakopanych żywcem czy pomordowanych w szpitalach, budził potrzebę zemsty i wyzwalał dodatkową motywację do boju. W Centralnym Archiwum Wojskowym do dzisiaj zachowało się wiele zdjęć dokumentujących te zbrodnie. Choć nie są one najlepszej jakości, budzą trwogę.

Jeńcy radzieccy w przemarszu przez Radzymin, 15 sierpnia 1920 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/1/384/2)

Czerwonoarmistów traktowano ogólnie lepiej, choć oczywiście w przypływie emocji zdarzały się zabójstwa. Jeśli któryś z nich miał przyzwoity płaszcz lub buty, zabierano je bez wahania. Zwykle: „żołnierz nasz nie przestawał odnosić się pogardliwe do Moskala, okazywał mu jednak jakąś pobłażliwość, traktując go jako coś biednego, zasługującego na litość” – notował historyk Marceli Handelsman. Wojsko Polskie nie miało natomiast wyrozumiałości dla komisarzy politycznych, nad którymi znęcano się, zrzucając na nich odpowiedzialność za bolszewicki terror.

Na polu bitwy polscy żołnierze okazywali sobie wzajemnie szacunek. Powszechną praktyką było zbieranie rannych i ciał zabitych, inne postępowanie było uważane za niehonorowe. „Na kolegę żołnierza liczyć można w granicach idących o wiele dalej i głębiej, niż w życiu cywilnym”. Pamiętnikarze tego okresu podkreślali, że wojsko zacierało różnice stanowe i kulturowe, budując solidarność zawodową, tak charakterystyczną dla tej grupy.

Pogrzeb polowy (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/1/395/1)

Nie oznaczało to, że nie występowały antagonizmy. W samej piechocie pojawiały się one niekiedy między żołnierzami z kompanii karabinów, a tzw. cekaemiarzami, czyli obsługującymi ciężkie karabiny maszynowe. Ci ostatni poruszali się bowiem na wozach, zdając sobie sprawę, że od ich wsparcia ogniowego zależał zwykle wynik boju. Dodatkowo do służby w oddziałach CKM wybierano rekrutów o wyższej inteligencji, mających szerszy ogląd sytuacji. Z drugiej strony gniazda CKM były bardziej narażone na ogień nieprzyjacielski, co nie czyniło tej służby łatwiejszą.

Innym źródłem antagonizmów były różnice w pochodzeniu żołnierzy. Było to przedmiotem złośliwych docinek, a nieraz także kłótni między żołnierzami z Kongresówki i z Galicji. Jeszcze większe różnice występowały między oddziałami wielkopolskimi i hallerczykami z jednej strony oraz żołnierzami z zaboru rosyjskiego z drugiej. Ci pierwsi byli zwykle lepiej wyposażeni i zaprowiantowani. Uważano początkowo, że są wygodniccy. Hallerczycy z kolei przywieźli ze sobą wielu Francuzów, a także Polaków z USA i wziętych do niewoli byłych żołnierzy państw centralnych. Byli więc to ludzie o bardzo zróżnicowanych doświadczeniach życiowych. Z czasem jednak, kiedy wszyscy dowiedli swojej wartości na wojnie, owe różnice traciły na znaczeniu.

Ciężki karabin maszynowy Schwarzlose wz. 07/12 z obsadą na stanowisku ogniowym, 1920 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/1/388/1)

Morderczy wysiłek

W tym miejscu dochodzimy do problemu, który dosłownie spędzał żołnierzom sen z powiek. Każdy z nich zapytany o to, co było najgorsze w czasie wojny z Sowietami (poza niewolą), odpowiedziałby krótko: marsze. Dla piechura maszerowanie to teoretycznie zwykła rzecz, lecz geograficzne i logistyczne uwarunkowania wojny polsko-sowieckiej nadały temu elementowi wojny wyjątkową rangę. Przede wszystkim linie frontu na Białorusi oraz Ukrainie były bardzo długie. Wojna z sowietami miała charakter manewrowy, dochodziło do starć piechoty z jazdą, prowadzono uporczywe kontrataki. Wojsko musiało pokonywać ogromne odległości.

Żołnierze nieśli ze sobą plecak i sprzęt, ich mundur często szybko ulegał zniszczeniu przez siły natury, podobnie jak buty. Tych ostatnich, jeśli nie były wygodne, nie lubiano nosić, maszerowano więc boso, docierając stopy do krwi. Oficerowie kazali je jednak zakładać, jeśli wkraczano do jakiejś miejscowości, co spotykało się z utyskiwaniem. Na podwody nie było co liczyć, gdyż chłopi mieli zwykle wozy jednokonne, co rozciągało kolumnę na wiele kilometrów, a to nie było pożądane. Samochodów i ciężarówek było jak na lekarstwo. Zwykle dywizja dysponowała tylko jedną kolumną takich pojazdów służących do transportu newralgicznych surowców, np. nafty i smarów, a ponadto amunicji.

Żołnierze w okopie na przyczółku mostowym w Dźwińsku. Żołnierze, październik 1919 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/1/370/1)

Dodatkowo zazwyczaj nie było czasu na zjedzenie niczego ciepłego, jeśli w ogóle było co zjeść. Występował ciągły niedobór wody, zwłaszcza latem, gdy maszerowano w pełnym słońcu. Dowództwo kategorycznie zabraniało pić ze strumieni i rzek w obawie przed dyzenterią (czerwonką). Ratowano się, pijąc ze studni, lecz nie zawsze wody dla wszystkich starczało. W ciągu dnia podawano kawę, lecz szybko się ona kończyła. Żołnierze maszerowali, zajadając tylko chleb. W takiej sytuacji byli skłonni do rabunku, na co oficerowie niekiedy przymykali oczy. Oddajmy głos świadkowi epoki z 53 pułku strzelców kresowych:

upał straszny. Samo południe. Pot leje się ze wszystkich. […] Głód i pragnienie obezwładniają, kolumna batalionu maszeruje drogą, my zaś bez dróg, po wzgórzach. Źle iść. Wertepy. Zboża wysokie. […] Żołnierze omdlewają, już kilku padło na ziemię. Leżą bez przytomności. Gdzie sanitariusz? Odprowadza zemdlonych na drogę, do taboru, do wozu sanitarnego. Zły przykład. Niektórzy umyślnie udają, że już nie mogą iść. Niektórzy kładą się do zboża, chcą zostać. Wszystko im jedno.

Z kolei por. Bronisław Kencbok z 1 pułku piechoty legionów, wspominał odwrót na Wołyniu:

kolumna od czas do czasu przystaje, a gdy rusza, mamy robotę, bo idąc dostrzegam śpiących chłopców, leżących bezwładnie w rowach. Budzę towarzystwo i nierzadko trzeba używać kija i przemocy, aby śpiącego obudzić i zmusić do dalszego marszu. […] Budzę jakiegoś chłopca […] złorzeczę, wymyślam najdorodniejszymi słowami, ale i to nie pomaga. Powiada, że nie może iść dalej, woli umrzeć. Mówi: matko moja! Nie pójdę! Żal mi się zrobiła chłopaka, który konając, do matki się odwołuje. Zatrzymałem pluton i kazałem załadować nieszczęśnika na biedkę.

Obrazując tę katorgę można posłużyć się liczbami. Przeciętna odległość marszu bez kontaktu z wrogiem w ciągu dnia wynosiła 40 kilometrów, lecz nierzadko piechurzy pokonywali 50, 60 lub więcej kilometrów, idąc 18 lub 20 godzin na dobę. W czasie II ofensywy Tuchaczewskiego, prowadzonej od czwartego lipca, polskie dywizje podporządkowane 1 i 4 Armii prowadziły przez sześć tygodni nieustanne walki odwrotowe od rzek Auty i Berezyny do przedmościa warszawskiego, pokonując w tym czasie dystans 700 kilometrów. W ciągu doby polskie jednostki przemierzały średnio 17 kilometrów, co nie wydaje się imponujące, lecz trzeba pamiętać, że oddziały toczyły w międzyczasie boje i forsowały rzeki – zwłaszcza Niemno, Szczarę, Bug i Narew.

Żołnierze 1 pułku szwoleżerów w okopach (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/1/392/1)

Według raportu, stan 8 dywizji latem 1920 roku prezentował się następująco:

brak 90% butów, które po ostatnich dniach ofensywy z powodu deszczów i błot zupełnie się rozleciały. Brak 75% spodni, bluz, płaszczy, kocy i owijaczy. (…) Zaprowiantowanie jak najgorsze. Żołnierz od kilku dni nie otrzymuje ani mięsa, ani konserw. Cukru i słoniny nie widzieli nawet. Żyją kawą czarną, chlebem lub mało pożywną zupą całkiem nieokraszoną. Wyniszczenie okolicy nie daje możności przeprowadzenia jakiejkolwiek rekwizycji. […] z powodu braku bielizny, a co za tym idzie niemożności jej zmieniania i częstego prania, szerzą się choroby skóry. Brak butów powoduje choroby nóg, czyniąc wielki procent żołnierzy niezdatnych do boju. Brak kwater i częste biwakowanie pod gołym niebem przy braku kocy i płaszczy w zimne noce powoduje liczne przeziębienia.

Oczywiście nie wszystkie dywizje były tak wyniszczone. Ponadto warto dodać, że przegrupowanie oddziałów na przedmościu stolicy w przededniu bitwy warszawskiej dało pewne wytchnienie. Dywizje nie tylko otrzymały świeżego rekruta, lecz również dodatkowe zaopatrzenie.

***

Powiedzieć, że służba w piechocie była ciężka, to truizm. Wiązała się ona z takimi niedogodnościami, że każdy, kto ją przeszedł, stawał się człowiekiem niezłomnym. I była tylko jedna rzecz, która bez względu na sytuację podnosiła piechura na duchu – pieśń wojskowa, intonowana często i o każdej porze.

Bibliografia

  • CAW-WBH, Oddział I NDWP.
  • Władysław Goliczewski, Walecznych tysiąc, red. Tomasz Dudziński, Wydawnictwo Przyjaciół 9 PSK w Grajewie, wydanie II, Grajewo 2008.
  • Marceli Handelsman, W piątym pułku Legjonów. Dwa miesiące ofensywy litewsko- białoruskiej, Zygmunt Pomarański i Spółka, Zamość 1921.
  • Bronisław Sylwin Kencbok, Maszynki na linię, Wojskowy Instytut Naukowo-Oświatowy, Warszawa 1939.
  • Zdzisław Jagiełło, Piechota Wojska Polskiego 1918–1939, Bellona, Warszawa 2007.
  • Janusz Odziemkowski, Piechota polska w wojnie z Rosją bolszewicką 1919–1920, Wydawnictwo UKSW, Warszawa 2010.
  • Lech Wyszczelski, Wojsko Polskie w latach 1918–1921, Wydawnictwo Neriton, Warszawa 2006.
Maciej A. Pieńkowski
Maciej A. Pieńkowski, doktor nauk humanistycznych w zakresie historii. Stopień naukowy uzyskał w 2018 r. na Wydziale Nauk Historycznych i Społecznych UKSW na podstawie dysertacji „Sejm koronacyjny Zygmunta III 1587/1588 i pacyfikacyjny 1589 roku” napisanej pod kierunkiem prof. dr hab. Jana Dzięgielewskiego. Stypendysta MNiSW za wybitne osiągnięcia naukowe. Studiował historię na Uniwersytecie Wileńskim. Autor artykułów i recenzji opublikowanych w monografiach zbiorowych oraz w czasopismach: „Czasopismo Prawno-Historyczne”, „Klio”, „Almanach Warszawy”, „Teka Historyka", „Mówią Wieki” i seriach wydawniczych „Studia nad staropolską sztuką wojenną” oraz „Studia historyczno-wojskowe”. Uczestnik licznych konferencji. Jego zainteresowania badawcze koncentrują się wokół dziejów I RP w dobie panowania Wazów, a także wysiłku zbrojnego II RP w latach 1918–1921. Naukowo związany z seminarium prowadzonym przez prof. dr hab. Mirosława Nagielskiego na Uniwersytecie Warszawskim. Stały współpracownik Fundacji Zakłady Kórnickie oraz edukator w Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie. Zatrudniony jako historyk w Wydziale Badań Historycznych Wojskowego Biura Historycznego im. gen. broni Kazimierza Sosnkowskiego Ministerstwa Obrony Narodowej w Warszawie

1 KOMENTARZ

Leave a Reply