W czasie wojny żołnierze pozostawali w łączności z rodzinami nie tylko dzięki listom wędrującym tysiącami przez Europę. Korespondencji towarzyszyły paczki wypełnione tym, co mogło przydać się na froncie. Krewni wojaków nie musieli się długo zastanawiać, co im wysłać, bo oferta była bardzo bogata.

Sprawna poczta miała znaczenie nie tylko dla skutecznego funkcjonowania administracji, ale również dla utrzymania morale wśród żołnierzy, którzy z utęsknieniem wypatrywali kilku słów z ojczyzny, a także paczek. Krewni walczących mogli liczyć na pomoc w przygotowaniu i wysyłce podarunków, ale istniały też wytyczne, do których musieli się dostosować.

Kupcy i ich reklamy, czyli jak przyciągnąć klienta

Wraz z wybuchem wojny w 1914 roku wszyscy musieli dostosować się do nowych warunków. Udało się to z pewnością kupcom, którzy szybko dostrzegli nowych odbiorców swojej oferty – byli nimi żołnierze na froncie i ich bliscy pozostający w domu. Do nich właśnie skierowano reklamy produktów przeznaczonych do wysyłki w pole, których wiele ukazywało się w poznańskiej prasie.

Sporo różnorakich towarów znaleźć mogli zainteresowani m.in. w Drogerii Universum Bronisława Śniegockiego mieszczącej się przy ul. Rycerskiej (dziś Franciszka Ratajczaka). Pod przyciągającym uwagę nagłówkiem „Co posyłać synom, braciom, mężom, krewnym lub znajomym na pole walki” znajdowała się długa lista produktów, wśród których do posiłków polecano m.in. mleko kondensowane w tubach i w małych puszkach, kapsułki mięsne na 20 filiżanek rosołu oraz Maggi w kostkach.

Drogeria Universum przy ul. Rycerskiej w Poznaniu. „Album przemysłu i handlu Wielkopolski, Prus i Śląska”, z. 1, Poznań 1906, s. 39 (ze zbiorów PAN Biblioteki Kórnickiej, sygn. Cz3135)

Poza tym w ofercie były pastylki herbaciane na 18 szklanek, kakaowe z cukrem na 7 szklanek, oraz silne pastylki miętowe sprzedawane w pudełku. Na kaszel klienci zakupić mogli cukierki eukaliptusowe. Z akcesoriów kosmetycznych można zaś było wybrać mydło w listkach, a także:

pastę do zębów […] w tubach zawierającą potas chlorowy i najczystszy olejek miętowy, zapobiegającą wszelkim chorobotwórczym mikroorganizmom, usuwającą naleciałości z zębów, chroni je przed próchnieniem, a dla szkliwa zębów wcale nie szkodliwą, krem na nogi przeciw odparzeniu i poceniu się nóg.

Co posyłać na pole walki, „Dziennik Poznański”, r. 1914, nr 233, s. 4

Żołnierzy należało wesprzeć również w zakresie odzienia, zwłaszcza przed nadchodzącą zimą. Poznaniacy i w tym przypadku znaleźć mogli co nieco u Śniegockiego, który oferował „skórki kocie i jelonkowe do podszywania odzieży dla wojska”.

Znany w Poznaniu kupiec Stefan Kałamajski zachwalał na chłodniejsze dni „wszelkie ciepłe artykuły dla żołnierzy”. Wśród reklamowanych produktów znalazły się także „mocne skarpety i rękawiczki, ciepłe koszule i kalesony […] ogrzewacze kolan, piersi i brzucha, ochraniacze głowy i uszu”. Z kolei S. Brzeski Dom Konfekcyjny polecał na sezon wiosenno-letni „panom wojskowym […] mundury, spodnie i płaszcze wojskowe. Wykonane podług przepisu”.

Jednak nie tylko chlebem żyje człowiek, nawet podczas wojny, dlatego wśród żywności i odzieży obdarowany znaleźć mógł też nieraz coś dla duszy. Przebywający z dala od domu wojacy chcieli wiedzieć, co dzieje się w rodzinnych stronach, co było możliwe dzięki prasie. Zarówno proboszczowie, jak i redakcje ulubionych przez żołnierzy tytułów, zachęcali i wielokrotnie przypominali o możliwości wysłania gazet i czasopism w pole, a nawet w tym pomagali, wierząc, że w ten sposób „ogromną im sprawimy pociechę i radość”.

W „Tygodniku Kościelnym dla Parafii Bożego Ciała” informowano, że obok pisma parafialnego do żołnierzy trafiać miał także „Przewodnik Katolicki”. „Kto więc z szan. parafian ma na wojnie krewnych, a nie chce lub nie może im co tydzień posyłać pisma i gazet, ten niechaj w biurze na probostwie złoży adres dokładny tych żołnierzy, a my się w wysyłką zajmiemy”.

Przepisy i regulacje, czyli co się nadaje, a co nie

Zanim jednak kupcy mogli cokolwiek zaproponować swoim klientom, a ci zrobić odpowiednie zakupy, musieli najpierw zapoznać się z zarządzeniami władz, które określały warunki, jakie spełnić musiały produkty przeznaczone do dalekiej wysyłki. Z tego też powodu towary przeznaczone na front sprzedawano w specjalnych opakowaniach. „W pięknej metalowej puszcze polowej” oferowano m.in. butelkę płynu do zębów Odol, która została opakowana jak list polowy gotowy do wysyłki. Samą „puszkę polową dostarcza się w czasie wojny bezpłatnie”.

Nie mogło zabraknąć tak bardzo popularnych wśród żołnierzy papierosów. „Wielki wybór w papierosach i cygarach w opakowaniu polowem” oferował Bronisław Śniegocki. Zapewniano, że „reputacya firmy daje gwarancyę za gatunki tylko wyborowe i odpowiadające gustowi tutejszych palaczy. Nic bowiem wojskowego w dalekich stronach tak bardzo nie ucieszy, jak przesyłka jego ulubionych cygar lub papierosów z kraju rodzinnego”.

Płyny, w tym najróżniejsze alkohole, także należało posyłać w „naczyniu nader starannie” opakowanym. Takie gwarantowała firma B. Kasprowicza z Gniezna, której produkty również były odpowiednio przygotowane na daleką podróż i wysyłane „jako listy polowe w ładnych buteleczkach z aluminiowym kieliszkiem lub koreczkiem”. Dodatkowo buteleczki powinny być zabezpieczone przed stłuczeniem przez owinięcie ich w watą bądź otoczenie trocinami.

Jeden z oddziałów ekspedycyi butelkowej, Fabryka wódek B. Kasprowicza w Gnieźnie, „Album przemysłu i handlu Wielkopolski, Prus i Śląska”, z. 1, Poznań 1906, s. 11 (ze zbiorów PAN Biblioteki Kórnickiej, sygn. Cz3135)

Mimo wskazówek nie wszyscy stosowali się do obowiązujących zasad. W prasie wciąż pojawiały się notatki o tym, że w pole wysyłano towar łatwo ulegający zepsuciu, jak na przykład „owoc, masło, świeże kiszki i t. p.”. Z taką przykrą niespodzianką zetknął się żołnierz przebywający w Gandawie, który skarżył się w liście: „Wszystko nadeszło cało i szczęśliwie z wyjątkiem jabłek, które ucierpiały mocno z powodu długiej podróży”.

Wysyłamy paczki na front

Dla żołnierzy w pole, „Dziennik Poznański”, r. 1914, nr 241, s. 5

Każdy list i karta oraz paczka, które wysyłano na front, musiały być odpowiednio zapakowane i zaadresowane. O tym, jak to właściwie zrobić, informowała szeroko prasa poznańska, także parafialna, oraz obwieszczenia umieszczane w urzędach pocztowych. Należało podać nazwisko oraz stopień, a także dokładnie określić jednostkę wojskową. „Trzeba również uwzględnić, czy adresat należy do linji, rezerwy, zapasu, landwery i landszturmu”. Źle adresowane paczki nie były przyjmowane przez urzędy pocztowe. Pomocą w tej kwestii służyło biuro wywiadowcze, stworzone przez naddyrekcję poczty, mieszczące się w jej siedzibie naprzeciwko Zamku Cesarskiego w Poznaniu.

Do pakowania należało użyć pudeł drewnianych lub kartonowych albo owinąć produkty papierem lub płótnem. U Śniegockiego, poza szeroką gamą różnego asortymentu, klienci zakupić mogli „kartoniki do wysyłek polowych z nadrukowaną kartą adresową”. Obsługa sklepu, jeżeli klienci chcieli z tego skorzystać, pakowała także zakupy w sposób nakazany przez władzę wojskową, wraz z odpowiednią kartą adresową, którą wystarczyło uzupełnić. Na paczce należało umieścić adres żołnierza, tzn. „z podaniem kompanii, pułku, dywizji, korpusu armii i z wymienieniem kompetentnego magazynu paczek. Dla piątego korpusu armii jest magazyn w Głogowie”. Paczkę można było również wysłać za pośrednictwem innych składów. Oferował to również Kałamajski.

Była jeszcze inna możliwość wysłania paczki, zapewniana przez Czerwony Krzyż, który sam organizował pomoc dla żołnierzy, a jego składnica mieściła się przy ul. Szyperskiej. Krewni wojaków mogli przynieść swoje prywatne przesyłki w okresie przedświątecznym, gdy przygotowywano transport ciepłej odzieży na front. Wkrótce okazało się, że zainteresowanie było tak duże, iż konieczne stało się wyznaczenie jeszcze jednego miejsca dla przesyłek. Chętnych skierowano do głównej sali posiedzeń gmachu rejencji przy ulicy Gołębiej.

Poczta jednak nie taka skuteczna

Przebrnięcie przez procedury związane z pakowaniem i wysyłką nie gwarantowało jeszcze, że poczta dotrze do odbiorcy. Wiele czynników bowiem wpływało na to, kiedy paczka docierała na front. Poczta niszczona była przez pożary wybuchające podczas transportów, a wywoływane przez znajdujące się w paczkach „zapałki, zapalniki do cygar napełnione benzyną itp.”. Paczki padały także łupem złodziei szukających pieniędzy. Radzono, by „tego […] koniecznie zaniechać”.

Jedna z sal fabrycznych fabryki Patria Ganowicz&Wlekliński Fabryka Papierosów i Tureckich Tytoni w Poznaniu, „Album przemysłu i handlu Wielkopolski, Prus i Śląska”, z. 1, Poznań 1906, s. 6 (ze zbiorów PAN Biblioteki Kórnickiej, sygn. Cz3135)

Ginęła jednak nie tylko gotówka. Jeden z żołnierzy pisał w liście do brata: „Najprzód Ci dziękuję za czekoladę, którą dzisiaj otrzymałem, ale szkoda, że paczka była już prawie wypróżniona, bo pozostały tam tylko trzy małe kawałki, a przecież z pewnością była paczka pełna. Proszę prześlij mi znowu, ale małą paczkę i dobrze opakowaną”. Choć nawet to nie gwarantowało, że przesyłka dotrze do rąk żołnierza nienaruszona. Żona pewnego oficera skarżyła się w jednym z pism, że wysłana przez nią paczka została okradziona „pomimo, że była zabita, zasznurowana i nawet lakiem zapieczętowana”.

Odol w metalowej puszcze polowej, „Dziennik Poznański”, r. 1915, nr 63, s. 7

Odbiorcy oczekujący na pocztę nieraz musieli uzbroić się w cierpliwość, a brak przesyłek i listów rodził najgorsze przypuszczenia co do sytuacji stron rodzinnych. Jeden z żołnierzy pisał we wrześniu 1914 roku z ulgą:

Nic mnie może tak bardzo nie ucieszyło jak list co tylko otrzymany. Był to bowiem pierwszy znowu list po dwudziestodniowej przerwie, a drugi z rzędu, jaki w ogóle otrzymałem. Zwątpiłem już w ogóle, czy otrzymam jaki znak życia ze swoich stron ojczystych. Przypuszczałem rzeczy najgorsze. Sądziłem, że Poznań już zajęty […] gazety nie widziałem już od tygodni. […] Listu pierwszego, kart, o których wspominacie, gazet „Posener Neueste Nachrichten” ani „Przewodnika” dotąd nie otrzymałem […]. Pod tym względem jednak nie stanowię wyjątku, bo i drugim tak samo się powodzi; stąd ogólne skargi i narzekania na złe funkcjonowanie polowej poczty.

Pod listem tym, opublikowanym na łamach „Przewodnika Katolickiego”, redakcja zapewniała, że „od czasu napisania tego listu stosunki pocztowe się polepszyły”.

Potwierdzały to również późniejsze listy żołnierzy. Wojacy stacjonujący na Ukrainie, a mający rodzinę w Prusach Zachodnich, mogli spodziewać się listu po 4–5 dniach od wysłania, a paczki po 6 dniach. Poczta dobrze działała na terenach byłego zaboru rosyjskiego i dostarczała listy w ciągu 10 dni od nadania. Dość regularnie trafiała też na front zachodni. Do północnej Francji kartka szła 4 dni, list 6 dni, a paczki 8 dni, do Flandrii zaś jedynie 3 dni. Źle funkcjonowała austriacka poczta polowa w Galicji, dokąd paczki z Poznańskiego szły nawet miesiąc. Niełatwa sytuacja pocztowa panowała podczas marszów, gdy żołnierze nie tylko odcięci byli od wiadomości od rodzin, ale także od informacji z innych frontów.

Wiadomości z Ojczyzny (poczta polowa), „Praca, tygodnik polityczny i literacki, ilustrowany”, 1914, nr 47, s. 1350

Paczki docierają wreszcie do adresatów

Przybycie poczty do jednostki było zawsze wielkim wydarzeniem. Żołnierze z niecierpliwością wyczekiwali przesyłek od bliskich, listów zapewniających, że krewni pozostają w zdrowiu i mimo trudności radzą sobie z wojenną codziennością, oraz paczek kryjących to, czego żołnierz potrzebował, a czego władze wojskowe nie dostarczały lub dostarczały w niewystarczających ilościach. Dotyczyło to zwłaszcza jedzenia, którego racje wraz z postępem wojny ulegały zmniejszeniu. Paczki były nieocenioną pomocą pozwalającą przetrwać najgorsze trudy, a „i zupełnie inny apetyt powodują jak jedzenie kompanijne”.

We wnętrzu przesyłek kryły się nieraz prawdziwe smakołyki. Obok chleba, smalcu, słoniny czy kiełbasy znajdowały się niejednokrotnie także czekolada, karmelki, flaszki likieru, arak, kakao, rum, mleko, pieczone kurczaki, jajka, anyżki, kwaśne cukierki, cukier, masło, pierniki, torciki, wędzonki, kiszki, miód, kaczki, pasztety, makaroniki, sardynki.

Oprócz jedzenia na front trafiały także elementy garderoby i inne przedmioty, jak wełniana bielizna, płócienne koszule, koszule nocne, skarpety, cienkie koszule, szelki, buty, wełna (do cerowania skarpet), różańce, książeczki do nabożeństwa, szkaplerze, mydło, świece, prasa, książki, papierosy, cygara, tabaka, proszek na wszy, woda kolońska, szczoteczki i proszki do zębów, Feldpostkarty i papier, koperty, skórzane kieszenie na „wojskowe książki”, pieniądze.

Kasprowicza Likiery, „Dziennik Poznański”, r. 1914, nr 292, s. 6

O potędze polskich firm i zasięgu poczty świadczy pewne znalezisko, którego dokonał Józef Iwicki i nieco żartobliwie opisał je w liście do matki. Otóż pewnego razu, gdzieś we francuskim lesie, odnalazł „etykietę z firmą Wielgowski – Drogeria Centralna Pelplin. Widać więc, że kupiectwo pelplińskie z wielkim rozmachem dąży do sławy wszechświatowej, jeżeli tu w głębi Francji po lasach znajdować można winiety firm pelplińskich”.

Z czasem jednak kryzys dosięgać zaczął również ludność cywilną, której coraz trudniej było zapełnić paczki dla żołnierzy. W lepszej sytuacji znajdowali się mieszkańcy wsi, a wojacy, którzy otrzymywali cenne przesyłki, nie zapominali o kolegach i dzielili się z towarzyszami mieszczuchami. A w razie zgonu adresata z przesyłki korzystali jego kompanijni towarzysze zmarłego, między których rozdzielano zawartość.

Krewni dokładali wszelkich starań, aby żołnierze czuli, że ci, którzy pozostali w kraju, wciąż o nich pamiętają i troszczą się o nich, nie tylko kreśląc co jakiś czas kilka ciepłych słów na papierze, ale także organizując paczki, co nieraz było znacznym obciążeniem dla domowego budżetu w trudnym dla wszystkich wojennym czasie.

Brytyjski oficer pisze list do domu z frontu zachodniego; maj 1917 r. (fot. John Warwick Brooke, ze zbiorów Imperial War Museum, nr kat. Q 5242, IWM Non-Commercial Licence)

Bibliografia

  • „Dziennik Poznański”, r. 1914, 1915.
  • „Kurier Poznański”, r. 1914, 1915.
  • „Przewodnik Katolicki”, r. 1914, 1915.
  • „Tygodnik Kościelny dla Parafii Bożego Ciała”, r. 1916.
  • Józef Iwicki, Z myślą o Niepodległej. Listy Polaka żołnierza armii niemieckiej z okopów I wojny światowej 1914–1918, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1978.
  • Wojciech Jacobson, Z armją Klucka na Paryż. Pamiętnik lekarza-Polaka, nakładem autora, Toruń 1934.
  • Listy Aleksandra Majkowskiego do siostry Franciszki z lat 1910–1918, pod red. Aleksandra Bukowskiego, „Rocznik Gdański”, t. 51 (1991), z. 2, s. 147–214.
  • Karol Małłek, Z Mazur do Verdun. Wspomnienia 1890–1919, Czytelnik, Warszawa 1967.
  • Jan Mazurkiewicz, Los żołnierza, słowo wstępne i redakcja Jerzy Dziewicki, Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie. Oddział Miejski, Gdańsk 1975.
  • Adam Ulrich, il. Leona Prauzińskiego, W marszu i w bitwie: 1914–1919, Wyd. Zachodnie, Poznań 1958.
Alina Kucharska
Ukończyła studia doktoranckie na Wydziale Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, pracuje nad rozprawą doktorską dotyczącą żałoby i upamiętnienia poległych na frontach I wojny światowej przez mieszkańców Poznania. Regularnie publikuje artykuły m.in. w „Kronice Miasta Poznania”, nie tylko o tematyce pierwszowojennej. Jest licencjonowanym przewodnikiem po Poznaniu, a w wolnych chwilach rodzinnym genealogiem i tancerką ZTL „Poznań” AWF.

1 KOMENTARZ

Leave a Reply