Bomby spadające z nieba zawsze budzą strach. Pierwsze bombardowanie Krakowa przyniosło jednak rezultat raczej groteskowy i stało się jedną z miejskich anegdot. Wszak trudno się nie zaśmiać, że zniszczeniu uległ jedynie skład muszli klozetowych. O ile w ogóle był to skutek lotniczego ataku.

Można powiedzieć, że na przełomie listopada i grudnia 1914 roku pod Krakowem decydowały się losy może nawet całej I wojny światowej. Upadek austro-węgierskiej twierdzy Kraków mógł doprowadzić do oskrzydlenia wojsk kajzerowskich w Polsce centralnej oraz otwarcia drogi dla wojsk carskich do niemieckiego centrum przemysłowego na Śląsku i austriackiego w Czechach, a potem na stolice obu państw. Nic dziwnego, że Austriacy bardzo chcieli obronić krakowską twierdzę, a Rosjanie –zdobyć ją.

Częścią Twierdzy Kraków był fort Kościuszko wybudowany wokół kopca Kościuszki (fot. Kgbo, CC BY-SA 4.0)

Echa znaczenia twierdzy przebijają nawet w książce „Przygody dobrego wojaka Szwejka” Jaroslava Haška. Tytułowy bohater poczuł potrzebę, ba – obowiązek – zgłoszenia się na ochotnika do wojska właśnie wówczas, gdy armie rosyjskie zagroziły twierdzy w Krakowie. Tak tłumaczył to swojej posługaczce, pani Müllerowej:

Idę na wojnę. […] Walczyć będę. […] Z Austrią klapa. U góry włażą nam już do Krakowa, a na dole pchają się do Węgier. […] Przecież czytałem pani wczoraj gazetę, że drogą ojczyznę naszą spowiły niejakie chmury.

Tymczasem na ziemiach polskich trwały zacięte walki, w których walczyło po kilkaset tysięcy żołnierzy obu stron – wojska niemieckie ścierały się z rosyjskimi w okolicach Łodzi, wojska austro-węgierskie – w rejonie Krakowa, na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej i na Podhalu. Twierdza w Przemyślu była oblężona. Na początku grudnia 1914 roku Rosjanie okupowali Wieliczkę i od serca Krakowa – Rynku Głównego – dzieliło ich kilkanaście kilometrów.

W mieście czuło się wojnę. Artyleria forteczna dzień i noc ostrzeliwała wroga, na ulicach pełno było żołnierzy i wojskowych automobili, a nad miastem latały liczne wojskowe aeroplany, które monarchia naddunajska zgromadziła w zagrożonej twierdzy. Lotnictwem dysponowali też przeciwnicy, którzy zapewnili krakowianom sensację w samym centrum miasta.

Oblężenie Przemyśla na rosyjskim plakacie propagandowym z 1915 r. (il. ze zbiorów Plakatmuseum w Wiedniu, CC BY-SA 4.0)

Na Jasnej spadła bomba!

W czwartek 3 grudnia 1914 roku wśród mieszkańców miasta, którzy pozostali w twierdzy, gruchnęła informacja o bombie, którą zrzucono z samolotu i która wyrządziła znaczne szkody. Pogłoski przekazywane przez rozgorączkowane usta mówiły, że bomba spadła na koszary przy ul. Rakowickiej, na ul. Józefa na Kazimierzu, czy też na kamienicę przy ul. Jasnej. Rzetelność dziennikarska kazała wszakże redaktorowi konserwatywnego „Czasu” dodać do notki o bombach, że: „o ile wszakże wiadomo, obcego aeroplanu w dniu tym nad Krakowem nie widziano, a nie ulega wątpliwości, że władze wojskowe zarządziły daleko idące środki ostrożności i że obcy aeroplan byłby ostrzeliwany”.

Jednak na strychu oficyny kamienicy przy ul. Jasnej 6 (obecnie: ul. Wojciecha Bogusławskiego 6) faktycznie nagle coś wybuchło. Żądni sensacji gapie, którzy szybko pojawili się na miejscu, zobaczyli wybite okna na pierwszym i drugim piętrze oficyny, rozerwane wiązanie dachowe i blaszane poszycie dachu oraz gruz na klatce schodowej. Na samym zaś poddaszu wybuch zniszczył… „muszle fajansowe do klozetów”, a także wanny, bidety i umywalki, których pokaźną liczbę zgromadził tam właściciel domu, krakowski radny miejski i jednocześnie właściciel firmy świadczącej usługi instalacji wodnej.

Kamienica przy ul. Wojciecha Bogusławskiego 6 (2020 r.)

Fakt zbombardowania celu absolutnie niemilitarnego wzbudził zainteresowanie nie tylko gapiów, ale także dziennikarzy i policji. Funkcjonariusze pojawili się na miejscu, aby zbadać sprawę, a przy okazji ustalić, czy rzeczywiście eksplodowała bomba zrzucona z aeroplanu. Do pomocy zaangażowano doświadczonego rzeczoznawcę policyjnego.

Ten po oględzinach i znalezieniu odłamku pocisku stwierdził, że „w istocie nastąpił na strychu wybuch materii eksplodującej”. Przy okazji policjanci i dziennikarze wypytywali świadków o okoliczności zdarzenia. Główny poszkodowany, żydowski przedsiębiorca nazwiskiem Meisels, poinformował, że usłyszał „warczenie aeroplanu, ale dojrzeć go nie mógł z powodu panującej mgły na wysokości 700-800 m”. Miał wrażenie, że samolot zbliża się, i wówczas nastąpił „huk i wybuch”.

Fragment relacji o rosyjskim nalocie z „Ilustrowanego Kuryera Codziennego” (5 grudnia 1914)

Podobnie wyglądały zeznania dwóch innych świadków eksplozji, które znamy dzięki relacjom gazet. Były nimi dwie panie: stróżka ze zbombardowanej kamienicy i kucharka z sąsiedniej. Pierwsza z nich opowiadała dziennikarzowi „IKC”:

Było to około godziny 12, gdy nagle posłyszałam „tyrczenie” w powietrzu. Mgła była ciężka, więc nie mogłam zobaczyć co to takiego, ale się zaraz domyśliłam, że to jakiś „europlan”, co to – wie pan – lata jak ptak, gdy to „tyrczenie” było coraz większe, tak jakby się zniżał. I rzeczywiście po chwili ukazał się, jeszcze we mgle, ale coraz niżej. Doskonale widziałam trzech oficerów, a jeden z nich się wychylił, trzymając coś w ręku. Gdy byli nad oficynami, ten oficer rzucił coś czarnego, a nim zmiarkowałam, co to jest, buchnął olbrzymi płomień z dachu oficyny i rozległ się taki huk, jakby się „ziemia zapadła”. Wszystkie szyby wyleciały, a ja z przerażenia padłam na ziemię „bez zmysłów”.

Kucharka zdała prawie identyczną relację, różniącą się tylko tym, że w jej ocenie wybuch ładunku nastąpił jeszcze w powietrzu.

Widmowy samolot i namacalna strata

W zeznaniach świadków pojawiały się więc szczegóły mówiące o samolocie, który praktycznie w samo południe wyłonił się z mgły, zrzucił bombę i zniknął znowu we mgle. Jednak niektóre gazety pisały, że „aeroplanu krążącego nad tą dzielnicą o wskazanej porze nie zauważono, chociaż niebo było zupełnie czyste”, co przeczyło zeznaniom mówiącym o mgle. Były jednak i takie gazety, które pisały, że samolot nadleciał od południa, od strony nadciągających wojsk carskich. Sprawa udziału samolotu w wydarzeniach przy ul. Jasnej była więc ewidentnie… niejasna.

7 grudnia na miejscu eksplozji pojawiła się komisja wojskowa, która dokonała starannych oględzin, ale ich wyniki trzymane były w tajemnicy. Redakcja „Czasu”, pozostawała nieprzekonana co do bomby i napisała, że „nie zdołano autentycznie stwierdzić, czy padła z aeroplanu”, ale ostrzegała na wszelki wypadek swoich czytelników, aby nie zbierali takich przedmiotów jako pamiątek. Powołano się na smutne i dość świeże doświadczenie z Paryża, gdzie „przy oglądaniu i próbowaniu […] bomba niejednokrotnie wybuchała i ludzie padali ofiarą”. Podano też, że „bomby aeroplanowe ważą zazwyczaj 2 kg i mogą zabić lub okaleczyć wiele stojących naokoło osób”.

Jak na realia późniejszych konfliktów zbrojnych wagomiar 2 kg nie jest imponujący, jednak w 1914 roku lotnicy musieli sobie radzić, zrzucając bomby z ręki, więc nie mogły być one zbyt ciężkie. Trzeba było podnosić je z dna kabiny i wystawiać za burtę, a mierzono „na oko”, bo improwizowany celownik zrobiony z gwoździa wbitego w burtę samolotu był mało precyzyjny. Nawet taka dwukilowa bomba zrzucona z wysokości 700–800 m była jednak w stanie przebić blachę dachową.

Farman HF.20. Taki samolot mógł zrzucić bombę na skład armatury łazienkowej w Krakowie (fot. ze zbiorów Szwajcarskiego Archiwum Federalnego w Bernie, sygn. E27#1000/721#14095#4110*)

Dostrzeżenie lotników przez świadkowie również nie było niemożliwe. Carski samolot, który pojawić się miał nad Krakowem był przypuszczalnie jednym z modeli Farmana, dość podobnym do tego, którym Cezary Baryka latał nad okolicami Baku w filmie „Przedwiośnie”.

Była to dwupłatowa maszyna o prawie 16-metrowej rozpiętości dłuższego, górnego płata. Pomiędzy skrzydłami znajdowała się kabina przypominająca łódkę z silnikiem pchającym, przez co śmigło było umieszczone z tyłu za linią skrzydeł. Całość była pospinana masą linek i podpórek łączących płaty górny z dolnym oraz skrzydła, kabinę i silnik z ogonem. Pod dolnymi skrzydłami sterczały koła podwozia.

Farman przypominał trochę latający regał lub popularne niegdyś etażerki, czyli lekkie otwarte meble z kilkoma półkami, często bez tylnej ścianki, gdzie poszczególne półki były połączone słupkami. Maszyny wykorzystywano do lotów zwiadowczych, ale załoga mogła zabrać na pokład zapas bomb.

HF.20 na lotnisku w Nikopolis, 1912 r. (fot. Etienne Labranche, ze zbiorów Actia Nicopolis Foundation, nr inw. IAN_F_2332)

Werdykt

Mimo sprzecznych informacji prasa stwierdziła: „po gruntownych oględzinach znawcy orzekli, że upadek bomby na dach nie jest w tym wypadku wykluczony”, a przedstawiający sprawy możliwie prosto „IKC” napisał wręcz: „to zdaje się, nie uchodzi już żadnej wątpliwości, że eksplozja nastąpiła z rzuconej z wysokości bomby dynamitowej”.

Karl Kuk, dowódca Twierdzy Kraków (rys. Oskar Brüch, ze zbiorów Bildarchiv Austria, nr inw. 7748504)

Na pewno nie ulegały wątpliwości straty pana Meiselsa w armaturze łazienkowej i klozetowej, które wyceniono na niebagatelne kilka tysięcy koron. Biznesmen zadbał zresztą o rozgłos, bo chętnie pozwalał wszystkim chętnym nie tylko zaglądać na podwórze, ale też wchodzić krętymi schodami na strych, by tam mogli zobaczyć „małe spustoszenie wyrządzone przez rosyjskiego «gołębia»” – dziurę w dachu i smutny stos fajansowych skorup na podłodze.

Twierdza nie ucierpiała, nic więc dziwnego, że liberalna „Nowa Reforma” kpiła z nalotu, pisząc:

Rosjanie widocznie poniósłszy ogromne klęski na całej linii pod Krakowem, szukali taniego tryumfu na dachach kamienic krakowskich. Skutek nie zawiódł. Ofiarą padło kilka fajansowych wanien i klozetów.

Wtórował jej socjalistyczny „Naprzód”, który donosił, że „rosyjskie lotnictwo pozostawia bardzo dużo do życzenia” – zwłaszcza pod względem wyszkolenia pilotów.

Mieszkańcy mogli jednak poczuć się zagrożeni. Jak dodawał „IKC”, wybuch na pewno pozbawił złudzeń tych, którzy przypuszczali, że Rosjanie będą darzyć jakimiś szczególnymi względami zabytkowy Kraków oraz wypłoszył też z miasta kolejnych mieszkańców, którzy ewakuowali się na bezpieczniejsze tereny monarchii będące poza zasięgiem carskich samolotów.

Krakowianie pocieszali się, że powietrzny grasant, który zniszczył muszle klozetowe, został niewiele później zestrzelony na terenie twierdzy, a dwóch lotników poniosło śmierć przy upadku maszyny o ziemię. Głosiciele tej nowiny zainspirowali się najpewniej wieściami, które z dumą publikowano właśnie w tych dniach w lokalnej prasie. Donosiła ona o pierwszym zwycięstwie powietrznym habsburskich pilotów. Informację podała komenda główna w Wiedniu, a w identycznej formie przedrukowały ją wszystkie krakowskie gazety. To wydarzenie miało jednak miejsce w okolicach Miechowa.

Rosyjskie działo zdobyte przez legionistów polskich eksponowane na rynku w Krakowie, 1914 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/1/169/1)

Ponowne wątpliwości

Carską bombę aeroplanową jako przyczynę masakry muszli klozetowych zakwestionowano prawie sto lat później. Badacz dziejów Krakowa Jan Rogóż znalazł informację, która rzuciła nowe światło na sytuację. Jego zdaniem pan Meisels został ponownie przepytany na okoliczność wydarzeń, które spowodowały straty w jego firmie, i „wzięty na spytki […] przyznał w końcu, iż to on był sprawcą eksplozji”. Uznał, że skoro wojna pozbawiła go możliwości prowadzenia działalności, bo ludzie mniej inwestowali w wyposażenie łazienek, to pozbędzie się problemu, gdy zniszczy towar i odzyska pieniądze z polisy ubezpieczeniowej pod pozorem szkody „od dynamitowej bomby z latawca”.

Rosyjski plakat propagandowy z 1915 r. 8 września 1914 r. w okolicach Żółkwi miał miejsce prawdopodobnie pierwszy przypadek zniszczenia samolotu wojskowego przez inny samolot. Rosyjski pilot Piotr Niestierow staranował wówczas austriacki samolot rozpoznawczy. Obie maszyny rozbiły się, a wszyscy lotnicy (Niestierow i dwóch Austriaków) zginęli

Niestety, Jan Rogóż nie powołał się na żadne konkretne źródło tego osądu, ani nie przytoczył żadnego cytatu. Za tym śladem przemawia jednak dobrze orientujący się w wydarzeniach w mieście tygodnik „Nowości Illustrowane”. Pod koniec grudnia 1914 roku pismo poruszyło temat wybuchu i przytoczyło wypowiedź znanego żydowskiego handlarza starzyzną:

Pan myśli, że to była bomba? To pan całkiem źle myśli… To była eksplozja od te klozety i inne z przeproszeniem porcelanowe interesy, które tam leżały sobie na strychu. Bombe nie byłaby takie głupie, żeby tam leciała…

Kombinatorów biznesowych, oczywiście, nigdy nie brakowało, ale też nikt przekonująco nie wyjaśnił, w jaki sposób przedsiębiorca zdetonował bombę, aby zgrać wybuch z przelotem samolotu, czy faktycznie jakiś samolot przelatywał nad ul. Jasną, czy Meisels przekupił kobiety, które opowiedziały policji i gazetom o bombardowaniu, a także czy aby na pewno firmy ubezpieczeniowe asekurowały majątek od skutków strat wojennych, bo w targanej nacjonalizmami i zagrożonej wojną Europie początku XX wieku byłby to dla nich wysoce ryzykowny biznes. Zwłaszcza w mieście, które było twierdzą i narażone było w związku z tym na duże zniszczenia.

Również cytowany w „Nowościach” handlarz nie był do końca wiarygodny, gdyż prawdopodobnie w ogóle nie przebywał w grudniu w Krakowie. Siedział wówczas w więzieniu w Ołomuńcu jako zamieszany w upłynnianie fałszywych weksli. Zwolniony zza krat, do rodzinnego miasta już nie dotarł i zmarł w marcu 1915 roku.

Być może do teorii o próbie oszustwa odniósłby się wydawany w Krakowie antysemicki „Głos Narodu”, niestety, redakcja albo ewakuowała się z miasta na czas największego zagrożenia na przełomie listopada i grudnia, albo nie mogła drukować dziennika. I choć ciągłość numeracji została zachowana, to na przełomie listopada i grudnia gazeta nie ukazywała się. Gdy wznowiła swoją działalność tuż przed świętami, tematu już nie poruszała.

Bomby jednak na Kraków spadły

O bombardowaniach miasta w tym okresie pisali za to inni znawcy miasta. Badacz dziejów twierdzy prof. Janusz Bogdanowski znalazł informację, że w tym czasie bombę zrzucił na miasto rosyjski dwupłatowiec, co wskazywałoby na samolot Farman, tyle że stało się to z drugiej strony Rynku – w rejonie fortu „Kleparz”. Pocisk spadł obok budynku szpitala wojskowego przy ul. Wrocławskiej, gdzie wyrwał dziurę w ziemi. Wojskowi austriaccy ustawili w tym miejscu pamiątkowy obelisk z płytą z niemieckim napisem: „W tym miejscu padła pierwsza bomba na Kraków, 1914”. Po odzyskaniu niepodległości z obelisku usunięto płytę, a jego samego wykorzystano do wykonania małej kapliczki, ustawiając tam figurę Matki Bożej.

Inny znawca dziejów wojennych i techniki wojskowej, prof. Andrzej Olejko, znalazł w źródłach wzmianki o dwóch bombardowaniach: z 3 i 8 grudnia. Pierwsze opisała prasa, na temat drugiego brak szczegółów, ale informacja na jego temat znajduje się w archiwum wojskowym w Wiedniu. Być może zapis dotyczy bombardowania okolic szpitala wojskowego.

Na szczęście bomby nie spadły na najcenniejsze zabytki Krakowa, jak widoczny na tej pocztówce z lat 1920–1921 Zamek na Wawelu (il. ze zbiorów Biblioteki Narodowej, sygn. DŻS XII 8b/p.8/3, domena publiczna)

W porównaniu do realnego zagrożenia bombardowaniami, które odczuli liczni mieszkańcy Europy czasów I wojny światowej, pierwsze bombardowanie Krakowa jawi się wręcz groteskowo. I choć lotniczego pochodzenia bomby nie można jednoznacznie ani potwierdzić, ani wykluczyć, wydarzenie to znakomicie nadaje się do wykorzystywania w roli anegdoty. W swoim surrealizmie świetnie koresponduje z przygodami dobrego wojaka Józefa Szwejka.

Co ciekawe, zbombardowana lub też nie kamienica zasłynęła po latach z jeszcze jednego powodu – w 1994 roku zamieszkał w jej części frontowej i przez kolejne 10 lat tworzył tam polski noblista Czesław Miłosz. Ale to już zupełnie inna opowieść.

Bibliografia

  • Mieczysław Czuma, Michał Kozioł, Leszek Mazan, To jest Kraków, mości książę, Oficyna Wydawnicza Anabasis, Kraków 2007.
  • Andrzej Olejko, Działania lotnicze w pasie karpackim w latach 1914–1947, Wydawnictwo Uniwersytetu Rzeszowskiego, Rzeszów 2005.
  • Jan Rogóż, Na krakowskim ck bruku, Wydawnictwo Radamsa, Kraków 2008.
  • Andrij Kharuk, Technika lotnicza rosyjskiego lotnictwa nad Galicją 1914–1917 r., [w:] Lotnictwo w Przełamaniu Gorlickim 1915 r. Spojrzenie po 100 latach, Flexergis–Drukarnia Baad, Gorlice–Rzeszów–Nowy Sącz 2015
  • Michał Kozioł, Przed niewesołymi świętami 1914 roku, „Dwutygodnik Miejski Kraków.pl”, nr 22 (86), 21 grudnia 2011.
  • „Wiadomości Twierdzy Kraków. Gazeta Garnizonowa 1914–2014”, nr 1, Bombardowanie miasta, Muzeum Lotnictwa Polskiego, Kraków 2014.
  • Z galicyjskich pól wzlotów. Początki poczty lotniczej. Lotnicze tradycje i zabytki w krajobrazie Polski Południowej, pod red. Roberta Panka i Krzysztofa Wielgusa, Państwowe Przedsiębiorstwo Użyteczności Publicznej „Poczta Polska”. Rejonowy Urząd Poczty (Tarnobrzeg), Tarnobrzeg–Kraków 1999.

Prasa krakowska z grudnia 1914 r.:

  • „Czas”.
  • „Ilustrowany Kuryer Codzienny”.
  • „Naprzód”.
  • „Nowa Reforma”.
  • „Tygodnik Illustrowany”.
  • „Głos Narodu”.
Mateusz Drożdż
Mateusz Drożdż – ekonomista z wykształcenia, urzędnik samorządowy z zawodu, radny jednej z krakowskich dzielnic. Autor dwóch książek, współautor czterech innych, a także sześciu artykułów naukowych oraz kilkuset publikacji prasowych o tematyce historycznej. Współpracował m.in. z „Gazetą Krakowską”, „Dziennikiem Polskim”, miesięcznikiem społeczno-kulturalnym „Kraków”, miesięcznikiem „Nasza Historia” oraz z portalem „Ciekawostki Historyczne”. W opisywane przez siebie podróże w czasie najchętniej udaje się w burzliwe dzieje XX wieku, towarzysząc lotnikom, a także przyglądając się życiu Krakowa i jego mieszkańców w trakcie różnych stuleci.

Dodaj komentarz