Lądowanie w Normandii w ramach operacji „Overlord” stanowiło początek końca niemieckiej Festung Europa. Pierwsza bitwa tej kampanii rozegrała się już w kwietniu 1944 roku, kiedy to u wybrzeży Wielkiej Brytanii kilka okrętów rozpoczęło nocny bój o najwyższą stawkę. I była to prawdziwa tragikomedia.

19 sierpnia 1942 około godziny 14 zakończyła się ewakuacja ostatnich kanadyjskich żołnierzy z plaż Dieppe. Operacja „Jubilee” okazała się kosztowną i krwawą klęską, z której wyciągnięto jednak bezcenne wnioski. Żeby wprowadzić je w życie i wykorzystać przy operacji „Overlord”, należało nie tylko zmienić plany i zmodyfikować posiadany sprzęt, lecz także przećwiczyć w praktyce nowe metody działania. Generałowie zasiedli więc przy mapach sztabowych, a setki tysięcy żołnierzy wysłano na manewry, im bardziej zbliżone do warunków bojowych, tym lepiej. Jedne z nich, oznaczone kryptonimem „Tygrys”, stały się zabójczo realistyczne.

Uszkodzona w czasie ćwiczeń przedinwazyjnych barka desantowa piechoty (LSI) w trakcie napraw w bazie w Darmouth (akwarela autorstwa Dwighta C. Sheplera, ze zbiorów Naval History and Heritage Command, nr kat. 88-199-EI)

Inwazja na Slapton

Aby zrozumieć cały łańcuch wydarzeń prowadzący do tych manewrów, trzeba cofnąć się do 4 listopada 1943 roku, kiedy to sir John Daw, przewodniczący Devon County Council (Rady Hrabstwa Devon), odebrał telefon z War Office. Wiadomość była krótka – władze rekwirowały fragment ziem hrabstwa, skromne 30 000 akrów (ok. 121 km2), a mieszkańcy musieli wyjechać do 20 grudnia, zabierając ze sobą cały swój dobytek.

Przyczyną stojącą za owym telefonem była sama matka natura. Według wojskowych ekspertów piękne kamieniste plaże rozciągające się u stóp Slapton mogły idealnie zastępować podczas ćwiczeń plaże Utah czy Omaha. Co więcej, sam układ terenu również się zgadzał – zaraz za plażą i wąskim skrawkiem lądu rozciągały się mokradła, a pola przedzielały niewielkie żywopłoty. Dzięki temu liczba potencjalnych wyjść z plaż była ograniczona, dokładnie tak jak w planowanych strefach lądowania.

Po zakończeniu ewakuacji i zabezpieczeniu zabytkowych kościołów do pracy przystąpili wojskowi. Slapton Sands Assault Training Area wkrótce uznano za otwarty.

Gry sztabowe i poligonowe

Pierwsze manewry inwazyjne w tym rejonie, DUCK I (Kaczka I), rozpoczęły się 4 stycznia 1944 roku. Oceniając je z pewnej perspektywy wypada stwierdzić, że ich największą zaletą było ujawnienie licznych niedociągnięć występujących praktycznie na każdym szczeblu hierarchii wojskowej i na wszystkich etapach realizacji desantu. Gdyby operację „Overlord” przeprowadzono w ten sposób, aliantów czekałaby niechybna klęska.

Okręt desantowy do przewozu czołgów LST-325 podczas ćwiczeń DUCK I (fot. ze zbiorów USS LST Ship Memorial, domena publiczna)

W celu usunięcia tych błędów przez następne miesiące przeprowadzono serię manewrów z wykorzystaniem sił lądowych, marynarki i lotnictwa. Wielkim finałem okresu przygotowawczego miały być dwukrotne ćwiczenia zakrojone na szeroką skalę i z wykorzystaniem ostrej amunicji artyleryjskiej. Początek pierwszej próby, dziewięciodniowego symulowanego ataku na plażę Utah, zaplanowano na 22 kwietnia. Operacja otrzymała kryptonim TIGER (Tygrys).

Spory wzrost aktywności wojskowej w rejonie zatoki Lyme nie umknął jednak wrogiemu nasłuchowi radiowemu. Choć Niemcom nie udało się poznać detali, to samo natężenie rozmów radiowych sugerowało, że Brytyjczycy i Amerykanie przygotowują się do jakiejś większej operacji. W głowach niemieckich sztabowców zaczął dojrzewać pomysł przeprowadzenia próby przeszkodzenia aliantom w ich działaniach.

Niemiecki Schnellboot S-204 (fot. J.E. Russell, ze zbiorów Imperial War Museum, nr kat. A 28558, IWM Non Commercial Licence)

Wspomniana zatoka była już znana S-Bootom (Schnellboot), czyli ścigaczom torpedowym, które działały w tym rejonie już od 1943 roku. Póki co zła pogoda utrzymująca się przez cały marzec i część kwietnia uniemożliwiała jednak skuteczne przeprowadzenie większych operacji ofensywnych. Niemieckie ścigacze słabo radziły sobie przy mocnej fali, a chcąc odpalić torpedy, musiały zwalniać do 10 węzłów, co przy złej pogodzie i huśtaniu jednostką uniemożliwiało dokładne celowanie. Prognozy meteorologiczne na koniec kwietnia zapowiadały jednak znaczącą poprawę pogody.

Mały początek wielkiego nieszczęścia

Kilka dni po rozpoczęciu ćwiczenia „Tygrys”, 27 kwietnia 1944 roku, doszło do niewielkiego zdarzenia, łatwego do zlekceważenia przy gigantycznej skali manewrów obejmujących około 300 okrętów i 30 000 ludzi.

O godzinie 00.45 w nocy brytyjski niszczyciel HMS Scimitar został przypadkowo staranowany przez amerykańską barkę desantową LCI(L)-324. Zderzenie było na tyle silne, że w burcie niszczyciela powstał niewielki otwór na wysokości sześciu metrów ponad linią wodną. Uszkodzenie nie zagrażało jednostce przy ówczesnych warunkach meteorologicznych, więc dowódca zgłosił je dopiero rano po przypłynięciu do Plymouth w celu uzupełnienia paliwa. Ku jego zaskoczeniu niszczycielowi nakazano przejście w głąb portu i przeprowadzenie napraw. Robotnicy mogli zająć się tym mało priorytetowym zadaniem dopiero następnego dnia, HMS Scimitar musiał więc poczekać.

Atak na plażę w Slapton w czasie manewrów Tiger (akwarela autorstwa Dwighta C. Sheplera, ze zbiorów Naval History and Heritage Command, nr kat. 88-199-DZ)

Ktoś po drodze przeoczył drobny, acz brzemienny w skutkach fakt. Ów lekko uszkodzony niszczyciel miał być następnego dnia częścią eskorty konwoju T-4 wypływającego rano w kierunku poligonu. Dopiero około 19.30 zorientowano się, że coś jest nie tak. Minęły kolejne godziny, zanim w zastępstwie uszkodzonego okrętu wysłano inną jednostkę – HMS Saladin. Otrzymał on polecenie dołączenia do konwoju dopiero 28 kwietnia o 01.37 w nocy.

Konwój T-4 rusza w morze

W celu maksymalizacji realizmu i przetestowania logistycznej strony lądowania, okręty desantowe miały nadpływać falami – tak jak miało się to odbywać podczas właściwej inwazji. O godzinie 09.45 28 kwietnia 1944 roku w drogę ruszyła pierwsza część konwoju T-4, wiozącego m.in. sprzęt inżynieryjny, czołgi i zaopatrzenie. Znaczną część ładunku stanowiły paliwo i amunicja, niezbędne do przebicia się z plaż w głąb kraju.

HMS Saladin (fot. ze zbiorów Imperial War Museum, nr kat. FL 12573, IWM Non Commercial Licence)

W trasę wyruszyły LST-515, 496, 511, 531 i 58, holujący dwa stalowe pontony niezbędne do zbudowania mostu poza plażą. Amerykańskie LST (Landing Ship Tank) były dużymi okrętami desantowymi do przewozu czołgów na zamkniętym od góry pokładzie, wyposażonymi w otwierane dziobowe wrota. Dzięki niewielkiemu zanurzeniu i płaskiemu dnu mogły przybijać bezpośrednio do plaży. Z racji ich urody i właściwości morskich załogi często określały je jako „Large Slow Target” (Duży Powolny Cel).

Na czele szyku znajdowała się korweta klasy „Flower”, HMS Azalea, która wyprzedzała resztę konwoju o ok. 2 kilometry. Tego typu jednostki dysponowały co prawda skromnym uzbrojeniem artyleryjskim, jednak ich podstawowym zadaniem było zwalczanie okrętów podwodnych. Eliminowaniem zagrożeń nawodnych miał zajmować się drugi okręt eskorty, nieobecny HMS Scimitar.

Na ironię zakrawa fakt, że wychodzący w morze konwój minął się ze wspomnianym niszczycielem kierującym się na naprawy. Kapitan Azalei przyjął, że płynąca w przeciwnym kierunku jednostka zmierza na swoją pozycję za konwojem, z kolei jej oficer dowodzący założył, że konwój został o wszystkim poinformowany, a dowództwo zapewniło odpowiednie zastępstwo do jego ochrony. Żaden z nich nie podjął próby nawiązania łączności ze sobą.

HMS Scimitar (fot. Oscar Parkes, ze zbiorów Imperial War Museum, nr kat. SP 1998, IWM Non Commercial Licence)

Po południu do szyku dołączyły LST-499, 289 i 507. Od tej pory konwój składał się z jednej wysuniętej daleko do przodu jednostki eskorty i ośmiu LST płynących w ok. 400-metrowych odstępach.

Myśliwi i zwierzyna

28 kwietnia wieczorem z Cherbourga wyszło dziewięć niemieckich ścigaczy torpedowych. Sześć pochodziło z 5. Schnellboot-Flotille, pozostałe trzy należały do 9. Flotylli. Royal Navy w pełni zdawała sobie sprawę z zagrożenia, jakie stanowiły hitlerowskie S-Booty, i wysłała w morze kilka jednostek mających zatrzymać potencjalnych napastników chcących zagrozić manewrom.

Niemiecki S-Boot płynący z dużą prędkością (fot. L. Pelman, ze zbiorów Imperial War Museum, nr kat. A 29321, IWM Non Commercial Licence)

Tuż po północy niszczyciel HMS Onslow wykrył wizualnie zbliżający się ścigacz, a następnie namierzył trzy grupy nieprzyjaciół na radarze. Kontakt potwierdziły także nadbrzeżne posterunki radarowe. Eter wypełniły ostrzeżenia przed wrogimi jednostkami, jednak żaden LST z konwoju ich nie usłyszał. Z powodu błędu w rozkazach (literówka?) ich radiostacje pracowały na innych częstotliwościach, więc ich kapitanowie nie dowiedzieli się o nadciągającym zagrożeniu. Informację odebrała co prawda HMS Azalea, lecz jej dowódca sądził, że LST również ją słyszały, więc nie podjął żadnych działań.

Niemieckie ścigacze zajęły tymczasem pozycje do ataku. W celu wprowadzenia większego zamieszania i zmylenia wroga S-Booty podzieliły się na cztery grupy. Jednostki z 5. Flotylli utworzyły trzy zespoły po dwa okręty, 9. Flotylla uderzyła w trójkę. Celem był, jak wydawało się wtedy ich dowódcom, przybrzeżny konwój eskortowany przez niszczyciele.

Pierwsza do akcji wkroczyła Rotte-3, złożona z S-136 i 138. Kilka minut po północy rozpoczęły one atak na dwa niszczyciele, odpalając w ich kierunku wszystkie posiadane torpedy, łącznie osiem sztuk (każdy S-Boot miał dwie w wyrzutniach oraz dwie zapasowe). Zaobserwowano detonacje, w niebo wystrzeliły flary, a niebawem para zgłosiła zatopienie niszczyciela, po czym Rotte-3 skierowała się do bazy. Do dziś nie wiadomo, co tak naprawdę atakowały te ścigacze, jako że Royal Navy nie odnotowała tej nocy utraty żadnego ze swych niszczycieli w tym rejonie, a niemieckie dowództwo nie przyznało tym ścigaczom zatopienia wrogiej jednostki.

Zbliżenie na pokrywę prawej wyrzutni torpedowej S-Boota (fot. ze zbiorów Bundesarchiv, Bild 146-1972-093-39, CC-BY-SA 3.0

Załogi LST z konwoju T-4 obserwowały z oddali ten pokaz pirotechniczny, biorąc go jednak za część ćwiczeń. Nagle coś zaszurało o dna LST 501 i 507, a na 499 i 289 dało odczuć się wstrząsy podobne do podwodnych detonacji bomb głębinowych. To Rotte-2 (S-140 i 142) przystąpiła do ataku i odpalała raz za razem swe torpedy. Niemcy jednak źle obliczyli głębokość zanurzenia i prędkość celów, przez co ich śmiercionośne pociski przemknęły pod kadłubami desantowców. Nie mając już torped, ok. 01.35 oba okręty otworzyły ogień w kierunku ostatniego w szyku LST-507, chcąc wskazać reszcie ścigaczy położenie konwoju.

Amerykanie patrzyli na przelatujące smugacze z pewnym zaskoczeniem, uznali jednak, że to nadal część manewrów lub też jakiś nadgorliwy artylerzysta zaczął strzelać do cieni na morzu. Ich radary wskazywały na obecność innych okrętów w pobliżu, jednak sądzili, że są to jednostki biorące udział w ćwiczeniach. Kolor niemieckich smugaczy również nie pomagał w rozwianiu wątpliwości. 5. Flotylla używała wówczas amunicji z czerwonymi smugaczami, podobnymi do tych będących na wyposażeniu Amerykanów, więc ostrzał prowadzony przez Rotte-2 wprowadzał zamieszanie zarówno w szeregach wroga, jak i własnych.

Działko kalibru 20 mm na niemieckim S-Boocie (fot. Berndt, ze zbiorów Bundesarchiv, Bild 101II-MW-6304-13A, CC-BY-SA 3.0)

Nagle, około 02.03, LST-499 skręcił gwałtownie w lewo. Obserwatorzy na jego pokładzie dostrzegli nadciągającą torpedę, wystrzeloną prawdopodobnie przez S-100 z Rotte-1. S-100 i 143 straciły trochę czasu na poszukiwanie niszczycieli zgłoszonych przez Rotte-3, a kiedy niczego nie znalazły, skierowały się w kierunku konwoju i przystąpiły do ataku. Salwy S-100 także jednak chybiły.

Egzekucję czas zacząć

Załogi 9. Schnellboot-Flotille (S-130, 145 i 150) wykorzystały działania 5. Flotylli do zajęcia odpowiedniej pozycji i właściwej identyfikacji celów. Ich plany mogła pokrzyżować druga jednostka eskorty, jednak HMS Saladin był jeszcze daleko.

Około 02.03 LST-507 został trafiony torpedą wystrzeloną z S-130 lub 150 (oba atakowały wspólnie). Na okręcie padło zasilanie, co unieruchomiło pompy i uniemożliwiło skuteczną akcję gaśniczą. Załoga mogła jedynie uszczelnić wszelkie włazy prowadzące do wnętrza jednostki w nadziei na przedłużenie agonii swojego okrętu. Pod ich stopami palili się żołnierze uwięzieni na pokładzie czołgowym, otoczeni pojazdami wypełnionymi paliwem i amunicją. Wobec braku wody nie można było nic dla nich zrobić.

LST-289 w czasie manewrów Tiger, 28 kwietnia 1944 r. (fot. ze zbiorów Naval History and Heritage Command, nr kat. 80-G-K-2055)

Trafienie torpedy w LST-507 wywołało pewne zamieszanie. Na LST-289 zauważono eksplozję, jednak nie znano jej przyczyny. Dowódca płynącej na czele LST-515 nie wiedział nawet, czy jednostka płonąca daleko za jego rufą jest w ogóle częścią jego konwoju. Przez brak zdecydowania i problemy w ocenie sytuacji stracono kilkanaście bezcennych minut. Wszelkie wątpliwości rozwiała około 02.20 fala uderzeniowa powstała po eksplozji czwartej jednostki w szyku, LST-531. Torpedy z S-150 wywołały tak potężny wybuch, że załoga ścigacza była przekonana o trafieniu tankowca.

Brutalnie pozbawieni złudzeń amerykańscy artylerzyści rozpoczęli chaotyczny ostrzał niemieckich ścigaczy, przy czym LST-511 został przypadkowo trafiony pociskami z LST-496. LST-515 i 499 nadały informację o ataku, jednak w zamieszaniu kapitan drugiej z jednostek kazał zawiadomić dowództwo o ataku nieprzyjacielskiego okrętu podwodnego, a nie ścigaczy.

Kapitan HMS Azalea mógł jedynie przypatrywać się tej tragedii w poczuciu bezradności. W pierwszym odruchu chciał użyć pocisków oświetlających, by wykryć S-Booty, jednak nie mając łączności z LST, nie znał ich pozycji. Bojąc się, że swoją akcją pomoże bardziej wrogowi niż swoim, ograniczył się do biernego manewrowania w pobliżu konwoju.

HMS Azalea (fot. ze zbiorów Imperial War Museum, nr kat. FL 1303, IWM Non Commercial Licence)

Ostatnią ofiarą niemieckich ścigaczy stał się LST-289, trafiony ok. 02.30 przez S-145. Torpeda urwała część rufy i zniszczyła stery, jednak desantowiec utrzymał się na wodzie. Reszta konwoju T-4 salwowała się ucieczką w kierunku brzegu. Po storpedowaniu trzech LST niemieckie ścigacze wróciły do portu. Ich jedyną stratą było uszkodzenie dwóch jednostek, które wpadły na siebie podczas manewrowania.

Pobojowisko

Pierwszą jednostką udzielającą pomocy rozbitkom stał się HMS Saladin. Niszczyciel przybył ok. 03.15. Do tego czasu w wodzie pozostało niewielu żywych. Hipotermia zbierała śmiertelne żniwo, a część żołnierzy utonęła zabita przez własne hełmy, które przy uderzeniu w wodę nokautowały swych właścicieli. Inni utonęli przez zbyt nisko założone pasy ratunkowe. Niewielki Life Preserver, Belt, M-1926 powinno się zakładać możliwie najwyżej, najlepiej tuż pod pachami. W innym wypadku ciężar żołnierskiego torsu objuczonego wyposażeniem obracał nieszczęśnika do góry nogami.

Uszkodzona rufa LST-289 (fot. ze zbiorów Naval History and Heritage Command, nr kat. 80-G-283500)

Ocalałym marynarzom i żołnierzom nakazano milczenie, a personel medyczny zajmujący się rannymi poinstruowano, by pracowali jak weterynarze, nie rozmawiając ze swoimi pacjentami. Tajemnica wojskowa musiała zostać zachowana, a cały incydent ujawniono dopiero po D-Day.

W ataku S-Bootów na konwój T-4 zginęło łącznie 639 żołnierzy i marynarzy. Wśród nich było dziesięciu „bigotów”, czyli oficerów znających miejsce i termin prawdziwej inwazji. Przez pewien czas obawiano się, że Niemcy mogli pojmać któregoś z nich, jednak po zakrojonej na szeroką skalę akcji poszukiwawczej odnaleziono wszystkie zwłoki. Alianccy planiści mogli odetchnąć z ulgą.

Podsumowanie

Starcie w zatoce Lyme okazało się najpoważniejszą niemiecką akcją przeprowadzoną przeciwko alianckim siłom inwazyjnym przed D-Day. Patrząc z perspektywy czasu można nawet uznać że dobrze się stało, iż owe starcie ujawniło niedociągnięcia alianckiego systemu dowodzenia. Gdyby nie wykryto i nie załatano tych luk, koszt inwazji mógłby być znacznie większy. Co więcej, wydarzenia tej pamiętnej nocy doprowadziły do narodzin morskiego oddziału ratowniczego, którego jedynym zadaniem podczas D-Day było wyławianie rozbitków z zatopionych jednostek desantowych.

Plaża w Slapton, wrzesień 1944. Czas sprzątać (fot. ze zbiorów Imperial War Museum, nr kat. D 21973, IWM Non Commercial Licence)

Dziś o tych wydarzeniach przypomina kilka pomników i tablic w Wielkiej Brytanii, Francji i Stanach Zjednoczonych. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę, że jeden z owej dziewiątki ścigaczy przetrwał wojnę. S-130, współsprawca zatopienia LST-507, jest jedynym zachowanym niemieckim Schnellbootem na świecie. Jednostka ta znajduje się obecnie w Wielkiej Brytanii.

Bibliografia

Leave a Reply