Dywizjon 303 to dla wielu prawdziwa narodowa duma, liczba zestrzeleń dokonanych przez polskich pilotów w czasie bitwy o Anglię wciąż budzi zatem kontrowersje. Jedni bronią liczby 126 strąconych samolotów wroga, inni znacznie ją pomniejszają. Kto z nich ma rację?

Przygotowując w lutym 2020 roku materiał dotyczący udziału Polaków w obronie Wielkiej Brytanii przed spodziewaną niemiecką inwazją, miałem świadomość, że temat ten może być odbierany jako kontrowersyjny. Reakcja Czytelników i Czytelniczek była jednak, przynajmniej dla mnie, dość zaskakująca, jako że komentarze (cóż, te merytoryczne) zadziwiająco często dotyczyły kwestii liczby zestrzeleń osiągniętych przez polskich pilotów, szczególnie przez Dywizjon 303. Byłem wówczas przekonany, że w tej kwestii powiedziano i napisano już wszystko. Jak jednak widać, byłem w błędzie. Spróbujmy więc po raz kolejny odpowiedzieć na pytanie: ile samolotów zestrzelił Dywizjon 303 w Bitwie o Anglię?

Piloci Dywizjonu 303: Piloci Dywizjonu 303. Od lewej P/O Ferić, F/Lt Kent, F/O Grzeszczak, P/O Radomski, P/O Zumbach, P/O Łukuciewski, F/O Henneberg, Sgt. Rogowski, Sgt. Szaposznikow (fot. Instytut Polski i Muzeum im. gen. Sikorskiego, domena publiczna)

Szukając na lądzie i na morzu

Niewiele osób interesujących się tym zagadnieniem wie, że badania zmierzające do ustalenia strat wszystkich stron zaangażowanych w bitwę o Anglię trwają do dziś. Nie znaczy to jednak, że historycy, archeolodzy i badacze przespali 80 lat dzielących nas od owych wydarzeń. Sprawa ustalenia liczby zestrzeleń jest po prostu o wiele bardziej skomplikowana, niż się to powszechnie uważa.

Jedną z najważniejszych przeszkód w dotarciu (choć w przybliżeniu) do prawdy jest zgłaszanie przez ówczesnych pilotów większej ilości zestrzeleń niż to miało miejsce, o czym szerzej w dalszej części artykułu. To zjawisko dotykało pilotów każdej z walczącej ze stron, jednak niewiele osób zdaje sobie sprawę z jego rozmiaru. Według ustaleń Johna Alcorna, w wypadku niektórych dywizjonów RAF można potwierdzić mniej niż połowę zgłoszonych i zatwierdzonych podczas bitwy zestrzeleń.

Pamiątki zachowane w Instytucie Sikorskiego w Londynie (fot. Łukasz Męczykowski)

Problematyczność owego zjawiska łatwiej ocenić, jeśli porówna się ówczesne dokumenty RAF z niemieckimi, które stały się dostępne po zakończeniu wojny. Dla przykładu, po walkach 15 września 1940 roku RAF oszacował straty Luftwaffe na 185 maszyny, z czego jednak zaledwie 56 znalazło potwierdzenie w niemieckich dokumentach. Owszem, można się spierać o poszczególne liczby, niemniej sama tendencja przeszacowywania strat przeciwnika jest aż za bardzo widoczna.

Lotnicy dywizjonu 303 oglądają szczątki zestrzelonego samolotu Ju 88. Z prawej widoczny samolot Spitfire należący do Jana Zumbacha. Widoczny jest również fragment poszycia niemieckiej maszyny z napisem o ówczesnej liczbie zwycięstw powietrznych dywizjonu (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/21/0/-/74/2, domena publiczna)

Weryfikacja zestrzeleń z lata 1940 roku trwa do dziś, a badania toczą się nie tylko w archiwach. Wystarczy przypomnieć tu o znanych z mediów akcjach wydobywania wraków z bitwy o Anglię, jak choćby podniesienie w 2013 roku wraku niemieckiego bombowca Do-17Z z dna kanału La Manche. Warto też wspomnieć o wykopaniu w 2004 w centrum Londynu resztek brytyjskiego myśliwca Hurricane pilotowanego niegdyś przez słynnego Raya Holmesa. O ile sama historia maszyny i jej pilota, jak też lokalizacja wraku, nie były tajemnicą, zaskakiwać może głębokość, na jakiej odkryto silnik samolotu. Okazało się, że myśliwiec pędzący ok. 180 km/h wbił się kilka metrów w głąb twardej, londyńskiej gliny. Daje to pewne wyobrażenie o głębokości, na jakiej mogą zalegać materialne pamiątki walk z okresu bitwy o Anglię.

Rzadko kiedy niemieckie maszyny przybywały na brytyjską ziemię w tak idealnym stanie. Widoczni na zdjęciu wartownicy, stojący przy wraku Messerschmitta Bf 109E-1 oberleutnanta Paula Temmego, mają odstraszać łowców pamiątek – największych wrogów brytyjskich techników i oficerów wywiadu; 13 sierpnia 1940 r, (fot. ze zbiorów Imperial War Museum, sygn. HU 67701, IWM Non-Commercial Licence)

Mając za sobą powyższe wprowadzenie, czas przejść do problematyki związanej bezpośrednio z ustalaniem liczby zestrzeleń latem 1940 roku. Aby zbudować przejrzysty obraz zagadnienia, wypada zacząć od samego początku, czyli od opisu tego, jak wyglądały starcia w przestworzach w realiach 1940 roku.

Chaos w powietrzu

Praprzyczyna zawyżania liczby zestrzeleń przez pilotów myśliwskich wszystkich walczących stron tkwi w naturze samej walki powietrznej. Oglądając niektóre filmy, można odnieść wrażenie, że ustalenie zestrzelenia jest banalnie proste, prawie tak jak w grze komputerowej. Ot, strzelamy, cel wybucha, zaliczony. W rzeczywistości sytuacja była „trochę” bardziej skomplikowana.

Walka powietrzna to chaos. Zbliżające się eskadry mogą manewrować, zmieniać szyki, różnie ustawiać się wobec słońca czy chmur, ale kiedy dojdzie już do zwarcia, jednostki myśliwskie rozpadają się na pojedyncze maszyny toczące z wrogiem bój na śmierć i życie. Jeśli ktoś ma szczęście i posiada zdyscyplinowanego skrzydłowego, może być trochę bardziej pewien o swoje tyły, nie zwalnia to jednak pilota od obowiązku monitorowania sytuacji wokół siebie.

Smugi kondensacyjne zostawione przez niemieckie i brytyjskie samoloty w czasie walki powietrznej; 1940 r. (fot. Puttnam, ze zbiorów Imperial War Museum, sygn. H 4219, IWM Non Commercial Licence)

Spróbujcie sobie, drodzy Państwo, wyobrazić sytuację, w której jesteście zamknięci w małej metalowej puszce, a na całe Wasze ciało oddziałują przeciążenia wywoływane przez gwałtowne manewry. Jeśli dobrze zapieliście pasy, utrzymają Was na miejscu, zostawiając jednak ślady na skórze. Przed Wami tablica przyrządów informujących o tak istotnych rzeczach jak wysokość, prędkość czy przegrzanie silnika. Nogi na orczyku, jedna ręka na manetce gazu, druga na drążku sterowym. W uszach zderzają się ze sobą odgłosy pracy silnika, głos strzelających karabinów maszynowych i komunikaty radiowe. W każdej sekundzie jesteście atakowani przez setki bodźców słuchowych, wzrokowych i dotykowych. A nawet nie wyjrzeliście jeszcze z kabiny na zewnątrz.

Jeśli w powietrzu doszło do zderzenia się dużych formacji, np. dywizjony myśliwskie atakują niemiecką wyprawę bombową wraz z eskortą, wokół nas dzieje się naprawdę dużo. Za oknami kabiny przelatują nam samoloty (swoje? obce?), smugi pocisków (swoich? obcych? skierowanych do mnie?), a z czasem wykwitają spadochrony (swój? obcy?). Dobry pilot potrafi wyłowić w tym zamieszaniu „swoją” maszynę, którą spróbuje zniszczyć, nie mając jednak pewności, czy tylko on bierze dany samolot na cel, czy też nieświadomie bierze udział w grupowym polowaniu.

Trzy myśliwce Spitfire atakujące niemiecki bombowiec. W rzeczywistości zdjęcie wykonano z pokładu brytyjskiego bombowca Bristol Blenheim; 24 lipca 1940 r. (fot. ze zbiorów Imperial War Museum, sygn. CH 737, IWM Non-Commercial Licence)

Załóżmy, że trafiliśmy. Nasza seria dosięgnęła celu, widzimy rozbłyski na kadłubie nieprzyjaciela. Nagle Niemiec nurkuje. Trafiony? Tak. Czy śmiertelnie? Czy ten manewr to początek ostatniej drogi ku brytyjskiej ziemi (lub wodom kanału), czy też mamy do czynienia jedynie z nurkowaniem w celu zgubienia prześladowcy? Ta niewielka smuga dymu to początek zabójczego w skutkach pożaru, czy tylko struga spalin z nagle pobudzonego silnika? Najłatwiej było by polecieć za nim i sprawdzić, ale nie zawsze jest to możliwe.

Myśliwy musi uważać, by samemu nie stać się zwierzyną. W walce powietrznej zamiana ról trwała ułamki sekund. Jeśli wiemy, że w powietrzu nie ma nieprzyjaciół – ok, możemy upewnić się, że nasz cel rzeczywiście się rozbił. Gdy walka w przestworzach nadal trwa, znacznie lepiej skupić się na jej przebiegu, inaczej sami możemy wzbogacić czyjeś konto zestrzeleń.

Czy rozumiecie już Państwo, jak trudne było określenie, czy zestrzeliliśmy dany samolot czy nie?

Trudna weryfikacja

Klatki z fotokarabinu myśliwca RAF-u strzelającego do Ju 87 Stuka; 1940 r. (fot. Imperial War Museum, sygn. C 2418, IWM Non-Commercial Licence)

Po powrocie na lotnisko (lub w szpitalu) pilot musiał zdać raport z przebiegu lotu. Jeśli doszło podczas niego do walki powietrznej, musiał ją opisać ze szczegółami. Jeśli (jakże nadużywam dziś tego słowa!) jego samolot posiadał fotokarabin, a taśma nadawała się do wykorzystania (a nie dopalała się we wraku maszyny pilotowanej przez niezbyt fortunnego łowcę), nagranie mogło pomóc w weryfikacji zestrzelenia, ale patrząc na nieliczne zachowane filmy z tego okresu, łatwo dostrzec ich wątpliwą przydatność.

Warto też pamiętać o tym, że podziurawiona jak sito maszyna obiecująco prezentująca się na nagraniu, mogła jednak dolecieć do bazy, podczas gry pojedyncza kula kalibru 7,7 mm mogła trafić pilota myśliwca w głowę, co nie wyglądało spektakularnie na taśmie, lecz było zabójczo skuteczne.

Najczęściej wykorzystywanym źródłem informacji były więc zeznania pilota, który przeprowadził dany atak. Problem w tym, że poddawany w trakcie walki olbrzymiemu napięciu, łatwo mógł się pomylić lub też w najlepszej wierze przedstawić pewne fakty tak, by bardziej odpowiadały potwierdzeniu zestrzelenia.

W tym momencie przerwę narrację by zamieścić małe ogłoszenie dla komentujących – Nie posądzam polskich pilotów o celowe kłamstwa! Dziękuję.

O zawodności oczu i pamięci pilotów, ludzi starannie dobieranych pod względem wzroku i predyspozycji umysłowych, najlepiej świadczy literatura i dokumenty. 30 sierpnia 1940 roku por. Ludwik Paszkiewicz dokonał pierwszego zestrzelenia w historii Dywizjonu 303. Strąconą maszynę zidentyfikował jako Do-17/215, choć miał do czynienia z myśliwcem Me-110. Oba typy miały pewne wizualne cechy wspólne, więc można taką pomyłkę uznać za zrozumiałą. Innym pilotom zdarzało się nie tylko widzieć w powietrzu He-113, ale nawet toczyć z nimi walki. Problem w tym, że Niemcy nigdy nie wprowadzili takich maszyn do walki, udając jednak na łamach gazet, że jednak to zrobili.

Szczytem pomyłek w zakresie powietrznej identyfikacji lotniczej są (opisywane we wspomnieniach przez samych pilotów) omyłkowe próby dołączania polskich samolotów do niemieckich myśliwców w przekonaniu, że zbliżają się do swoich towarzyszy. Kiedy trzeba w ułamku sekund podejmować decyzje pod wpływem stresu, „sto dziewiątka” może (najwyraźniej) przypominać sojuszniczy samolot.

Pewną pomocą w weryfikacji zestrzeleń mogły być wraki wrogich maszyn, oczywiście jeśli zwycięski pilot przeżył, zapamiętał miejsce starcia i prawdopodobnego upadku swojej ofiary. Niestety, niekiedy samolot wpadał do wody czy wbijał się prosto w ziemię, uniemożliwiając właściwą identyfikację, lub chętnych do „przywłaszczenia” danego wraku było kilku.

Choć wszyscy uczestnicy procesu weryfikacji zestrzeleń kierowali się jak najlepiej rozumianym poczuciem obowiązku, ich ustalenia prowadziły niekiedy do powstania piętrowych przekłamań. Dla przykładu, powojenna analiza pewnej walki powietrznej wykazała, że jeden bombowiec Ju-88 został „zaliczony” aż kilku pilotom (atakującym ten sam samolot w różnych odstępach czasu) jako 4,5 maszyny. A wszystko to przy zachowaniu procedur RAF i założeniu, że piloci zeznawali w pełni przeświadczenia o uzyskaniu samodzielnego lub zespołowego zestrzelenia.

Fragment Do-17. Jeśli kadłub był w miarę dobrym stanie, lub przynajmniej zachowały się na nim kodowe oznaczenia jednostki, weryfikacja zestrzelenia była uproszczona. Jeśli, rzecz jasna, pilot myśliwca zapamiętał je podczas walki; sierpień 1940 r. (fot. Imperial War Museum, sygn.HU 70268, IWM Non-Commercial Licence)

Gryzipiórki kontra myśliwcy

Pierwsza weryfikacja zgłoszonych podczas Bitwy o Anglię zestrzeleń miała miejsce już wiosną 1942 roku. Przyjęto wtedy, Niemcy stracili w tych walkach 2692 samoloty, z czego Dywizjon 303 miał osiągnąć 126 zestrzeleń, a wszyscy polscy piloci uczestniczący w bitwie mieli strącić 203,5 maszyny wroga. Stąd liczba 126 rozniosła się po świecie jako poparta autorytetem władz. Aż chciałoby się powiedzieć: I tak rozniosła się ta pogłoska między historykami, i trwa do dnia dzisiejszego.

Kolejne zmiany w kwestii zestrzeleń przyniósł okres powojenny. W 1946 roku powstała tzw. lista Bajana, a rok później swe obliczenia zweryfikował RAF, tym razem wykorzystując dostęp do zdobycznych niemieckich dokumentów. Okazało się, że Luftwaffe straciła 1733 maszyny, czyli o 959 samolotów mniej, niż zakładano. Logicznym następstwem takiego kroku byłaby redukcja zestrzeleń na poziomie nacji, dywizjonów i osobistych kont pilotów, by jak najwierniej odzwierciedlić stan rzeczywisty. Licząc czysto proporcjonalnie, z 203 „polskich” zestrzeleń powinno zejść się do 131, a słynne 126 Dywizjonu 303 powinno ustąpić miejsca rezultatowi zbliżonemu do 81.

Sprawy zestrzeleń nie da się jednak rozwiązać w tak mechaniczny sposób. Dywizjon 303 walczył dosyć krótko (biorąc pod uwagę czas trwania bitwy o Anglię), lecz niezwykle intensywnie. Znaczna liczba starć powietrznych sprzyjała nie tylko uzyskiwaniu zestrzeleń, ale też występowaniu pomyłek. Tam, gdzie wojskowi nie dali rady, wkroczyli historycy i entuzjaści, dokonując własnych, niekiedy bardzo rozbieżnych, obliczeń.

Dni najintensywniejszych walk
Data Szacunki RAF dotyczące niemieckich strat Straty niemieckie (zniszczone/uszkodzone)
15 sierpnia 183 76/9
18 sierpnia 155 71/23
31 sierpnia 94 39/14
2 września 66 34/12
7 września 100 40/13
15 września 185 56/21
27 września 133 55/12

Źródło: J.B. Cynk, Sprawa polskiego udziału w zwycięstwach myśliwskich w Bitwie o Wielką Brytanię, „Aero. Technika lotnicza”, nr 1/1993, s. 37.

Najbardziej „bezwzględnie” potraktował Dywizjon 303 John Alcorn, przyznając mu w 1996 roku jedynie 44 pewne zestrzelenia, choć w 2000 roku podwyższył tę kwotę do 45 strąceń. Co ciekawe, nawet po owych redukcjach Trzysta trzeci dzierży palmę pierwszeństwa w dwóch kategoriach – najlepszego dywizjonu brytyjskiego latającego na myśliwcach Hurricane i jednostki, która uzyskała najlepszy przelicznik zestrzeleń względem dni spędzonych w walce. Mówiąc wprost, nawet po redukcji liczby powietrznych zwycięstw przeprowadzonej przez Alcorna Dywizjon 303 nadal pozostaje najskuteczniejszym dywizjonem bitwy o Anglię.

Smętne resztki Me-110; sierpień 1940 r. Patrząc na takie zdjęcia warto pamiętać, że w niektórych wypadkach zapewnieniem odpowiedniego podpisu do fotografii zajmowali się powojenni historycy, prowadząc pieczołowitą analizę źródeł (fot. ze zbiorów Imperial War Museum, sygn. HU 69874, IWM Non-Commercial Licence)

Wynik tych badań można traktować jako najniższą możliwą liczbę strąceń osiągniętych przez Dywizjon 303. Przyjęli ją też Patric Bishop czy Christer Bergström. Jacek Kutzner określił liczbę zestrzelonych przez tę jednostkę maszyn na 50–52, Jerzy B. Cynk optuje za 55 60 (podobnie odniósł się do tej kwestii Jan Szkudliński – 50–60), natomiast Richard King hojnie przyznał polskiemu dywizjonowi 75 zestrzelonych samolotów wroga.

Co ciekawe, część autorów poszła inną drogą i pozostała przy liczbie 126, dodając jednak, że dotyczy ona zgłoszonych zestrzeleń. Uczeni ci nie zajmowali się kwestią późniejszej redukcji osiągnięć bojowych poszczególnych jednostek i pilotów. Koniec końców, są również publikacje, w których owe 126 zestrzeleń funkcjonuje tak, jakby nic się w tej kwestii nie wydarzyło od 1942 roku.

Uliczny sprzedawca gazet obserwuje walkę powietrzną w czasie bitwy o Anglię (fot. Imperial War Museum, sygn. HU 810, IWM Non-Commercial Licence)

Dywizjon 303 nie potrzebuje przejaskrawiania osiągnięć

W grudniu 1942 roku na Kongresie Technicznym Lotnictwa padły bardzo ważne słowa: „Nie jest tajemnicą, że liczbowo Royal Air Force ustępowała wówczas lotnictwu niemieckiemu. Zwycięstwo odniesiono dzięki lepszej organizacji”. 51 lat później Jerzy Cynk napisał:

Przypisywanie przez nas samych większego procentu zwycięstw Polakom, nawet jeśli wynika tylko z nieznajomości faktów, nie przysparza chwały polskiemu lotnikowi, którego bezprzykładna bitność i zaciętość w bojach powietrznych jest uznawana i podkreślana zarówno przez sprzymierzeńców, jak i wrogów. Przejaskrawianie naszych osiągnięć może tylko podważać ich powagę i rzucać niepotrzebny cień na rzeczywiste dokonania Polaków.

Spitfire’y Dywizjonu 303 w szyku bojowym; 1941–1944 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/21/0/-/73/1, domena publiczna)

Najtrudniejszą do zaakceptowania dla wielu dyskutantów kwestią związaną z liczbą zestrzeleń jest to, że nie ma ona tak naprawdę większego znaczenia. Wystarczy przecież zgodnie z prawdą powiedzieć, że polscy lotnicy należeli do czołówki pilotów RAF walczących w tej bitwie, a ich dokonania nie tylko zadziwiły brytyjskich gospodarzy, ale i przyniosły im sławę na całym świecie. To oni przypominali o tym, że „Jeszcze Polska nie zginęła”, a polscy żołnierze nadal walczą z wrogiem o wolność swojego kraju, dając nadzieję nie tylko żołnierzom Polskich Sił Zbrojnych rozsianych po praktycznie wszystkich teatrach działań zbrojnych, ale i ludności w okupowanym kraju. W porównaniu z tymi zyskami i wartościami, czy ma jakieś znaczenie, czy tych strąceń było 40, 50 czy 60?

Piloci Dywizjonu 303 – Jan Zumbach (po lewej) i Mirosław Ferić – z maskotką jednostki; 24 października 1940 r. (fot. ze zbiorów Imperial War Museum, sygn. CH 1537, IWM Non-Commercial Licence)

Bibliografia

The National Archives

  • AIR 27/1663/1.
  • AIR 50/117/45.
  • AIR 50/177/1.
  • AIR 50/62/55.

Opracowania

  • The Airmen’s Stories – Sgt. R T Holmes, [w:] Battle Of Britain London Monument, [dostęp: 20 kwietnia 2020], <http://bbm.org.uk/the-airmen-stories/r-t-holmes/>.
  • John Alcorn, B of B Top Guns, „Aeroplane Monthly”, № 9/1996.
  • Tenże, Battle of Britain Top Guns Update, „Aeroplane Monthly”, № 7/2000.
  • Maurice Allward, Aircraft Combat Losses, „Wingspan”, № 9/1990.
  • Bohdan Arct, W podniebnej chwale, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1958.
  • Christer Bergström, The Battle of Britain. An epic conflict revisited, Casemate UK, Oxford 2015.
  • Patrick Bishop, Battle of Britain. A day-by-day chronicle. 10 July 1940 to 31 October 1940, Quercus Publishing, London 2009.
  • Stephen Bungay, Bitwa o Anglię, Znak, Kraków 2010.
  • Jerzy B. Cynk, Sprawa polskiego udziału w zwycięstwach myśliwskich w Bitwie o Wielką Brytanię, „Aero. Technika lotnicza”, nr 1/1993.
  • Tenże, The Polish Air Force at war. The Official History, Vol. 1, 1939–1943, Schiffer Publishing, Atglen 1998.
  • Jasper Copping, Jeevan Vasagar, The doomed flight of the last Dornier, „The Telegraph”, 16 czerwca 2013 [dostęp: 20 kwietnia 2020], https://www.telegraph.co.uk/history/world-war-two/10122414/The-doomed-flight-of-the-last-Dornier.html>.
  • Arkady Fiedler, Dywizjon 303, Wydawnictwo „Bernardinum”. Pelplin 2017.
  • Robert Gretzyngier, Wojtek Matusiak, Polacy w obronie Wielkiej Brytanii, Rebis, Poznań 2007.
  • Ciż, Udział Polaków w bitwie o Anglię, „Biuletyn IPN”, nr 8–9/2011.
  • Jon Lake, The Battle of Britain, Silverdale Books, London 2000.
  • Richard King, Dywizjon 303. Walka i codzienność, Wydawnictwo RM, Warszawa 2014.
  • Michael Korda, Bitwa o Anglię. Strategia zwycięstwa, AMF Plus Group, Warszawa 2010.
  • Jacek Kutzner, Dywizjon Myśliwski Warszawski im. Tadeusza Kościuszki w bitwie o Wielką Brytanię, Rytm, Warszawa 2010.
  • Tadeusz Schiele, Wspomnienia lotnika-myśliwca, Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 1957.
  • Jan Szkudliński, Czy polscy lotnicy w 1940 r. uratowali Wielką Brytanię?, [w:] 100 pytań na 100 lat historii Polski (1918–2018), „Polityka. Pomocnik historyczny”, nr 5/2018.
  • Witold Urbanowicz, Świt zwycięstwa, Znak, Kraków 1971.

Dodaj komentarz