Karnawałowe uczty i zabawy pełne pijaństwa, śmiechu i tańców przez wieki były przygotowaniem do zbliżającego się postu. W ostatki szaleństwom poddawali się wszyscy, bez względu na wiek i majątek. Również Środa Popielcowa – choć zdecydowanie spokojniejsza – niosła ze sobą ostatnie chwile harców.

Ostatnie chwile karnawału. Kiedyś nazywano je różnie: zapusty, mięsopust, bachusy, podkoziołek, a także szalone lub kuse dni. Dziś najczęściej są określane mianem ostatków lub śledzika. Również sposób ich obchodzenia przez wieki uległ zmianie. Obecnie dużo spokojniejsze, coraz częściej niezauważane, jeszcze pod koniec XIX wieku były wypełnione dziką zabawą pełną muzyki, tańców, jadła i alkoholu. Harce rozpoczęte we wtorek niejednokrotnie nie kończyły się o północy, gdy rozpoczynała się Środa Popielcowa, lecz trwały jeszcze długie godziny.

Jednak by w pełni zrozumieć ten niezwykły okres wielkiej radości i hulanki przechodzący w czas zadumy i ściśle przestrzeganego postu, przyjrzyjmy się, jak przez wieki szykowano się w naszym kraju na długie tygodnie postu.

Niekóre z karnawałowych obyczajów przetrwały w tej czy innej formie do XX wieku, a nawet do dziś. Na zdjęciu podkoziołek Związku Pracy Obywatelskiej Kobiet w Czarnkowie nad Notecią; 27 lutego 1933 r. (fot. Biblioteka Narodowa, sygn. F.69867/II, domena publiczna)

Święty Wojciech i 70 dni postu

W pierwszych wiekach naszej ery Wielki Post trwał zaledwie 40 godzin, czyli obejmował dwa dni poprzedzające niedzielę wielkanocną. Dopiero w IV wieku wydłużono go do 40 dni – na pamiątkę 40-dniowego pobytu Chrystusa na pustyni. Z czasem jednak w poszczególnych krajach pojawiły się rozbieżności w przebiegu tego czasu wyrzeczeń. Według wstępnych ustaleń Kościoła do dni postnych nie wliczały się soboty i niedziele, jednak w niektórych krajach nie liczono również czwartków, a nawet wtorków. We wczesnopiastowskiej Polsce, by dopełnić 40 dni bezmięsnych, Wielki Post zaczynał się aż dziewięć niedzieli przed Wielkanocą, zatem cały ten okres trwał prawie 70 dni!

„Chrystus na pustyni” – obraz Iwana Kramskiego; 1872 (ze zbiorów Galerii Tretiakowskiej, nr inw. 651, domena publiczna)

Tak długie powstrzymywanie się od pokarmów mięsnych i wszelakich zabaw zapewne nie było łatwe dla ludu, który jeszcze mieszał nową religię z dawnymi wierzeniami. Aby zmotywować swoich poddanych do postępowania zgodnie z regułami chrześcijaństwa, Bolesław Chrobry miał zarządzić, że każdy, kto złamie post, zostanie ukarany wybiciem zębów. Dopiero w 1248 roku papież Innocenty IV zezwolił na skrócenie postu do sześciu i pół tygodnia, czyli rozpoczynanie go w Środę Popielcową – podobno była to nagroda za darowizny przekazane przez Polaków na obronę stolicy apostolskiej przed cesarzem Fryderykiem. Wśród ludu krążyła natomiast zapisana w dwunastowiecznym żywocie św. Wojciecha opowieść, która miała tłumaczyć, dlaczego wielki Post był w Polsce dłuższy niż w innych krajach.

Św. Wojciech na awersie skrzydła z retabulum ołtarzowego ze Snozy; ok. 1460 r. (ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie, nr inw. MNK I-329, domena publiczna)

Wędrując przez polskie ziemie, Święty Wojciech pytał o drogę do stolicy, jednak spotykał się tylko z wyśmiewaniem jego mowy i drwinami z szat zakonnych. Gdy dotarł w końcu do Gniezna i zyskał tam sławę, natknął się też na tych, którzy wcześniej sobie z niego pokpiwali. Ci poprosili czeskiego biskupa o przebaczenie, chrzest i pokutę za swoje wcześniejsze czyny. W ramach kary misjonarz nakazał im przestrzegać postu przez dziewięć tygodni, czyli dłużej niż było przyjęte. Z czasem rozpoczynanie postu w siedemdziesiątnicę (tak określano niedzielę dziewięć tygodni przed Wielkanocą) miało stać się typowe dla wszystkich Polaków.

Warto tu przytoczyć jeszcze opowieść z okolic Tarnobrzega, która miała tłumaczyć, skąd wzięły się ostatki. Tamtejsi mieszkańcy opowiadali, że w zamierzchłych czasach post rozpoczynał się w niedzielę (nie zaś w Środę Popielcową) i kończył w niedzielę wielkanocną. Któregoś roku w okresie najazdów tatarskich do domów powrócili mieszkańcy wzięci wcześniej przez wschodnich najeźdźców do niewoli. Według opowieści był to już czas, gdy należało rozpocząć post, zwrócono się więc do papieża z prośbą o odpuszczenie jeszcze trzech dni, by można było ugościć ocalonych. I jak przekazuje tę historię Karol Matyas: „Ojciec święty przychyléł się do jéch prośby i nazwáł te trzy dni nie niezápust, ino zápust, cyli sálone dnie”.

Jak szykowano się do tak długiej wstrzemięźliwości od swawoli?

Tłusto, póki można

Ostatni czwartek karnawału był dniem szczególnym – na horyzoncie rysowała się już wizja zbliżającego się postu, więc czas było „zadbać o siebie na zapas”. Według niektórych teorii jest to pozostałość po pogańskich czasach, gdy ciesząc się z nadejścia wiosny, spożywano syte, tłuste potrawy. Pewne jest, że tego dnia rozpoczynały się huczne biesiady pełne alkoholu i pysznego, tłustego jadła, a od którego przyjęto nazwę tłusty czwartek.

W tym dniu przygotowywano posiłki niezwykle kaloryczne – w bogatych domach królowały pączki i chruściki, u pospólstwa racuchy i placki, bardzo często polewane stopioną słoniną i skwarkami. Taką okrasę dodawano też w ziemi bielskiej, gdzie używano jej do typowej w tym regionie dla tłustego czwartku potrawy – bałabuchów, czyli pszennych bułeczek. Dziś bałabuchy to drożdżówki lub pierogi drożdżowe ze słonym nadzieniem z kaszy gryczanej lub ziemniaków (podobnym do nadzienia pierogów ruskich).

Szczególny sposób obchodzenia tego dnia miały krakowskie przekupki. Zbierały się one na rynku, by tańczyć w wielkim kole. Zwykle były poprzebierane, a towarzyszyła im słomiana kukła mężczyzny zwana combrem. W czasie tych harców kobiety zatrzymywały wszystkich męskich przechodniów, zarówno tych biednych, jak i tych z wyższych sfer. Wykupne było różne: całus, monety, trunek… a jeśli ktoś się opierał, był wciągany w wir tańca lub przywiązywany do drewnianego kloca. Najbiedniejsi byli zaś czochrani przy wtórze okrzyków „Comber, comber”.

Faworki, znane też jako chruściki (fot. Błażej Pieczyński, CC BY-SA 2.0)

Zwyczaj ten wynikał podobno z historii Krakowa. Według legendy zły burmistrz Comber nie tolerował krakowskich przekupek – przeganiał je, tarmosił za włosy, przeklinał. Jego postępowanie tak uprzykrzało życie mieszkańcom miasta, że gdy zmarł w końcu w tłusty czwartek, wszyscy – a szczególnie prześladowane przekupki – wylegli na ulice, by świętować to wydarzenie. Czy rzeczywiście tak było? W świetle informacji, że i w innych częściach kraju odbywały się podobne zabawy, o zbliżonych nazwach, wydaje się to mało prawdopodobne.

Ciągną, ciągną sanie…

Jedną z najpopularniejszych form rozrywki w czasie karnawału były kuligi, zwane też kulikami lub szlichtadą. Nazwa pochodzi podobno od kulika – ptaka błotnego – którego mieli rzekomo szukać w uczestnicy zabawy. Wystarczy jednak zapoznać się z przebiegiem takich spotkań, by domyślić się, że wypatrywanie skrzydlatego zwierzęcia, było ostatnim, o czym myśleli zebrani.

Wszyscy mieszkańcy domostwa zasiadali w saniach, a w przypadku braku śniegu w bryczkach, i jechali do kolejnego gospodarstwa. Tam korzystali z przygotowanego poczęstunku, a następnie wszyscy razem wsiadali do sań i ruszali do następnego sąsiada, gdzie na przybyłych znów czekało jadło i alkohol.

Kulig (obraz Alfreda Wierusz-Kowalskiego)

W 1827 roku w „Kurierze Warszawskim” pojawił się opis szlichtady autorstwa Ludwika Klermonta, sekretarza królowej Marysieńki: „Gdzie tylko przybyli, zaraz gospodarz oddał klucze do piwnicy, a gospodyni od spiżarni, a każdemu z gości wolno było do uczęstowania brać wszystko podług woli”. W ostatnim domu prócz poczęstunku organizowano zabawę z tańcami, która zwykle trwała aż do rana.

Jak się bawić, to się bawić

Przez wieki trzy ostatnie dni karnawału zwane ostatkami lub szalonymi dniami były obchodzone szczególnie hucznie – tańce do rana, spożywanie mnóstwa jedzenia i alkoholu były w tym czasie normalne. Miały to być dni, które Jezus ofiarował szatanowi na pocieszenie, gdy jego moc na ziemi osłabła, więc diabeł korzysta z tego czasu i kusi, kogo może. Typowe dla tego okresu pijaństwo tłumaczono tym, że gardło należy przed postem dobrze wypłukać z resztek mięsa i tłuszczu.

W całej Polsce istniał też zwyczaj przebierania się za Cygana, Żyda, niedźwiedzia czy tura i obchodzenia kolejnych domostw wraz z gospodą, by tam robić psikusy. Oczywiście żartów można było uniknąć, wykupując się jadłem i trunkami. Szczególnym rodzajem tych zabaw był Kantek – słomiana kukła w masce i płaszczu, ponabijana szpilkami tak, by nie było ich widać. Postać ta trzymana była przez jednego z zapustników. tańczyła, skakała, kłaniała się itp., jednocześnie starając się ukłuć zbliżające się do niego osoby.

Przebierańcy z kozą na Kujawach (fot. Remik1977, domena publiczna)

We wtorek, ostatni dzień karnawału, spotykano się w domach. Jeden z zapustników przebierał się za księdza. W koszuli, z paskiem przewieszonym przez szyję, stawał na krześle przysłonięty dywanem lub tkaniną, by wyglądał, jakby znajdował się na ambonie. Tak przygotowany wygłaszał żartobliwe kazanie. Po nim następowała wystawna kolacja. Aby ją przygotować, zabijano wieprza, kupowano kiełbasy, słoninę i alkohol, by nie zabrakło jedzenia i picia. Tuż przed północą na stołach pojawiał się tzw. podkurek – potrawy z jaj, śledzi i mleka. Był to ostatni posiłek zapustny, symbolizujący przejście na potrawy postne.

Ostatnie zabawy odbywały się też w gospodach. Jednym z najpopularniejszych rodzajów ostatkowych harców był podkoziołek. Składając drobny datek, można było kupić taniec z panną lub kawalerem. Nie był to jedyny zwyczaj mający na celu wytknięcie młodym brak ożenku. Wcześniej, w ciągu dnia, chodzono między domostwami z wielkim drewnianym klocem i kazano go ciągnąć kolejnym niezamężnym i nieżonatym młodym mieszkańcom.

Ciągnięcie kloca na Słowacji; przed 1940 r. (fot. I. Grossmann, Archív pozitívov Ústavu etnológie SAV v Bratislave)

Wstępna środa

Ostatkowe harce często trwały do rana i niejednokrotnie przeciągały się do Środy Popielcowej, a nawet aż do czwartku. Wszystko to było bardzo źle postrzegane przez Kościół. Księża regularnie potępiali z ambony wiernych, którzy nie zastosowali się do pierwszego postnego dnia. Nawoływali, że są to wszystko zwyczaje pogańskie, z którymi należy skończyć, bo inaczej tych, którzy się nie dostosują, czeka potępienie.

Jednak zrezygnować z zabaw i harców nie było łatwo, szczególnie młodzieńcom. Zbierali się oni pod kościołem, gdy wszyscy szli na nabożeństwo, i niepostrzeżenie przyczepiali pannom na plecach kurze nogi, skorupy jaj czy indycze szyje. Nie miał znaczenia status społeczny – wszystkie traktowane były jednakowo, tak by można było się pośmiać.

Zapusty w Podmoklach Wielkich; 1950 r. (fot. domena publiczna)

Mimo to wstępna środa była dniem szczególnym. Tego dnia zaczynał się Post i należało zrezygnować z wszelkiego dobrobytu i rozpusty – zasłaniano obrazy i lustra, chowano bogate stroje, a dzieciom zabawki. Dodatkowo cały dzień należało spędzić o chlebie i wodzie. By w żaden sposób nie doszło do naruszenia postu, wszelkie garnki i patelnie dokładnie czyszczono (często wykorzystując do tego piasek), by nie zostały na nich ślady smalcu, a potem wynoszono na strych.

Przeglądając kolejne teksty, trudno nie zauważyć, że zarówno w XVI jak i XIX wieku zapusty obchodzone były właściwie tak samo. Dopiero na przełomie XIX i XX wieku tradycje zaczęły się stopniowo zacierać. Częściowo wynikało to zapewne z presji wywieranej na wiernych przez księży, którzy stale powtarzali, jak złe są ostatkowe szaleństwa. Dodatkowo, jak przy wielu zwyczajach ludowych, wpływ na ich zanikanie miał postęp cywilizacyjny, a co za tym idzie zmieniający się styl życia. Dziś, w XXI wieku, wszystko to już tylko dawne zwyczaje. Coraz mniej osób świętuje ostatki, zwane często śledzikiem od głównego składnika kolacji.

Bibliografia

  • Arkadiusz Bednarczyk, Wstępna Środa, „Niedziela przemyska”, nr 10/2011.
  • Jan Stanisław Bystroń, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce. Wiek XVI–XVIII, wyd. Trzaska, Evert i Michalski, Warszawa 1933.
  • Stanisław Czaja, Zapusty, „Lud. Organ Towarzystwa Ludoznawczego we Lwowie”, r. 12 (1906).
  • Henryk Gawarecki, Zabawy karnawałowe i kuligi staropolskie na Lubelszczyźnie, „Kalendarz Lubelski”, r. 1984.
  • Zygmunt Gloger, Rok polski w życiu, tradycyi i pieśni, wyd. J. Fiszer, Warszawa 1900.
  • Łukasz Gołębiowski, Gry i zabawy różnych stanów w kraju całym, lub niektórych tylko prowincyach, nakładem autora, Warszawa 1831.
  • Jędrzej Kitowicz, Opis obyczajów i zwyczajów za panowania Augusta III, wyd. Edward Raczyński, w drukarni Walentego Stefańskiego, Poznań 1840.
  • „Kurier Warszawski”, nr 22, 1827.
  • Józef Majchrzak, Zabawy ostatkowe, [w:] Tegoż, „Folklor ziemi kępińskiej” pod red. dr Anny Weroniki Brzezińskiej, wyd. Muzeum Ziemi Kępińskiej, Kępno 2014.
  • Maria Marciszewska, Doskonała kuchnia, Tow. wyd. „Bluszcz”, Warszawa 1929.
  • Karol Matyas, Zapust – Popielec – Wielka Noc, „Lud. Organ Towarzystwa Ludoznawczego we Lwowie”, r. 1 (1895).
  • Roman Michałowski, Post dziewięciotygodniowy w Polsce Chrobrego. Studium z dziejów religijnych pierwszych Piastów, „Kwartalnik Historyczny”, r. 109 (2002.), nr 1.
  • Dr. Nadmorski, Kaszuby i Kociewie. Język, zwyczaje, przesądy, podania, zagadki i pieśni ludowe, wyd. Drukarnia Dziennika Poznańskiego, Poznań 1892.
  • Nowy Kalendarz czyli Świętnik Lwowski na rok 1829, wyd. Księgozbiór Narodowy im. Ossolińskich, Lwów 1829.
  • Bożena Stelmachowska, Rok obrzędowy na Pomorzu, Instytut Bałtycki, Toruń 1933.

Skomentuj. Jesteśmy ciekawi Twojej opinii!