Na przełomie XIX i XX wieku na ziemiach polskich trwała intensywna urbanizacja. Gwałtowny rozrost miast budził wiele obaw. Czy nie doprowadzą do wynarodowienia robotników i upadku kultury? Czy oferują coś więcej niż brudne powietrze, choroby zakaźne i patologie społeczne? Jak kierować ich rozwojem?

Jerzy Jedlicki pisał przed laty, że „o ile w połowie XIX wieku maszyna parowa była chlubą Anglii, miasto było raczej jej wstydem”. Nieznana wcześniej dynamiczna urbanizacja, jaką przyniosła ze sobą rewolucja przemysłowa, w sposób nieodwracalny zmieniała nie tylko krajobraz, ale i umysłowość współczesnych. Wielkie miasto stanowiło mikrokosmos, w którym odnajdywały się całe społeczeństwa, ale też złowrogi polip wysysający siły witalne z narodów i przerabiający je w kierunku, który nie był jeszcze znany zdezorientowanym obserwatorom tych zmian.

Dymy, płomienie i kominy – z tym m.in. kojarzył się wpływ rewolucji przemysłowej na krajobraz miast. Na ilustracji Merthyr Tydfil w Walii, rysunek Alphonse’a Dousseau, 1830–1869 r. (ze zbiorów Walijskiej Biblioteki Narodowej)

W Polsce, podzielonej między trzy mocarstwa rozbiorowe, to przeżywanie nowoczesnej miejskości miało drugie dno. Urbanizacja nastąpiła w okresie braku własnej państwowości, kiedy to Polacy nie mogli decydować sami o sobie. W obliczu istniejących podziałów społecznych i narodowościowych formułowano poważne obawy o to, w jakim stopniu rozrastające się miasta przysłużą się sprawie narodowej. Czy wielokulturowe środowiska Warszawy, a zwłaszcza Łodzi, nie doprowadzą finalnie do wynaradawiania robotników przybywających do nich za pracą z przeludnionej wsi? Czy w murach kamienic nie zanikną tradycyjne wartości, a emancypacja nie doprowadzi do upadku kultury? Przed stu laty pytania tego typu nie były rzadkością.

Na przełomie XIX i XX wieku często publikowano materiały o dawnej Warszawie, która jawiła się współczesnym jako odległa, ale pełna nostalgii kraina młodości. Z drugiej strony nie można było zaprzeczyć, że dawne, sielskie czasy bezpowrotnie minęły, kominy i machiny parowe na dobre zagościły w krajobrazie rolniczego kraju, a turkot wozów przemierzających miejskie bruki z irytującego hałasu szybko stał się codziennością. Rozwój miasta budził jednak mieszane uczucia. Pisano:

Minęły te czasy, kiedy już za Wilczą, a nawet za Hożą „kończyło się miasto”. Z deptaczka Śródmieścia jakby wybuchła i potoczyła się, zawsze wzdłuż Wisły, w jedną stronę, ku Mokotowowi, rzeknę: lawa kamienic i zastygła. Zastygła całemi nowemi dzielnicami a rzutem szerokim, a strzelając ku niebu nawet wieżami kościoła Zbawiciela. I ten, szeroką ławą, rozlew Warszawy ku Mokotowowi pociągnął za sobą centrum miejskie.

Warszawa w I połowie XIX wieku. Wielu do niej tęskniło, ale minęła bezpowrotnie (ze zbiorów Biblioteki Narodowej, sygn. G.28508/I, domena publiczna)

Miasto pionierem kulturalnego postępu

Rozwój ludnościowy i urbanistyczny wielkich miast stawał się powoli niekwestionowalną już rzeczywistością. Otwierała ona publicystom olbrzymie pole do popisu. Jedną z najciekawszych kwestii poruszanych w prasie z początków XX wieku, był wpływ rozrastających się ośrodków na umysłowość żyjących w nich ludzi.

Mimo że polskość dość powszechnie identyfikowano ze szlacheckim dworkiem i wyobrażeniami o wiejskiej idylli, dość powszechnie zgadzano się co do tego, że przyszłość ludzkości należy do miast. Widziano w nich wręcz pewien rodzaj laboratorium, w którym rodził się nowy typ człowieka, wykazującego energiczną i afirmatywną postawę wobec zmieniającego się świata.

Polskość kojarzyła się ze szlacheckim dworem, miasta budziły więc niepokój zatroskanych o sprawę narodową. Na ilustracji dwór Mickiewiczów w Nowogródku, rys. Napoleon Orda, 1876 r. (ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie, nr inw. MNK III-r.a-4485, domena publiczna)

Zofia Daszyńska-Golińska, wybitna polska ekonomistka, pisała w tomie poświęconym 25-leciu twórczości pisarskiej Aleksandra Świętochowskiego: „Wielkie miasto zrobiło z człowieka nowych czasów to, czem on jest dzisiaj, a więc istotę, w której siła nerwowa przeważa nad mięśniową, której wrażenia wysoce zróżnicowane, a wrażliwość subtelna i wysoka obejmują szerokie sfery”.

Edward Chwalewik, autor książki „Wielkie miasta, ich rozwój i przyszłość”, widział nadchodzące lata stolicy w różowych barwach: „wielkie miasto współczesne, jako miejsce dobrowolnie obranej pracy, przedstawia sobą wyższą formę współżycia społecznego i, przyczyniając się potężnie do wyrobienia w obywatelach swoich głębszego poczucia dobra, sprawiedliwości i piękna, jest pionierem szczerze kulturalnego postępu”.

Czy miasto wychowuje? Na ilustracji ulica Wierzbowa w Warszawie, pocztówka z 2. dekady XX wieku (ze zbiorów Biblioteki Narodowej, sygn. DŻS XII 8b, domena publiczna)

W 1911 roku na łamach „Kuriera Warszawskiego” ukazał się niezwykle ciekawy artykuł „Miasto jako wychowawca”. Przekonywano w nim, że: „miasto przede wszystkim czyni ludzi wrażliwymi aż nieraz do przeczulenia; wieś wrażliwość przytępia. To, co mieszkańców miast nieraz «do nieprzytomności» podnieca, co ich «nad wszelki wyraz zajmuje», co stanowi dla nich «sensację», poza którą świata Bożego nie widzą, to – nieraz – bynajmniej wieśniaków nie porusza”. Drugą z zasadniczych różnic miała być energiczność mieszkańców miast i wsi. Jak pisano:

miasto daje wiele, ale też wiele wymaga. Wymaga przede wszystkim: energicznego wydatkowania walki o byt. Kto bezczynny, niemrawy, niedołężny, niezaradny, opieszały, gnuśny – niech w mieście nie osiada lub niech z miasta wyjeżdża. W mieście trzeba dobrze robić… łokciami, aby po fluktach ludzkich płynąć, utrzymać się na powierzchni i nie pójść na dno. Miasto wychowuje przez pracę i dla pracy.

Nowe mieszczaństwo, nowy patriotyzm

W polskiej literaturze przełomu wieków typ nowego mieszczanina reprezentował Karol Borowiecki, bohater „Ziemi obiecanej” Reymonta. Był on przebojowym przedsiębiorcą gotowym porzucić szlacheckie przesądy, by stać się rasowym kapitalistą. W ocenie Romana Dmowskiego rozmaici rodzimi Borowieccy stanowili rękojmię modernizacji całego społeczeństwa.

Łódź – miejsce narodzin nowego mieszczaństwa? Na ilustracji pocztówka przedstawiająca Górny Rynek w Łodzi, 1912 r. (ze zbiorów Biblioteki Narodowej, sygn. DŻS XII 8b/p.10/14, domena publiczna)

Jak przekonywał ideolog polskiego nacjonalizmu, oto „wytworzył się nowy patriotyzm, dążący nie tylko do zdobycia pewnych form politycznych, ale także i przede wszystkim do zachowania i rozwinięcia indywidualności narodowej i szukający w tym celu siły we własnym społeczeństwie. Twarde warunki życia połączyły się tu z wpływem ducha wiedzy współczesnej i wytworzyły pewną bezwzględność w obcym wszelkim kompromisom dążeniu narodowym”.

Nowemu mieszczaństwu, nawet jeśli było ono raczej marzeniem publicystów aniżeli realnym bytem politycznym, przeciwstawiano stare, a zwłaszcza najgorszy jego typ – filisterstwo. Rozmaici Dulscy, nieczuli na potrzeby chwili, pogrążeni we własnej hipokryzji, stanowili warstwę wstydu, przynoszącą szkody sprawie narodowej. Jeśli wielkomiejski rozwój Polski był nieuchronny, same miasta musiały się stać stawką polityczną. To zaś oznaczało konieczność batalii o to, by Warszawa, Kraków i inne miasta były nie tylko „wielkie”, ale i „polskie”. Jeden z endeckich publicystów przekonywał, że:

Roman Dmowski widział w nowym mieszczaństwie rękojmię modernizacji całego społeczeństwa (fot. Harris & Ewing, ze zbiorów Biblioteki Kongresu USA, koloryzacja: Oldphotosincolor, domena publiczna)

polskie, polityczne kształcenie naszego mieszczaństwa, które by je uzdalniało do roli przewodniej, i powolne oczyszczanie zakażonej atmosfery warszawskiej należą do zadań najpilniejszych i najważniejszych. Przekonaliśmy się, jak jedno zostaje w związku z drugim, jak ich rozłączyć nie podobna. Warszawa, stawszy się wielkim miastem przemysłowo-handlowym i tranzytowym, podległa hegemonii kapitalistycznego mieszczaństwa, na nieszczęście za mało polskiego, za mało wykształconego, za mało ambitnego.

„Uczynienie Polski mieszczańską i laicką” nie było jednak tylko marzeniem prawicy. Apele o rozwój w nowoczesnych formach społecznych i ekonomicznych były przecież słyszalne już u pozytywistów warszawskich, którzy mieli nadzieję, że wraz z rozwojem cywilizacyjnym ziem polskich dokona się również postęp moralny ludności.

Dla Świętochowskiego i spółki ideałem było miasto normalne, czyli takie, które można było odnaleźć jedynie na Zachodzie. Tam bowiem materializowały się marzenia o podróżach kolejką podziemną czy wieżowcach sięgających chmur, nawet jeśli szybko rozwijające się metropolie epoki stali i żelaza oferowały swoim mieszkańcom brudne powietrze, choroby zakaźne i patologie społeczne.

Pogodzenie wielkomiejskiego rozwoju z ideałami narodowymi angażowało umysły komentatorów w całej Europie – druga połowa XIX stulecia to czas narodzin rozmaitych stylów narodowych, których twórcy chcieli za pomocą języka architektury podkreślić ludowe korzenie zupełnie przecież nowoczesnych Polaków, Czechów, Niemców, Węgrów czy Ukraińców.

Miasto jak kobieta?

Które z polskich miast cieszyło się największą estymą? W publicystyce z początków XX wieku możemy odnaleźć wiele sformułowań świadczących o silnej więzi emocjonalnej autorów z ich miejscem zamieszkania. Najcieplejsze uczucia adresowano do stolicy, która była opisywana z prawdziwą czułością. Warszawie przypisywano wręcz ludzkie cechy:

Warszawa jest tak płocha jak kobieta i jak kobieta wrażliwa. Jest, niby pogoda majowa, zmienna i kapryśna. […] Wiecznie głodna i nienasycona, pożąda bez ustanku świeżych wrażeń, świeżych efektów życia, świeżego pokarmu dla wyobraźni zapalnej i świeżych ofiar dla czułego serca. Kryguje się i mizdrzy, niby zalotnica, wabi i nęci w zdradliwe ramiona, miłuje wiele, lecz przelotnie, wytrwale zaś hołduje snobizmowi tylko i modzie. Nie na próżno syrenę nosi w swym godle.

Jeśli Warszawa miała być „zmienna i kapryśna” to Łódź stanowiła w opisach publicystów zupełnie inny typ kobiety:

Jeżeli się mówi o kobiecie bez urody, która nie ma rysów, a jest inteligentną, że jest to coś, do czego warto się zbliżyć i zaznajomić, to Łódź jest najbrzydszą z pozoru kobietą, jest piegowatą na twarzy, kosmopolitką z przekonań, jest panną posażną ale szpetną, a przytem rozumną. Nie można, nie wypada i nie należy jej szykanować, a przecież trudno kochać i przyzwyczaić się do jej fizjonomii, która jest zupełnie naciągnięta do potrzeb chwili i do serca, które dawno ustąpiło interesowi, i do charakteru, który ma w sobie tyle pierwiastków ujemnych, iż w każdej chwili może się dopuścić czynów złych i karygodnych.

Łódź – szpetna, lecz godna szacunku? Na ilustracji pocztówka z 1. połowy XX wieku (ze zbiorów Biblioteki Narodowej, sygn. DŻS XII 8b/p.10/14, domena publiczna)

Zupełnie inne emocje wzbudzał Kraków, który obrastał powagą narodowego sanktuarium, zupełnie tracąc życiowy nerw Warszawy i Łodzi. Publicysta „Tygodnika Ilustrowanego” pisał:

stał się Kraków z biegiem lat tylko stolicą pamiątek, przybytkiem ruin wiekopomnej chwały narodowej, sarkofagiem, który zawarł w sobie całą przeszłość naszą. Tem większą jednak odegrał i odgrywa nieustannie rolę w życiu Polski porozbiorowej, dla którego od szeregu pokoleń stał się miejscem świętej niejako pielgrzymki.

Wreszcie Poznań, stolica Wielkopolski, w którym widziano nie tyle szybko rozwijające się miasto, co „placówkę”, swoistą forpocztę polskości zagrożonej przez postępującą germanizację. Warszawski publicysta pisał: „nie możemy zamykać oczu na tę mrówczą pracę kulturalną, która odbywa się tam nie tylko pod hasłem wzbogacania się, ale rzuca jednocześnie podwaliny pod nowe życie, wyrastające na rumowiskach starego”.

Poznań – forpoczta polskości? Na ilustracji pocztówka przedstawiająca Stary Rynek na początku XX wieku (ze zbiorów Biblioteki Narodowej, sygn. DŻS XII 8b/p.13/14, domena publiczna)

Lwów był z kolei największym miastem rządzonym przez Polaków. O ile w przypadku innych miejscowości stosowano pełno barwnych określeń, to w przypadku stolicy Galicji opowieść była raczej poważna, eksponująca wielkie dzieło przekształcenia tegoż ośrodka w kwitnące centrum kultury. Stanisław Koszutski, autor broszury „Nasze miasta a samorząd”, pisał:

z chwilą wprowadzenia samorządu Lwów miał złe bruki i trotuary, nie miał parków ani skwerów, oświetlony był nadzwyczaj marnie, obchodził się bez dobrze urządzonych komunikacyi, zdrowotność i czystość miasta przedstawiały się ujemnie, ulice były źle regulowane, o zewnętrzny wygląd miasta nie troszczono się, nie mówiąc o zupełnym zaniedbaniu szkolnictwa i oświaty w mieście i ignorowaniu kulturalno-społecznych i narodowych potrzeb ludności. Dwudziestu pięciu lat życia samorządnego starczyło, by Lwów podnieść z upadku i uczynić dobrze zagospdoarowanem dużem miastem, nadać mu pociągającą, piękną szatę zewnętrzną, uczynić pierwszorzędnym ośrodkiem oświatowym i kulturalnym.

Jak widać, to jak bardzo różne były najważniejsze polskie miasta, rzutowało i na sposób, w jaki o nich pisano. Jakie jednak powinno być idealne miasto na początku XX wieku?

Lwów – kwitnący ośrodek kultury z polskim samorządem. Na ilustracji ulica Leona Sapiechy, pocztówka z 1913 r. (ze zbiorów Biblioteki Narodowej, sygn. Poczt.1953, domena publiczna)

Aby nie szpecić miasta

Gdy w 1911 roku ogłoszono pierwszy polski konkurs urbanistyczny na projekt „wielkiego Krakowa”, prasa warszawska natychmiast zaczęła podnosić konieczność podjęcia podobnych działań również w stolicy. „Tygodnik Ilustrowany” przekonywał, że: „idzie więc o to, aby miasto przewidziało z góry charakter i przeznaczenie nowych dzielnic, aby przez przygotowanie odpowiednich planów ograniczyło samowolę spekulacyjną, nie pozwoliło szpecić miasta, ale zapewniło mu rozwój estetyczny i zdrowy, odgraniczając życie fabryczne i handlowe od dzielnic przeznaczonych na mieszkanie, na szkoły, na rozrywki i na wypoczynek”.

Kraków – stolica pamiątek, przybytek ruin? Na ilustracji pocztówka sprzed 1905 r. (ze zbiorów Biblioteki Narodowej, sygn. DŻS XII 8b/p.40/38, domena publiczna)

Za najatrakcyjniejszą formę uważano miasto-ogród. W świecie pary i dymu, gdzie zieleń była stale ograniczana na rzecz rozszerzających się miast, stworzona przez Howarda wizja łączenia miejskiego życia z przyrodą pociągała umysły Europejczyków. W Polsce jej wielkim promotorem stał się doktor Władysław Dobrzański, autor niezliczonych artykułów i broszur na temat „garden cities”. W jednym z nich pisał: „do rzędu wielkich niebezpieczeństw, na jakie społeczeństwo narażone bywa przez wciąż rosnące wielkie miasto, czyli, jak je słusznie nazywają, ową «wielką kupę kamieni z wąskimi przejściami bez dostatecznego dostępu powietrza i światła», należy bezsprzecznie to, że ono odsuwa mieszkańca od obcowania z przyrodą.

Miasto-ogród, ta szlachetna utopia będąca pochodną zupełnie naturalnego sprzeciwu ówczesnych przeciwko fatalnym warunkom życia wielkomiejskiej biedoty, była wezwaniem do całkowitej przebudowy tradycyjnego miasta w oparciu o ideały, które wydawały się nie tylko niezwykle nowatorskie, ale też racjonalne w każdym calu. Dobrzyński pisał: „kardynalne błędy, jakie były popełniane przy powstawaniu i rozwijaniu się miast naszych i ośrodków przemysłu, a mianowicie bezplanowość i przypadkowość, stały się przyczyną główną naszej klęski mieszkaniowej. Aby ich uniknąć w przyszłości, należy dążyć do tej dojrzałej już na Zachodzie prawdy, że jedynie drogą planowej decentralizacji miast naszych na zasadach spółdzielczych i samorządnych najpewniej i najszybciej do celu dojdziemy”.

Na początku XX wieku Poznań miał szczęście do dobrej urbanistyki. Na ilustracji fragment Dzielnicy Cesarskiej, pocztówka z 2. dekady XX wieku (ze zbiorów Biblioteki Narodowej, sygn.
DŻS XII 8b/p.13/20, domena publiczna)

Ogrom spraw, jakimi powinien zająć się magistrat, mógł przyprawiać o zawrót głowy. Zwłaszcza że o ile miasta wielkopolskie i galicyjskie od lat posiadały swój samorząd, to ośrodki Królestwa Polskiego były takowego pozbawione. W trakcie rewolucji 1905 roku rozpoczęto przygotowania do jego wprowadzenia, ale nie nastąpiło to aż do Wielkiej Wojny.

Debata, jaka toczyła się wokół tematu samorządu miejskiego, ujawniła jednak szereg pytań, na które trzeba było odpowiedzieć, projektując kształt przyszłych rad miejskich. Najważniejsze z nich brzmiało: w czyim imieniu ma być sprawowana władza w mieście oraz jak szeroki powinien być zakres obowiązków miasta wobec jego mieszkańców. To jednak temat na zupełnie inną opowieść.

Bibliografia

  • Edward Chwalewik, Wielkie miasta, ich rozwój, wzrost i przyszłość, Biblioteka Spółczesna, Warszawa 1907.
  • Zofia Daszyńska, Miasto nowoczesne. Szkic ekonomiczny, [w:] Prawda. Książka zbiorowa dla uczczenia dwudziestopięciolecia działalności Aleksandra Świętochowskiego 1870–1895, Nakładem Księgarni H. Altenberga, Lwów–Warszawa 1895.
  • Jerzy Jedlicki, Proces przeciwko miastu, [w:] tegoż, Świat zwyrodniały. Lęki i wyroki krytyków nowoczesności, Sic!, Warszawa 2000, s. 83–113.
  • Kraków, „Tygodnik Ilustrowany”, r. 1909, nr 11, s. 204.
  • Friedrich Lenger, European Cities in the Modern Era, Brill, Leiden 2012.
  • Miasto jako wychowawca, „Kurier Warszawski”, r. 1911, nr 292.
  • Nastrój Warszawy, „Kurier Warszawski”, r. 1907, nr 33.
  • Nowa Warszawa, „Tygodnik Ilustrowany”, 1910, nr 50, s. 1019.
  • O „duszę” Wielkopolski, „Tygodnik Ilustrowany”, r. 1912, nr 19, s. 389.
  • Kamil Śmiechowski, Endeckie postrzeganie miasta, „Studia Podlaskie”, t. 26 (2018), s. 7–26.
  • Tenże, Samorząd miejski jako szansa i zagrożenie dla modernizacji miast w Królestwie Polskim na początku XX wieku, „Rocznik Łódzki”, t. 66 (2007), s. 189–205.
  • Wielka Warszawa, „Tygodnik Ilustrowany”, r. 1911, nr 42, s. 831.
  • Y. Z. (A. Glisczyński, A. Mieszkowski), Łódź – miasto i ludzie (1894), [w:] Łódź, która przeminęła w publicystyce i prozie (antologia), Piktor, Łódź 2008, s. 8.