Praca przedwojennego policjanta nie była łatwym kawałkiem chleba, ale pod wieloma względami mógł sobie pozwolić na więcej niż dzisiaj. Na jakie zarobki i wyposażenie mógł liczyć przeciętny mundurowy? I jakie miał uprawnienia względem zwykłego obywatela?

Jadwiga Willamowska, funkcjonariusza policji kobiecej Centralnej Służby Śledczej w Łodzi, 1937 r. (Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/3/104/13, domena publiczna)

W latach 1918–1939 na służbie policji państwowej zginęło blisko 1000 funkcjonariuszy. Wiele z tych ofiar poniesiono podczas wojny polsko-bolszewickiej, w której policjanci walczyli na froncie, niemniej praca w tej formacji do najbezpieczniejszych nie należała. I tak na przykład w samym tylko roku 1938 zginęło blisko 30 stróżów porządku.

Pod względem finansowym policjantom nie wiodło się najgorzej – ich zarobki plasowały się na znośnym poziomie, a w przypadku awansu sytuowały się znacznie powyżej średniej. W roku 1939 posterunkowy zarabiał 150 złotych miesięcznie, a komisarz – 335 złotych. W tym czasie robotnik niewykwalifikowany mógł dojść do 100–120 złotych, a pracownik umysłowy w zależności od wysługi lat od 80 złotych do prawie 250 złotych. Oznacza to, że praca w policji należała do tych bardziej intratnych.

Oczywiście w zamian trzeba było się liczyć ze znacznymi ograniczeniami, zwłaszcza w przypadku niższych szarż. Każdy przejaw zachowań nielicujących z powagą służby mógł zostać ukarany – wystarczyło pojawić się w lokalu o podejrzanej proweniencji (), wziąć udział w obstawianiu wyścigów konnych (nie mówiąc o innych formach hazardu) czy zawrzeć małżeństwo bez zgody przełożonych. Służące w policji kobiety w ogóle nie mogły wychodzić za mąż – przepis ten wprowadzono na polecenie dowódcy policji kobiecej Urszuli Paleolog.

Szacunek do munduru

Stosunek ludności do policjantów w II RP był skomplikowany, głownie ze względu na różnice w podejściu do wszelkich przejawów władzy. Z jednej strony cieszyli się oni dużym autorytetem i szacunkiem jako reprezentanci państwa, z drugiej strony cały czas pamiętano zabory, przez co funkcjonariusz w mundurze, nawet granatowym, był zarazem kojarzony z rządami Rosjan, Niemców lub Austriaków. Dla części mieszkańców kraju była to bardzo negatywna konotacja, której nie byli w stanie przezwyciężyć.

Ponadto policjanci utożsamiani byli przez niektórych z aparatem represji. Wśród przestępców panował etos walki z szeroko rozumianą władzą, w szczególności właśnie policyjną. Zwykli obywatele z zasady patrzyli na policjantów raczej przychylnie, chociaż co jakiś czas do prasy przedostawały się informacje o nadużywaniu władzy przez funkcjonariuszy, którzy postępowali niekiedy w dość brutalny sposób, na przykład bijąc przesłuchiwanych.

Dodać należy, że po godzinach nie przestawało się być policjantem. Jak głosiły wytyczne:

Policjant zawsze jest w służbie. W teatrze, w czasie przechadzki, nawet podczas snu nigdy nie ma pewności, czy nie zostanie wezwany do interwencji lub też czy nie zostanie przez nagły rozkaz natychmiastowego stawienia się na służbę nadzwyczajną wyrwany z ciszy spokoju domowego. Trudny ten obowiązek wynika z charakteru służby policyjnej, która, oddając pod opiekę policjanta bezpieczeństwo, spokój i porządek publiczny oraz mienie publiczne i prywatne, wymaga od niego nieustannej uwagi i opieki, dla umożliwienia zaś wykonania tego ciężkiego i odpowiedzialnego zadania, daje mu cały szereg uprawnień służbowych, polegających na stosowaniu niezbędnych środków przymusowych – aż do użycia broni włącznie.

Defilada w Warszawie z okazji Święta Policji Państwowej, 9 września 1933 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/3/143/5, domena publiczna)

Upomnienia i mandaty

Policjant mógł przede wszystkim upomnieć każdego winnego drobnych przewinień. Groziło to chociażby kierowcy, który nie zabezpieczył w sposób odpowiedni swojego samochodu albo jeździł nierozważnie. W przypadku poważniejszego wykroczenia (albo złego humoru funkcjonariusza) w grę wchodziła kara grzywny. Do jej wymierzania służył specjalny bloczek z mandatami na niskie kwoty.

Policjanci kontrolują grupę kobiet, lata 30. XX w. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/3/109a/4, domena publiczna)

Konsekwencje w postaci konieczności zapłaty większych sum – do 10 złotych –wiązały się z takimi wykroczeniami jak jazda po alkoholu (z racji braku alkomatów ustawa mówiła po prostu o prowadzeniu w stanie nietrzeźwym i było to, jak się wydaje, niezwykle uznaniowe), niewystarczające opiekowanie się przyległymi ulicami przez zarządców domów czy zakłócanie porządku publicznego przez zbyt głośne lub niestosowne zachowanie.

Te wyższe grzywny mógł nałożyć jedynie oficer policji. Bloczki mandatowe były ściśle rejestrowane i każdy policjant po skończonej służbie był rozliczany z wymierzonych kar i przyjętych sum pieniężnych.

Areszt, zatrzymanie, kontrole

Przedwojenne przepisy policyjne bardzo ściśle regulowały aresztowanie i zatrzymanie. Pierwsze było zawsze wynikiem decyzji sądu i miało na celu doprowadzenie podejrzanego przed oblicze sprawiedliwości i wymagało formułki: „w imieniu prawa aresztuję pana na polecenie sędziego śledczego”.

Z kolei zatrzymanie stosowano doraźnie. Mogło nastąpić na podstawie donosu – jawnego lub tajnego – albo w wyniku interwencji na miejscu zdarzenia. Ograniczenie wolności w takim przypadku nie mogło trwać dłużej niż 48 godzin, chyba że prokuratura postanowiła inaczej. Jeśli chodzi o kajdanki, policjant miał prawo użyć ich w przypadku każdego zatrzymanego, bez względu na popełnione przezeń wykroczenie, teoretycznie więc nawet zakłócający ciszę nocną mógł zostać skuty i odprowadzony na komisariat z unieruchomionymi rękoma.

Poza aresztowaniami, zatrzymaniami, pracą śledczą i kontrolą różnych placówek publicznych (w tym sprawdzaniem wykonywania obowiązku szczepień) policjanci regulowali ruch drogowy, pilnowali obiektów publicznych, kontrolowali narzędzia miernicze czy wreszcie konwojowali więźniów. Ponieważ samochody nie były powszechne, oskarżonych i skazanych dosyć często przewożono pociągami, co odbywało się według określonych zasad i wymagało ścisłego przestrzegania procedur.

Policjanci przeszukują zatrzymanego, lata 30. XX w. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/3/109a/1, domena publiczna)

W sytuacji konfliktu

Policjanci dysponowali znacznie większym zróżnicowaniem broni niż ma to miejsce dzisiaj. Karabiny znajdowały się na stanie przeciętnego komisariatu, a regulacje określały nawet zasady użycia bagnetu. Bronią długą dysponowali również wartownicy, którzy pilnowali ważnych obiektów. Do tego praktycznie każdy z funkcjonariuszy miał krótką broń palną.

Grupa policjantów z karabinami Mosin wz. 91/98/25 na polewaczce (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/3/127a/5, domena publiczna)

Sytuacja ta wynikała między innymi z faktu, że policja nie dysponowała formacjami przeznaczonymi to zadań specjalnych, takimi jak dzisiejsze jednostki antyterrorystyczne. W zależności od okoliczności i potrzeb tworzono doraźnie grupy do konkretnych zdań. Podobnie było w przypadku rozganiania demonstracji i manifestacji, w czym niejednokrotnie brali udział policjanci z komisariatów.

Teoretycznie funkcjonariusze nie powinni nadużywać broni, ale obowiązujące ich wytyczne mówiły również, że: „tchórzostwo w służbie policyjnej to nie tylko pogarda, to nie tylko hańba, ale także i przestępstwo karne”. To krótkie zdanie mówi więcej niż się może wydawać. Do użycia broni wprawdzie nie zachęcano, ale zarazem nie starano się od tego odwodzić. W rezultacie użycie broni było kwestią niezwykle uznaniową.

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Do kamienicy podjeżdża patrol złożony z dwóch policjantów z zamiarem przeprowadzenia rewizji (w razie wyższej konieczności było to możliwe w godzinach od 7 rano do 9 wieczorem). Dostrzegają oni, że człowiek, którego mieszkanie chcą przeszukać, ucieka, tymczasem funkcjonariuszom zastępuje drogę grupa mieszkańców złożona z kilku tragarzy, którzy nie mają broni, ale napierają na mundurowych swoimi ciałami. Czy policjanci mają prawo strzelić? Jak najbardziej, czują się bowiem zagrożeni i utrudniano im wykonywanie czynności służbowych. Jak głosiły wytyczne: „funkcjonariusz obowiązany jest bez chwili wahania zrobić użytek z broni, jeżeli tego wymaga rzeczywista konieczność”.

Policjant miał prawo strzelać, kiedy uważał, że znajduje się w niebezpieczeństwie, kiedy podejrzany uciekał z miejsca zdarzenia, a także kiedy zagrożony był obiekt, który miał ochraniać. Powszechne było również stosowanie ostrej amunicji podczas manifestacji, ruch tłumu odczytywano bowiem jako zagrożenie dla policjantów.

Nie można było używać broni wobec osób, które nie stanowiły zagrożenia (dzieci, starcy, chorzy) lub kiedy istniało ryzyko zranienia lub zabicia osób niewinny, przy czym to również było uznaniowe. Generalnie w przypadku konfliktu policjant miał chronić siebie. Dodać należy, że celem oddania strzału miało być wyeliminowanie zagrożenia, a nie zabicie danej osoby i należało najpierw ostrzec podejrzanych – o ile było to możliwe. Przepisy były jednak w tych kwestiach dosyć liberalne i w praktyce pozwalały na wiele.

Bibliografia

  • Michał Mackowiak, Z życia byłego komisarza śledczego. Podręcznik dla organów policyjnych i śledczych, Drukarnia nakładowa J. Kawalera, Szamotuły 1926.
  • Policja państwowa w latach 1919–1928, Drukarnia Policyjna, Warszawa 1929.
  • Służba śledcza: Podręcznik dla użytku policji państwowej, skład główny w księgarni F. Hoesicka, Warszawa 1923.
  • Karol Stadler, Formy wystąpienia policjanta oraz zasady stosowania niektórych środków przymusowych, Nakładem autora, Warszawa 1931.
  • Andrzej Misiuk, Historia policji w Polsce, od X wieku do współczesności, Wydawnictwo Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2008.

Leave a Reply