Aż do połowy XX wieku Polaków nurkujących ze specjalnie do tego celu stworzonym sprzętem było bardzo niewielu. Kogo zaliczyć można do polskich pionierów podwodnych wędrówek? Jakie były ich losy?

Ludzie nurkowali już tysiące lat temu, m.in. w celu zdobycia pożywienia, a także cennych pereł, koralowców i gąbek. W pewnym momencie zaczęto również pozyskiwać w ten sposób skarby z zatopionych statków. Przynajmniej od czasu wojny peloponeskiej (V w. p.n.e.) schodzono pod wodę w ramach działań militarnych, np. by usunąć podwodne zapory u wejścia do portu albo przeciąć liny kotwiczne wrogich statków.

Oczywiście początkowo nurkowano bez żadnego sprzętu, na wstrzymanym oddechu, sama czynność trwała więc maksymalnie kilka minut. Nie osiągano też znacznych głębokości. Do pierwszych przyrządów, które miały wydłużyć pobyt człowieka w środowisku akwatycznym, zaliczyć można skórzane worki napełnione powietrzem i puste łodygi służące do oddychania.

1. Poławiacze pereł. Miniatura z łacińskiego tłumaczenia „Fizjologa”, francuska kopia z 1. poł. IX wieku (ze zbiorów Burgerbibliothek w Bernie, sygn. Cod. 318, f. 20v)

Wiadomo też, że starożytni Grecy wymyślili efektywniejszą metodę schodzenia pod wodę, zwaną skandalopetra. Polegała ona na opuszczaniu, a następnie wciąganiu człowieka na linie, do której przywiązywano kamienne obciążniki. Niestety, nieznane są żadne polskie przykłady nurkowania w średniowieczu. Pierwsze z nich odnaleźć można dopiero w źródłach historycznych z epoki nowożytnej.

Podwodny rycerz

Szesnastowieczna „Kronika polska” Marcina Bielskiego odnotowuje najwcześniejszą wzmiankę o nurkowaniu Polaka – tym razem jeszcze przypadkowym. Miało mieć ono miejsce w 1508 roku, w początkach rządów Zygmunta I Starego, w czasie przemarszu wojsk polsko-litewsko biorących udział w wojnie z Moskwą.

Wspomina tam Herbenstajn [Siegmund von Herberstein, w latach 1517 i 1526 posłował w imieniu Świętego Cesarstwa Rzymskiego do Moskwy – przyp. M.B.] natenczas niejakiego Pierzchlińskiego (podobno był [herbu – przyp. M.B.] Leszczyc), którego, gdy król z wojskiem leżał między Dąbrowną i Smoleńskiem, koń twardousty wniósł w pół [D]Niepru rzeki, a potem go zrzucił z siebie aż za kolana w kirysową zupełną zbroję ubranego; który do dna głębokości się rzeki bystrej pogrążył, i już go wszyscy byli opłakali, mniemając, iż utonął, gdy na to i król sam Zygmunt i ludzi przez trzy tysiące patrzało – a w tem Pierzchliński, jako był w ciężką zbroję opięty, pod wodą nurkiem po ziemi idąc przyszedł aż na drugą stronę [D]Niepru, a tylko się dwa razy wody napił, jako samże powiedział, i był potem u króla w łasce.

2. Ciężkozbrojni kopijnicy przeprawiający się konno przez Dniepr. Fragment obrazu przedstawiający bitwę pod Orszą z 1514 r. Malarz nieznany z kręgu Lukasa Cranacha Starszego, ok. 1525–1535 r. (ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie, nr inw. MP 2475 MNW)

Mimo iż Dniepr na tamtym odcinku nie jest zbyt szeroką rzeką (najczęściej między 50 a 100 metrów), ani zapewne zbyt głęboką, trudno powiedzieć, czy opisany wyżej wyczyn był możliwy do wykonania. Jeżeli zdarzenie to faktycznie miało miejsce, Pierzchliński swoje życie musiał zawdzięczać własnemu hełmowi, który zatrzymał część powietrza. Rycerz oddychał nim aż do wyjścia na ląd. Niezależnie od prawdziwości tej opowieści, zawiera ona chyba pierwsze użycie słowa „nurek” w literaturze polskiej.

Wygnaniec sięga dna

Kolejnym Polakiem, który mógł spędzić jakiś czas pod wodą – tym razem dobrowolnie – był Krzysztof Arciszewski (1592–1656), jeden z najsłynniejszych awanturników Rzeczypospolitej Obojga Narodów. W 1623 roku musiał opuścić swoją ojczyznę z powodu popełnionego przez siebie brutalnego morderstwa. W roku następnym skierował się do Holandii, gdzie walczył dla tego kraju przez wiele lat, odznaczając się jako zdolny dowódca – najpierw w Europie Zachodniej, a później w Brazylii, gdzie znalazł się jako pierwszy lub jeden z pierwszych Polaków.

3. Krzysztof Arciszewski w służbie Holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej, grafika z „Theatrum Europaeum”, t. 3, 1639 r. (ze zbiorów Biblioteki Narodowej, sygn. G.21871)

Jeszcze w 1624 roku, w pobliżu holenderskiego wybrzeża, Krzysztof Arciszewski uczestniczyć miał w udanej próbie nurkowania, a nawet chodzenia po dnie Morza Północnego. Tak opisał to zdarzenie w liście do swego ówczesnego protektora, księcia Krzysztofa II Radziwiłła:

Przypadł na mnie tu był casus [łac. przypadek – przyp. M.B.] taki, żem sobie tuszył [spodziewał się – przyp. M.B.], albo umrzeć, albo skaleczeć. Misternym trafunkiem dostało mi się tu nauczyć rzeczy wielce kosztownej, i choć to tu woda monarchię swoją ma, w krajach tych niezwyczajny pod wodą secure [łac. bezpiecznie – przyp. M.B.] chodzić.

Czego doświadczając, wszedłem pod Szewelingiem [Scheveningen, obecnie dzielnica Hagi – przyp. M.B.] w morze i bawiąc się w niem kilka godzin z kompasem, natrafiłem sieć rybaczą, z której em chciał, co ryb wyjąć, w czymem się zakłół o tę rybę, co ją tu pitermanem [zapewne ostrosz – przyp. M.B.] zowią, rzecz tak jadowitą, że nie wiem jako ją tu jadać śmieją (podobna jest trochę silawie dubińskiej wielkiej). Kilka nocy spać-em nie mógł i od ciężkich bólów i palenia dobrzem nie oszalał. Ręki-m do połtoru niedziel ruszyć nie mógł, i teraz jeszcze tego vestigia [ślady] zostawają. Ale nie dbam, kiedym tego dostąpił, czego bym za kilka tysięcy złotych nie dał.

Warto zauważyć, że w tamtych czasach dłuższe przebywanie pod wodą, nawet na stosunkowo niedużej głębokości – blisko brzegu lub na dnie rzeki – wciąż należało do rzadkich przypadków. Sprzęt służący do nurkowania był jeszcze wówczas bardzo prymitywny i znajdował się poza zasięgiem większości ludzi.

Choć pierwszy wiarygodnie udokumentowany i poprawnie działający dzwon nurkowy – czyli otwarta od dołu komora służąca do transportu nurków pod wodę (początkowo była to duża beczka lub skrzynia, ciśnienie powietrza uniemożliwiało jej zalanie) został zaprezentowany publiczności już w 1538 roku, to jednak zamknięty skafander nurkowy, w którym hełm stanowi całość z resztą stroju, a wydychane powietrze opuszcza system przez oddzielną rurę, powstał dopiero na początku XVIII wieku, a więc wiele lat po opisanym przez Arciszewskiego wydarzeniu.

Udoskonalony dzwon nurkowy Edmunda Halley’a z 1690 r., z balastem i dodatkowym powietrzem w beczce (il. domena publiczna)

Niestety, nie wiadomo, z jakiego sprzętu korzystał Polak, zakładając oczywiście, że jego relacja jest prawdziwa. Z powyższego cytatu wynika jedynie, że w miarę swobodnie przemieszczał się i poruszał rękami pod wodą. Wydaje się jednak mało prawdopodobne, by przebywał tam nieprzerwanie aż kilka godzin, m.in. ze względu na szybkie wychładzanie się organizmu w dość zimnym morzu – mogła to być suma czasu spędzonego przez Arciszewskiego na wszystkich nurkowaniach (jeśli było ich więcej niż jedno).

Według wybitnego polskiego pisarza-marynisty, Jerzego Pertka, przebywając pod wodą, awanturnik miał prawdopodobnie założony hełm zaopatrzony w ustnik z usztywnioną rurką do oddychania. Czy rurka ta prowadziła do wspomnianego dzwonu nurkowego, jak to niekiedy bywało, czy do jeszcze innego urządzenia, a może nawet bezpośrednio na powierzchnię – tego niestety nie wiemy. Tak czy inaczej Arciszewski mógł być pierwszym Polakiem w dziejach, który nurkował wraz ze specjalnie do tego celu stworzonym sprzętem.

Długa cisza

Niestety, nie znalazłem ani w źródłach historycznych, ani w opracowaniach, informacji na temat innych polskich nurków epoki nowożytnej. W Rzeczypospolitej chyba faktycznie musiano odczuwać ich brak, skoro – jak napisał historyk Zygmunt Gloger – za czasów króla Stanisława Augusta Poniatowskiego do oczyszczenia Niemna z głazów w celu usprawnienia żeglugi tą rzeką trzeba było sprowadzać specjalistów od prac podwodnych aż z Anglii. Roboty trwały trzy lata i nie zakończyły się pełnym sukcesem, ponieważ nie udało się usunąć największych fragmentów skał w okolicy miejscowości Rumszyszki.

Na temat polskiej aktywności podwodnej milczą również źródła większej części okresu zaborów, co jest dość trudne do wytłumaczenia, biorąc pod uwagę ogromną liczbę Polaków rozproszonych wówczas po świecie. Wielu z nich służyło w armiach lub marynarkach największych mocarstw, brało udział w różnego rodzaju wyprawach i przedsięwzięciach naukowych albo po prostu błąkało się po najdalszych zakątkach globu, przeżywając różne interesujące przygody.

Tak czy inaczej, w XIX wieku na Zachodzie zaprojektowano i wprowadzono do użytku tzw. klasyczny strój nurkowy, który służył do chodzenia po dnie. Składał się on z butów z ołowianymi podeszwami, balastu, wodoszczelnego i uszczelnianego w pasie skafandra, a także metalowego hełmu, do którego tłoczono powietrze przez przewód z pomocą ręcznie napędzanych pomp. W unowocześnionej wersji strój ten wykorzystywany jest do dzisiaj. Osoby, które schodzą w nim pod wodę, nazywa się nurkami klasycznymi.

Żołnierze i naukowcy

Nurkowie klasyczni w strojach firmy „The Siebe Gorman & Company Ltd”. Ilustracja z okładki „Illustrated London News” z 6 lutego 1873 r.

Na trop polskich nurków natrafiamy ponownie dopiero pod koniec XIX wieku w marynarkach wojennych państw zaborczych. W carskiej flocie służył m.in. Witold Żelechowski (1879–1968), szef zespołu zajmującego się podnoszeniem zatopionych okrętów na Morzu Czarnym. W 1919 roku dołączył do niedawno powstałej Marynarki Wojennej II RP. Był pomysłodawcą i współtwórcą należącej do niej szkoły nurków klasycznych, która swą działalność rozpoczęła w 1921 roku (kurs ukończyło wówczas sześć osób). Jej pierwszym instruktorem był bosman Ignacy Sieja, mający za sobą sześcioletnią służbę w charakterze nurka w marynarce Austro-Węgierskiej. Sprzęt, z którego korzystali Polacy, zakupiono w Wielkiej Brytanii.

Warto zauważyć, że nurkowie klasyczni (nie tylko polscy) uczestniczyli w budowie portu w Gdyni w latach 20., a następnie w jego odbudowie w drugiej połowie lat 40. XX wieku. W dwudziestoleciu międzywojennym zaczęła rozwijać się ponadto polska archeologia podwodna. Od 1935 roku prowadzono badania z tej dziedziny nauki w Jeziorze Biskupińskim, w latach 1936 i 1938 z udziałem nurków klasycznych Marynarki Wojennej. Wyłowiono wtedy m.in. cegły, ceramikę, pozostałości drewnianego pomostu i kości. Kolejne prace archeologiczne w polskich akwenach miały miejsce już po wojnie, w latach 50. XX wieku.

Polski hełm nurkowy

Również w czasach II Rzeczypospolitej powstał prawdopodobnie pierwszy polski hełm nurkowy. Jego właścicielem był Roman Józef Wojtusiak (1906–1987) – zoolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Na pomysł jego zaprojektowania wpadł, przeczytawszy jedną z książek Williama Beebe’a, pioniera badań głębin morskich. Po stworzeniu schematu naukowiec zamówił przedmiot w Krakowie. Był to sztywny hełm wykonany z blachy i grubych szyb, z otworem znajdującym się na dole – działał więc jak miniaturowy dzwon nurkowy. Powietrze tłoczono do niego poprzez gumowy przewód z użyciem pompki samochodowej. Razem z żelaznymi obciążnikami zakładanymi na haki ważył on ok. 27 kg, co pod wodą było podobno ledwie odczuwalne.

Pierwszą próbę nurkowania z użyciem hełmu Wojtusiak przeprowadził w 1935 roku na pływalni YMCA w Krakowie. Po dokonaniu drobnych poprawek pojechał latem następnego roku do Stacji Morskiej na Helu i z pomocą tamtejszych pracowników odbył pierwsze w historii naukowe obserwacje dna morskiego w Zatoce Puckiej. Pod wodę schodził kilka razy, na głębokość od trzech do pięciu metrów, ubrany w zwykły strój kąpielowy. Nurkowania przeprowadzał z łódki oddalonej o kilkaset metrów od brzegu. Tak pisał o pierwszych wrażeniach z przebywania w podwodnym świecie:

Roman Wojtusiak przed nurkowaniem w Adriatyku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/8/5266/1, domena publiczna)

Kiedy opuszcza się środowisko lądowo-powietrzne i zanurza się w wodę, najdziwniejsze wydaje się właśnie to przejście. Nagle traci człowiek obraz dalekich przestrzeni ograniczonych horyzontem, a pogrąża się w jakąś dziwną toń o złocistozielonawej barwie, na której oddanie brak słów. Tak jakbyśmy nagle znaleźli się w masie płynnego szkła. Brak tu horyzontu. Widzialność w naszym morzu sięga zaledwie do kilku metrów. Plastyka widzianych obrazów przedstawia się zupełnie inaczej niż na lądzie.

Przy pierwszych zejściach na dno morza nurek odbiera takie mnóstwo wrażeń, i to zupełnie nowych, że umysł nie może ich tak szybko poddać rzeczowej analizie. Chciałem np. za pierwszym razem zobaczyć, jak wygląda od spodu powierzchnia morza, i rzeczywiście widziałem ją. Zanim jednak zdołałem zanalizować i utrwalić w pamięci odpowiednie wrażenia, nadpłynął nade mnie kadłub motorówki. Uwaga została ześrodkowana od razu na czymś innym.

Kolejne nurkowania Wojtusiak przeprowadzał wraz z żoną Haliną latem 1937 roku w Morzu Adriatyckim w okolicach Splitu (wówczas w Jugosławii, obecnie w Chorwacji). Tam wsparcia udzielali im pracownicy pobliskiego Instytutu Oceanograficznego. W ciągu niecałego miesiąca małżeństwo odbyło przeszło 50 podmorskich wycieczek. Żadna z nich nie trwała dłużej niż 30 minut. Według relacji zoologa maksymalna głębokość, którą udało im się osiągnąć, wynosiła osiem metrów (zazwyczaj, także w kolejnych latach, naukowiec nie schodził niżej niż pięć metrów). Polacy dokonali tego dzięki odwiedzającym wspomnianą placówkę francuskim zoologom, od których pożyczono lepszą pompę do tłoczenia powietrza.

Warto dodać, że Francuzi przywieźli ze sobą także autonomiczny aparat nurkowy konstrukcji Yves’a Le Prieura, wprowadzony przez niego do użytku w 1925 roku. Składał się z gumowej maski z jedną okrągłą szybą połączonej z aparatem oddechowym. Był to pierwszy tego typu sprzęt, w którym zastosowano butle ładowane powietrzem do ciśnienia 150 atmosfer (dostarczały one powietrze ciągłym strumieniem, ciśnienie było regulowane przez nurka). Wojtusiak miał okazję go przetestować, ale w ówczesnych warunkach uznał swój hełm za lepszy.

Fotografowanie podwodnego świata

Warto dodać, że Wojtusiak, być może jako pierwszy Polak w historii, wykonywał fotografie pod wodą (na świecie tego typu zdjęcia robiono już w drugiej połowie XIX wieku, przez szyby łodzi podwodnych i dzwonów nurkowych). Będąc w 1937 roku w Jugosławii, zoolog korzystał w tym celu ze zwyczajnego aparatu fotograficznego, który umieszczono w skrzynce z szybką z przodu. Obudowa wykonana została na zamówienie w Krakowie jeszcze przed wyjazdem.

Yves Le Prieur z aparatem oddechowym własnej konstrukcji, 1926 r. (ze zbiorów Biblioteki Narodowej Francji, sygn. FRBNF45452996, domena publiczna)

Niestety, sprzęt okazał się nieszczelny, więc pod wodę zanurzano tylko przednią część skrzynki, a tylna z pokrywką trzymana była nad powierzchnią. Dopiero latem roku następnego w Zatoce Puckiej naukowcowi udało się zanurkować razem z aparatem – Wojtusiak wykorzystał wówczas stworzony z cienkiego materiału gumowy worek z ramką, w której znajdowała się gruba szyba. Fotografia podwodna zaczęła się jednak rozwijać w Polsce na szerszą skalę dopiero w latach 50. XX wieku.

Podczas wspomnianych nurkowań w 1938 roku Wojtusiakowie prowadzili badania flory i fauny dna morskiego wsparte przez Ministerstwo Przemysłu i Handlu. Jako iż Stacja Morska na Helu, gdzie mieszkali i opracowywali zbiory, zakupiła własny hełm nurkowy, małżeństwo mogło teraz schodzić pod wodę jednocześnie. Nowością w sprzęcie zoologa był wmontowany w hełm telefon nurkowy służący do kontaktu z osobami na górze – jego przewód biegł rurką doprowadzającą powietrze.

Roman Wojtusiak (lub inny nurek w hełmie jego konstrukcji) tuż przed zejściem pod wodę (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/8/5267/1, domena publiczna)

W roku następnym małżonkowie ulokowali się w Gdyni, gdzie przeniesiono Stację Morską. Ponieważ okolice tamtejszego portu były bardzo zaśmiecone, Wojtusiakowie podczas nurkowań zakładali obejmujący całe ciało kostium wykonany z cienkiej gumy zamiast standardowego stroju kąpielowego. Ponieważ strój był szczelny, mogli pod nim nosić normalne ubranie, dzięki czemu ich organizmy wolniej się wychładzały. Z kolei na nogi zakładali zwykłe tenisówki.

Druga wojna światowa przerwała podwodne spacery zoologa. Naukowiec wznowił je w Bałtyku w lipcu 1947 roku. Po raz ostatni miał skorzystać ze swego hełmu w 1961 roku. Wojtusiak opisał własne nurkowania i podwodne obserwacje w artykułach, a także w książce popularnonaukowej pt. „W morskiej toni. Z wędrówek przyrodnika w hełmie nurkowym po dnie morza” (dzieło kończy się na 1947 roku). Warto zauważyć, że ze sprzętu badacza korzystało wiele innych osób. Wśród nich byli jego znajomi, a także inni naukowcy, a nawet oficerowie marynarki, co niewątpliwie również przyczyniło się do wzrostu zainteresowania nurkowaniem na ziemiach polskich.

Nowy sport

W 1943 roku oficer marynarki Jacques-Yves Cousteau i inżynier Émil Gagnan opatentowali pierwszy na świecie aparat do oddychania pod wodą o obiegu otwartym, który dostarczał powietrze pod ciśnieniem otaczającej wody, gdy nurek chciał zrobić wdech. Był on znacznie lepszy od wspomnianej konstrukcji Le Prieura – można było z jego pomocą pływać dłużej i na większych głębokościach. Sprzęt ten, popularnie zwany akwalungiem, okazał się zupełnym przełomem. Dzięki niemu na przełomie lat 40. i 50. XX wieku zaczęło rozwijać się na świecie nurkowanie sportowe i rekreacyjne.

Do Polski, oddzielonej wówczas od Zachodu „żelazną kurtyną”, pierwsze trzy akwalungi zostały sprowadzone w 1955 roku. W roku następnym w Warszawie i Poznaniu powstały dwa pierwsze kluby płetwonurków w kraju. Podwodne spacery ze specjalnie do tego celu stworzonym sprzętem zaczęły powoli stawać się coraz powszechniejsze również wśród Polaków.

Bibliografia

  • Marcin Bielski, Kronika polska Marcina Bielskiego, t. 2, ks. 4–5, Nakład i druk Karola Pollaka, Sanok 1856.
  • Zygmunt Gloger, Dolinami rzek: opis podróży wzdłuż Niemna, Wisły, Bugu i Biebrzy, Nakładem Ferdynanda Hösicka, Warszawa 1903.
  • Aleksander Kraushar, Dzieje Krzysztofa z Arciszewa Arciszewskiego, admirała i wodza Holendrów w Brazylii, starszego nad armatą koronną za Władysława IV i Jana Kazimierza 1592 do 1655, t. 1, Wydawnictwo Napoleon V, Oświęcim 2017.
  • Łukasz Mrowiec, Historia nurkowania – początki, [w:] Nurkomania, [dostęp: 18 września 2019], <https://www.nurkomania.pl/nurkowanie_historia_poczatki.htm>.
  • Małgorzata Orlewicz-Musiał, Początki polskiego nurkowania – zanim nurkowanie stało się sportem, „Studia Humanistyczne”, nr 2 (2002), s. 115-130 [za: Historical Diving Society – Poland, [dostęp: 18 września 2019], <http://www.hds-poland.org/index2.php?pid=p43af07502c336>.
  • Jerzy Pertek, Polacy na szlakach morskich świata, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław–Gdańsk 1957.
  • Andrzej W. Święch, Badania archeologiczne w Wielkopolsce i na Kujawach, [w:] Diver24.pl, [dostęp: 18 września 2019], <http://www.diver24.pl/odkrycia/badania-archeologiczne-w-wielkopolsce-i-na-kujawach/>.
  • Roman J. Wojtusiak, W morskiej toni. Z wędrówek przyrodnika w hełmie nurkowym po dnie morza, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1950.
Mateusz Będkowski
Absolwent Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. W 2011 roku obronił pracę magisterską pt. „Wyprawa Stefana Szolc-Rogozińskiego do Kamerunu w latach 1882–1885”, która została opublikowana w Zielonkowskich Zeszytach Historycznych (nr 2/2015). Interesuje się losami polskich podróżników i odkrywców na przestrzeni dziejów, szczególnie w XIX wieku. Na ich temat publikował artykuły m.in. w czasopismach „Mówią Wieki” i „African Review. Przegląd Afrykanistyczny”, a także w portalu „Histmag.org”. Część z tych tekstów znalazła się w czterech ebookach autora z serii „Polacy na krańcach świata” wydanych w latach 2015-2017. Trzy pierwsze z nich ukazały się w formie papierowej w jednym zbiorze pt. „Polacy na krańcach świata: XIX wiek” (Warszawa 2018). Jest także autorem książki pt. „Polscy poszukiwacze złota” (Poznań 2019).