Ludziom żyjącym w szlacheckiej Polsce towarzyszyło ciągłe poczucie zagrożenia. Przemoc i brutalność były na porządku dziennym w każdej grupie społecznej. Wśród szlachty bójki, zranienia i zajazdy były zjawiskiem masowym, a znany z „Pana Tadeusza” napad na Soplicowo był przy nich niewinną zabawą.

Co za świat, co za świat! Groźny, dziki, zabójczy. Świat ucisku i przemocy. Świat bez władzy, bez rządu, bez ładu i miłosierdzia. Krew w nim tańsza od wina, człowiek tańszy od konia. Świat, w którym łatwo zabić, trudno nie być zabitym. Kogo nie zabił Tatarzyn, tego zabił opryszek, kogo nie zabił opryszek, zabił go sąsiad. Świat, w którym cnotliwym być trudno, spokojnym nie podobna.

Tak przed laty charakteryzował epokę staropolską historyk Władysław Łoziński. Co gorsza, wobec słabości aparatu sprawiedliwości wyroków za te wszystkie przestępstwa była mało efektywna. Starostw grodowych, a więc i sądów grodzkich rozstrzygających sprawy karne, nie było wiele.

Zajazd z z „Pana Tadeusza” wg akwareli Jana Rosena (ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie, nr inw. MNK III-ryc.-35981, domena publiczna)

Dotyczyło to zwłaszcza województw południowo-wschodnich. W województwie kijowskim, liczącym 200 tys. km², znajdowały się tylko trzy starostwa grodowe: w Kijowie, Żytomierzu oraz Owruczu. Zdecydowanie lepiej było pod tym względem w centralnej oraz zachodniej części Korony, niemniej i tutaj sądy działały opieszale.

W tej sytuacji nie dziwi, że szlachta często brała sprawy we własne ręce, a nierzadko unikała odpowiedzialności. Przemoc była większa tam, gdzie dominowała szlachta uboga, choć nie była to reguła. Wiedzę na ten temat czerpiemy z ksiąg grodzkich, które zachowały się do naszych czasów w dość pokaźnej liczbie. Zeznania przed sądem są doskonałym źródłem do tego, aby zapoznać się z motywami i działaniami tych szlachciców, którzy weszli na drogę przestępczą.

Awanturnicy i rozbójnicy często mogli czuć się bezkarnie. Na ilustracji Kmicicowa kompania, rysunek Juliusza Kossaka, 1885 r. (ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie, Rys.Pol.14710 MNW, domena publiczna)

Szlachecka przemoc domowa

Przemoc w rodzinie rozbijała jej spójność, a miała podobne podłoże jak współcześnie, choć bez wątpienia była bardziej drastyczna. Częstą przyczyną rodzinnych waśni był brak miłości i wzajemnego poszanowania. W czasach staropolskich nie należało to do rzadkości, ponieważ mariaże rodowe zawierano głównie ze względów prestiżowych i ekonomicznych. W tej sytuacji nie powinno dziwić, że małżonkowie popadali częściej w rozmaite konflikty osobiste. Przemoc w domu szlacheckim miewała także podłoże alkoholowe, gdyż nadużywanie trunków było powszechne.

Szlachcic przy miodzie, obraz Wacława Koniuszki, 1881 r. (ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie, nr inw. MNK II-a-777, domena publiczna)

Ojciec miał praktycznie nieograniczoną władzę, łącznie z prawem do pozbawienia życia domowników, choć oczywiście były to przypadki skrajne. „Pan ojciec”, bo tak się do niego zwracano, dowolnie rozporządzał nieruchomościami i ruchomościami rodziny, decydował o edukacji i karierze dzieci, w tym zwłaszcza synów, od niego też zależało zamążpójście córek. Od jego postanowień nie można było się odwołać i nie było komu się na nie poskarżyć. Przy czym należy podkreślić, że niekiedy ojcowie ze względu na miłość do dzieci łagodnieli i respektowali pragnienia swojego potomstwa.

Pozycja pana ojca w rodzinie szlacheckiej była niepodważalna. Na ilustracji portret Mikołaja Wybranowskiego, malarz nieznany, druga dekada XVIII w. (ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie, nr. inw. MNK I-222, domena publiczna)

Sprawiedliwy ojciec, choć surowy, był niewątpliwe ostoją rodziny. Jego śmierć burzyła plany życiowe i prowadziła do wielu problemów. Ale co działo się, gdy ów stróż okazał się tyranem, psychopatą lub wiecznie pijanym rozbójnikiem? W tej sytuacji rodzice stawali się negatywnym wzorcem osobowościowym prowadzącym do patologicznego rozwoju dzieci.

O nadużywaniu alkoholu pisało zwłaszcza wielu cudzoziemców. W ich mniemaniu ilość przyjmowanych przez szlachtę trunków była niemal nadnaturalna. Jeden z podróżników pisał: „nie piją wcale wina, z piwa robią u siebie okowitę, która może przyprawić cudzoziemca o utratę życia”. Wiązało się to z pewnymi cechami narodowymi, które również komentowali obcokrajowcy – Polacy uchodzili za zuchwałych i lubiących zwady.

Sprawcą przemocy domowej był zwykle ojciec. Bardzo często kary cielesne stosowane wobec dzieci były elementem długiej tradycji rodzinnej. Poza tym staropolscy twórcy podręczników do wychowania radzili: „kto żałuje kija, ten ma w nienawiści syna swego, nie odejmuj od dziecięcia karności, bo jeśli go ubijesz rózgą, nie umrze. Ty go ubijesz rózgą, a duszę jego od piekła wybawisz”.

To samo dotyczyło żon. Niektórzy moraliści wypisywali nawet metody, w jaki sposób ukarać krnąbrną małżonkę. Taką należało „do koszule zewlokszy, jako koze związać, i owsem tą osypać, a potym do niej głodnych z pułkopy napuścić gęsi, któraby tak wyszczypały, żeby wiedziała na drugi raz, jak męża szanować i słuchać”. Można też było złą żonę nasmarować miodem i przywiązać w pasiece, aby „osłodziała i dobrzała”.

Przemoc w rodzinie była na porządku dziennym, choć zazwyczaj ją ukrywano. Znane są także przypadki notorycznego znęcania się nad żonami oraz ich więzienia. Szczególnie głośny był przypadek krajczego litewskiego Marcina Mikołaja Radziwiłła (zm. 1782), który zamknął swoją żonę i dzieci na kilka lat w pokoju bez mebli, sam zaś trzymał harem kobiet oraz nieletnich dziewczynek. Jego coraz groźniejsze wybryki stały się na tyle niewygodne, że krewni wzięli chorego magnata pod kuratelę. Przemoc wobec rodziny najczęściej zdarzała się w czasie kłótni. W jednej z ksiąg z 1625 roku czytamy: „że on [mąż] czasem niedawnym przyszedłszy do domu, przyczyn żadnych nie mając, zgniewany onę pobił i okrutnie nożem obrazieł”.

Czy to pogrzeb, czy wesele, nietrudno było o awanturę z użyciem broni białej i palnej. Na zdjęciu para pistoletów skałkowych z połowy XVIII w. (ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie, nr inw. MNK V-909/1-2, domena publiczna)

Do przemocy dochodziło również podczas uroczystości rodzinnych: wesela, chrzcin, imienin. Przy nadmiernym spożyciu alkoholu o bójkę było nietrudno. W pamiętniku Stanisława Zygmunta Druszkiewicza (zm. 1697), kasztelana chełmskiego oraz rotmistrza husarskiego, czytamy, że podczas chrzcin:

siekli się, a w nocy jeden drugiego nie znając, jeno kto kogo mógł namacać. Brata mego wujecznego rodzonego w rękę lewą szkodliwie zacięto nad kostką, w gębę i w kolano. Siostrzeńca mego, przez udo na wylot postrzelono. Kuma mego w łeb zacięto. Czeladzi kilkanaście było posieczonych. Jednak i mnie się dostało, dopadłem pistolet na kołku, na uhamowanie tego hałasu przez okno strzeliłem, rozerwał się pistolet i róg mnie obraził czoła.

Ty mnie prawem, ja cię lewem

O kłótnie, jak już wspomniano, najłatwiej było po spożyciu alkoholu. Dochodziło do nich w rozmaitych sytuacjach. Surowe kary za zranienie lub zabójstwo szlachcica niekoniecznie hamowały występki na tym polu. W XVII wieku w głównych miastach Korony między szlachtą dochodziło średnio do 350–450 poważnych zranień w ciągu roku. Były to cięcia szablą (ucięcie kończyny, rana w głowę, ucięcie ucha lub nosa), postrzały z pistoletu, zranienia nożem lub inne uszczerbki na zdrowiu.

Szlachta polska uchodziła za porywczą i skorą do zwady. Na ilustracji pojedynek Jana Chryzostom Paska z Jasińskim, grafika Adolphe’a Jeana Baptiste’a Bayota wg rysunku Antoniego Zaleskiego, 1850–1851 r. (ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie, nr inw. Gr.Pol.22409 MNW, domena publiczna).

Konstytucje sejmowe rozróżniały tutaj rany krwawe od siniaków, nakazywały płacić grzywnę nawet za utratę palca lub wybicie zęba, a każdy liczono oddzielnie. Zgodnie z regulacją z 1588 roku jeden ząb szlachecki był wart dwadzieścia grzywien srebra. Oprócz zwykłych nieporozumień, jak obraza słowna, najczęstszą przyczyną przemocy były sprawy majątkowe, a konkretnie spadkowe. W ich wyniku dochodziło do zajazdów dóbr. Miały one dwojaki charakter: prawny i nielegalny. Do prawnego dochodziło wówczas, kiedy starosta zwoływał okoliczną szlachtę dla egzekucji wyroku sądowego. W drugim, częstszym przypadku, szlachta sama najeżdżała majątki, po to aby objąć je w posiadanie.

Zajazd, czyli sąsiedzka wojna

W czasie zajazdu również kobiety nie mogły czuć się bezpiecznie. Na ilustracji portret szlachcianki z 4. ćwierci XVIII w. (ze zbiorów PAN Biblioteki Kórnickiej, sygn. MK 3267, domena publiczna)

Zajazdy miały zwykłe charakter gwałtowny. Strona organizująca napad starała się zaskoczyć przyszłe ofiary, a do tego celu wykorzystywano imieniny, wesela oraz inne uroczystości publiczno-rodzinne. Na tym tle wyróżniały się zajazdy pogrzebowe. W tym ostatnim przypadku swoich „praw” dochodzono przy okazji śmierci krewnego, dłużnika bądź sąsiada. W ten sposób demonstrowano swoje niezadowolenie wobec pozostałych przy życiu krewnych, dążąc do skorygowania niesłusznego testamentu przy pomocy siły.

Do zajazdu szlachta używała swoich własnych krewnych, klientów, ale także chłopów. Zdarzało się, że zanim dokonano najechania dóbr, przesyłano pewne sygnały świadczące o złych intencjach. W roku 1785 jeden szlachcic skarżył się, że zanim zajechano jego ziemię, odkopał pogrzebanego tydzień wcześniej trupa. Takie i inne okrutne gesty zdarzały się stosunkowo rzadko, wręcz wyjątkowo. Czasami zapowiedzi bywały dziwne, np. postrzelenie psa z rusznicy.

Jednym z najlepszych sprzymierzeńców zajezdników była noc. Domownicy pogrążeni we śnie byli wówczas całkowicie nieprzygotowani do odparcia napastników. Nierzadko poddawali się bez żadnej walki, nie będąc w stanie realnie ocenić siły przeciwnika. Noc zwykle przedstawiano w utworach staropolskich jako synonim mocy nieczystych. Po zachodzie słońca miało budzić się zło, grasować czarty.

Przeprowadzenie zajazdu po zmroku było zatem wyjątkowo niehonorowe, ale bardzo skuteczne, a napaść kończyła się zwykle ucieczką gospodarzy. Szacuje się, że zajazdy tego typu stanowiły 20% wszystkich działań o takim charakterze. W innych przypadkach najeżdżano pod nieobecność gospodarzy lub po prostu w dzień, wówczas jednak dochodziło do znacznie większego rozlewu krwi.

W świadomości mieszkańców dworu i folwarku zajazd był jedną z najgorszych klęsk, zaraz obok epidemii i wybierania stacji przez wojsko. W takiej sytuacji szlachta i chłopi opuszczali budynki, kryli się po kościołach i piwnicach. Pracujący w polu na widok napastników rzucali narzędzia pracy i uciekali w las. Karczmy pustoszały.

Ze wszystkich przestępstw wymienionych w czterech artykułach grodzkich (przestępstwa rozpatrywane zawsze przed sądem grodzkim: podpalenie, najazd na dom szlachcica, rabunek na drodze, gwałt na kobiecie) zajazd był niewątpliwie najbardziej krwawym. Od 40% do 60% wszystkich tego typu zajść kończyło się obdukcją sądową ran, a 75% wszystkich zabójstw dokonywano właśnie w trakcie zajazdu. Mieszkańcy mieli więc pełne podstawy, aby sądzić, że zostaną fizycznie poszkodowani. Przykładów takich zdarzeń jest w źródłach bardzo wiele.

Pojedynek w karczmie, obraz Jana Czesława Moniuszki, 1896 r. (ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie, nr inw. 184602 MNW, domena publiczna)

Na porządku dziennym były siniaki oraz poranienia za pomocą rozmaitej broni: szabli, kolby pistoletu lub muszkietu, noża, kosy, kańczuga itp. Często używano pięści. W jednej z relacji czytamy: „drzwi wybiwszy […] gwałtem wpadłszy do domu, tejże pannie Annie pięścią w gębę okrutnie uderzył, aż się krwią zalała i o ziemię upadła”. Cnotę białogłowską, owszem, ceniono, ale tylko w czasie pokoju, zajazd zaś był formą wojny, choć tylko sąsiedzkiej.

Włosy powyrywali i do niebezpieczeństwa zdrowia i życia protestantki przyprowadzili, nie dosyć na tym, na przeciw stanowi białogłowskiemu i prawu pospolitemu protestantkę bezbronną szablą sam pan Gozdowski wypłazował, zapomniawszy prawa pospolitego i pokoju w nim opisanego.

Wymuszenia, zastraszenia i zemsta

Nadziak – niezwykle niebezpieczna broń, w ścisku bardziej poręczna niż szabla i często wykorzystywana w przypadku wszelkiego rodzaju awantur, bójek itp. (ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie, nr inw. MNK V-315, domena publiczna)

Objęcie majątku w posiadanie za pomocą zajazdu nie zawsze było celem samym w sobie. Często napadano na dwór, aby zmusić miejscowego posesjonata, nie tylko z rodziny, ale i sąsiada, do podpisania dokumentów. W takich sytuacjach stosowano pogróżki: „rżnąć cię na kawałki będziemy, podpisuj się taki a taki synu, bo w łeb strzelamy”. Innym razem przez wzgląd na dawne krzywdy niszczono posesję i bito domowników:

Armatno z szablami i siekierami i inszym orężem na tenże dom i mieszkanie we wsi Magnuszach pod niebytność samego Protestanta najść, gdzie samą Protestanta Małżonkę zasatwszy w domu naprzód słowy nieuczciwemi na stan szlachecki i białogłowski uczciwy nieprzyzwoitemi zelżyli, a od słów bicia i razy przydali. Gdy tęż małżonkę Protestanta obuchem od siekiery w rękę dwa razy szamocąc je i gwałtownie ze wszystkim z domu wyrzucając uderzeli i zranieli. Tym się nie kontentując w izbie piec i kafle w drobne kawałki potłukli, okna, które teraźniejszy Protestant swoim kosztem sprawił w niwecz wycięli.

Prawo surowe, ale tylko w teorii

Prawo w Koronie zabraniało dokonywania napadów, zabójstw i pobić. Za każde przestępstwo groziły konsekwencje. Podpalenia, napady, zajazdy dóbr i gwałty na kobietach były ścigane z urzędu, morderstwo było z kolei ścigane z powództwa prywatnego. Kary za ten czyn były różne, od śmierci po grzywnę, w zależności od okoliczności oraz statusu osoby zamordowanej (np. urzędnik). Kara śmierci groziła również za gwałt na białogłowie. Stąd mężczyźni częściej woleli się przyznawać do rabunków czy napadów.

W konstytucjach sejmowych niemal co kilka lat zaostrzano kary za dokonywanie przestępstw publicznych. Cóż jednak z tego, skoro organy terenowe były słabe. Do niedawna sądzono jeszcze, że masowość przestępstw w obrębie stanu szlacheckiego dotyczyła głównie Mazowsza, gdzie drobna szlachta stanowiła około 23%. Okazuje się jednak, że podobna sytuacja panowała na wszystkich ziemiach polskich, wszędzie bowiem szlachta uboga dominowała liczebnie nad średnią.

Główną rolę w aktach przemocy odgrywały szczególnie aktywne jednostki drobnoszlacheckie, wyróżniające się wojowniczością, które doznawały niekiedy zranienia kilkakrotnie w ciągu jednego roku. Badania pokazują, że ofiarami napadów dokonywanych przez szlachciców w 70% byli inni przedstawiciele tego stanu, wśród morderstw zaś aż w 75% przypadków.

Pojedynek Jana Tęczyńskiego i Samuela Zborowskiego, grafika z 1796 r. (ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie, nr inw. MNK III-ryc.-42330, domena publiczna)

Starosty często nie było w terenie. Urząd ten zwykle pełnili wysoko postawieni senatorowie mający inne priorytety. Z tego powodu egzekucja wyroków spoczywała nierzadko na podstarościch, dysponujących znacznie mniejszym autorytetem i zasobami. Zazwyczaj mieli pod sobą jedynie 10–12 pachołków starościńskich, tymczasem skazani parający się procederem rozbójniczym otaczali się zgrajami łotrów. O egzekucję było więc trudno. W praktyce panowało poczucie bezkarności, co w uczciwie żyjących obywatelach budziło poczucie bezradności.

Dobrym tego przykładem był Samuel Łaszcz (zm. 1649). Pochodził on z Rusi Czerwonej i wsławił się jako żołnierz służący pod hetmanem Stanisławem Koniecpolskim. Wziął udział w wielu kampaniach, własnym sumptem wystawiał oddziały, które rozbijały zagony tatarskie. W 1630 roku otrzymał urząd strażnika koronnego, następnie kilka starostw, w tym owruckie w woj. kijowskim. Łaszcz był jednak w równym stopniu awanturnikiem słynącym z okrucieństwa. Chcąc zaspokoić potrzeby swoich kompanionów, rabował. Chętnie zmuszał także krewnych do oddawania mu dzierżaw.

W wyniku tej działalności na pana strażnika obficie posypały się wyroki sądu grodzkiego w Łucku i Trybunału Koronnego w Lublinie. Łaszcz otrzymał w latach 30. XVII wieku 236 wyroków banicji oraz 47 wyroków infamii, czyli pozbawiania szlachectwa. Mimo to dalej działał publicznie, między innymi dzięki protekcji hetmana. Ten wystawiał dla Łaszcza tzw. egzempcje wojskowe, które wstrzymywały egzekucję wyroków.

Dopiero po śmierci Koniecpolskiego w 1646 roku nastały dla Łaszcza gorsze czasy. Pozbawiono go strażnikostwa oraz królewszczyzn. Niemniej egzekucję wyroków musiano przeprowadzić dużymi siłami zebranymi przez wojewodę kijowskiego Janusza Tyszkiewicza wraz z pospolitym ruszeniem oraz wojskami ks. Jeremiego Wiśniowieckiego. Łaszcz był więc bezkarny przez kilkanaście lat, a wyrokami ponoć podbił sobie delię.

***

Agresja między szlachtą była w Rzeczypospolitej codziennością. Dochodzenie sprawiedliwości w sądach było procesem żmudnym, który często kończył się poczuciem krzywdy wobec niemożności wyegzekwowania wyroku. Oczywiście, nie zawsze i nie wszędzie. Energiczny starosta, dysponujący odpowiednimi zasobami finansowymi, potrafił utrzymać okolicę w jakim takim porządku. Na pomoc państwa w tym zakresie nie mógł jednak liczyć.

Bibliografia

  • Stanisław Zygmunt Druszkiewicz, Pamiętniki 1648–1697, oprac. Marek Wagner, Wydawnictwo Akademii Podlaskiej, Siedlce 2001.
  • Marcin Kamler, Agresja szlachty płockiej na początku XVII wieku, „Rocznik Towarzystwa Naukowego Płockiego”, nr 9 (2017), s. 235–
  • Tenże, Przemoc między szlachtą w Polsce w XVII w. – zjawisko masowe?, „Kwartalnik Historyczny”, r. 121 (2014), nr 3, s. 541–569.
  • Henryk Kotarski, Łaszcz Samuel, „Polski Słownik Biograficzny”, t. 18, Polska Akademia Nauk, Warszawa–Wrocław–Kraków 1973, s. 266.
  • Iwona Pugacewicz, Porządek sąsiedzki przemocą regulowany. O organizacji i funkcjach zajazdu w II poł. XVII i w XVIII wieku, „Białostockie Teki historyczne”, t. 4 (2006), s. 103–
  • Jan Ryś, Rodzina staropolska wobec zagrożenia przemocą i bezprawiem, „Wychowanie w Rodzinie”, t. 14 (2016), nr 2, s. 87–101.
Maciej A. Pieńkowski
Maciej A. Pieńkowski, doktor nauk humanistycznych w zakresie historii. Stopień naukowy uzyskał w 2018 r. na Wydziale Nauk Historycznych i Społecznych UKSW na podstawie dysertacji „Sejm koronacyjny Zygmunta III 1587/1588 i pacyfikacyjny 1589 roku” napisanej pod kierunkiem prof. dr hab. Jana Dzięgielewskiego. Stypendysta MNiSW za wybitne osiągnięcia naukowe. Studiował historię na Uniwersytecie Wileńskim. Autor artykułów i recenzji opublikowanych w monografiach zbiorowych oraz w czasopismach: „Czasopismo Prawno-Historyczne”, „Klio”, „Almanach Warszawy”, „Teka Historyka", „Mówią Wieki” i seriach wydawniczych „Studia nad staropolską sztuką wojenną” oraz „Studia historyczno-wojskowe”. Uczestnik licznych konferencji. Jego zainteresowania badawcze koncentrują się wokół dziejów I RP w dobie panowania Wazów, a także wysiłku zbrojnego II RP w latach 1918–1921. Naukowo związany z seminarium prowadzonym przez prof. dr hab. Mirosława Nagielskiego na Uniwersytecie Warszawskim. Stały współpracownik Fundacji Zakłady Kórnickie oraz edukator w Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie. Zatrudniony jako historyk w Wydziale Badań Historycznych Wojskowego Biura Historycznego im. gen. broni Kazimierza Sosnkowskiego Ministerstwa Obrony Narodowej w Warszawie