Wiele mówi się dziś o jakości życia przed wojną. Przyjrzyjmy się, jak wyglądały ceny i zarobki w Polsce w drugiej połowie lat 30. XX wieku. Na co mógł sobie pozwolić zwykły zjadacz chleba?

Na początku trzeba zaznaczyć, że różnice w dochodach między różnymi branżami, a nawet wewnątrz jednej grupy zawodowej, były w przedwojennej Polsce olbrzymie. Jak w każdym społeczeństwie istnieli też krezusi, którzy zarabiali po kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, ale stanowili zupełnie odrębną kategorię, a w tym artykule zajmiemy się dochodami przeciętnych rodzin mieszkających w miastach. Podane niżej kwoty wynagrodzeń to wartości brutto.

Arystokracja żyła na poziomie zupełnie odmiennym od codzienności nawet zamożnych mieszkańców stolicy. Na zdjęciu Ślub hrabiego Benedykta Tyszkiewicza z księżniczką Eleonorą Radziwiłł, 21 kwietnia 1938 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/6/2194/34, domena publiczna)

Zamożni i klasa średnia

Zaczynając od lepiej sytuowanych, należy powiedzieć, ile zarabiali wyżsi urzędnicy państwowi, żołnierze i dyrektorzy. Rozpiętość jest tutaj znacząca. Marszałek Śmigły-Rydz zarabiał 3000 zł miesięcznie, generałowie między 1000 zł a 2000 zł, a pułkownicy, tacy jak przesiadujący wiecznie w kawiarniach i restauracjach Bolesław Wieniawa-Długoszowski, między 632 zł a 713 zł, w zależności od tego, czy posiadali rodzinę.

Sędziowie stanowili jedną z zamożniejszych grup zawodowych II RP. Na zdjęciu Jan Antoniewicz w czasie procesu Rity Gorgonowej, maj 1932 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/3/634/4, domena publiczna)

Pensja sędziego wynosiła ok. 1000 zł, dyrektor szkoły mógł zaś liczyć na wynagrodzenie w wysokości od 450 do 700 zł. Dobrze żyło się profesor zwyczajnym i nadzwyczajnym, których uposażenie wynosiło odpowiednio 1000 i 750 zł. Rodziny, których miesięczny budżet wynosił 750 zł, należały do majętnych i w dalszej części artykułu właśnie taki dochód będziemy traktowali jako przykładowy w odniesieniu do zamożniejszych mieszkańców kraju.

Drugą grupę pod względem dochodów stanowili urzędnicy średniego szczebla, pracownicy umysłowi oraz robotnicy wykwalifikowani. I tak nauczyciel zarabiał między 160 zł a 260 zł, przy czym medianą było 210 zł. Na podobne uposażenie mógł liczyć maszynista pociągu, ale również i listonosz, który otrzymywał blisko 200 zł. Lepiej opłacani byli komisarze policji, którzy inkasowali co miesiąc 335 zł.

Podobnie wynagradzano też niższych stopniem naukowców – pensje adiunktów zamykały się w przedziale od 450 zł do 355 zł, uposażenia asystentów wynosiły zaś powyżej 160 zł. Nauczyciele i urzędnicy mogli przy tym liczyć na dziesiątki różnych dodatków i dopłat ze względu na piastowane funkcje i miejsce zamieszkania, dzięki czemu wysokość ich realnych zarobków wzrastała. Kolejna przykładowa rodzina będzie zatem utrzymywana przez urzędnika państwowego średniego szczebla o dochodzie około 350 zł miesięcznie.

Robotnicy i służba

Bodaj największa rozpiętość wynagrodzeń panowała wśród robotników. Pensje wypłacano im w systemie tygodniowym, ich wysokość wahała się zatem w zależności ilości pracy i liczby dni roboczych w danym miesiącu. Do tego pobory w tej grupie społecznej różniły się znacząco ze względu na kwalifikacje. Jeżeli robotnik był specjalistą, mógł zarabiać naprawdę sporo, lecz jeśli jedynym jego atutem były mięśnie, to nie miał co liczyć na wysokie uposażenie.

Bywali tacy robotnicy, zwłaszcza z branży poligraficznej, którzy otrzymywali po 260 zł, a nawet 400 zł miesięcznie. Górnicy zarabiali na podobnym poziomie, przeciętnie jednak wykwalifikowany robotnik mógł liczyć na blisko 200 zł miesięcznie. Jeżeli brakowało mu umiejętności, wtedy jego tygodniówki wynosiły nawet 25–30 zł, co dawało łącznie niecałe 130 zł. W najgorszej sytuacji byli robotnicy sezonowi i służba domowa. Gospodynie otrzymywały niekiedy miesięcznie całe 21 zł. Jako trzecią reprezentatywną rodzinę weźmy zatem robotnika z żoną i dziećmi, którzy utrzymywali się za około 160 zł.

Górnicy należeli do najlepiej opłacanych robotników, ale również oni mieli powody do niezadowolenia. Na zdjęciu żony górników oczekujące w czasie strajku przed bramą kopalni Klimontów w Sosnowcu (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/6/2751/1, domena publiczna)

Przedwojenne statystyki nie uwzględniały dwóch dużych grup: drobnych przedsiębiorców oraz chłopów (a trzeba pamiętać, że większość mieszkańców Polski żyła na wsi). Ich zarobki bywały niezwykle rozstrzelone i wiązały się z indywidualnymi możliwościami. I tak na przykład właściciel jatki w Warszawie mógł być człowiekiem znacznie bardziej majętnym niż profesor akademicki, choć cieszył się nieskończenie mniejszym prestiżem.

Od klitki w suterenie do willi z ogrodem

Większość ludzi nie posiadała mieszkań na własność. Z zasady żyło się w lokalach wynajmowanych w kamienicach, gdzie płaciło się czynsz łącznie z sumą za wynajmem. Były to kwoty bardzo różne i ustalane indywidualnie – mogły wynosić 30 zł, mogły i 100 zł, oczywiście w zależności od standardu, liczby pokoi, lokalizacji etc. Robotnicy mogli sobie pozwolić jedynie na ciasne mieszkanie, być może nawet w suterenie, czasem wręcz dzielone z innymi rodzinami, co wcale nie było rzadko spotykane.

Kolonia domów mieszkalnych im. Staszica w Warszawie (ul. Langiewicza róg Suchej) (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/9/6729/1, domena publiczna)

Nauczyciel czy urzędnik mógł już wynająć lokum trzy- lub czteropokojowe, a rodzinę profesora akademickiego było stać przy pomyślnych wiatrach, by wynająć wielopokojowe lokum w reprezentacyjnej części miasta lub nawet kupić willę w kolonii Staszica na warszawskiej Ochocie, co oznaczało wydatek rzędu 50 tys. zł. Kamienicznicy natomiast mogli liczyć swoje dochody w grubych tysiącach.

Zjeść, ubrać się i umyć

Ceny żywności, jakie można dziś znaleźć w zestawieniach statystycznych, bywają złudne, gdyż wiele produktów zmieniało znacząco swoją wartość w zależności od regionu kraju. Ponadto zakupy w delikatesach były oczywiście odpowiednio droższe niż na targowisku. Wedle danych z 1939 dla Warszawy kilogram mąki pszennej kosztował średnio 49 gr, ziemniaków – 10 gr, wołowiny – 1,53 zł, wieprzowiny – 1,52 zł, a słoniny – 1,58 zł. Za kilogram masła trzeba było zapłacić 3,98 zł, a za kilogram jaj (ok. 15 sztuk) – 1,51 zł. Litr mleka sprzedawano za 26 gr.

Witryna sklepu z owocami w Poznaniu, kwiecień 1934 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/8/5801/1, domena publiczna)

Uderzają szczególnie wysokie ceny tłuszczu zwierzęcego i mięsa. Jego spożywanie było przywilejem, na który wielu nie mogło sobie pozwolić. W domu nauczyciela i urzędnika mogło gościć na stołach dość często, ale już w mieszkaniach robotniczych rzadko, a czasami wręcz bardzo rzadko. W najbiedniejszych rodzinach widywano je najwyżej raz na rok.

Sklep spożywczy w Równem oraz stojący przed nim sprzedawca, luty 1934 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/8/5814/1, domena publiczna)

Posiłek poza domem mógł kosztować kilka groszy w budach na bazarze na placu Kercelego, ale w hotelu Victoria za danie obiadowe, na przykład za kaczkę po polsku, szczupaka albo kotlet drobiowy, trzeba było zapłacić powyżej 3 zł. Obiad dla dwóch osób składający się z dwóch zup, dwóch dań głównych i butelki wódki oznaczał wydatek rzędu 20–25 zł, czyli niemalże jedną piątą budżetu ubogiej rodziny robotniczej. Była to kwota trudna do przyjęcia także dla przeciętnego urzędnika. Oczywiście istniały również tańsze restauracje, które nie były prostymi budami z wyszynkiem i w których można było zjeść cały duży obiad w dwie osoby za 2–3 zł.

Poza jedzeniem trzeba było się ubrać, umyć i oporządzić i w tym zakresie ceny również były bardzo zróżnicowane, a istniejące statystyki dosyć ogólne. W 1937 roku mydło do prania kosztowało 1,30 zł za kilogram, kostka mydła toaletowego – 1 zł, a ręcznik bawełniany – 2 zł. Biała męska koszula oznaczała już wydatek 9,5 zł, a męskie półbuty – 24,66 zł. Ceny bardziej wytwornych ubrań było znacznie wyższe. Sukienki mogły kosztować zarówno 15 zł, jak i 150 zł, a nawet więcej. Podobnie garnitury czy buty, tym bardziej, że często były szyte na miarę przez krawców i szewców, którzy dyktowali własne, wysokie ceny.

Tramwaje i samochody

Życie i praca w mieście często wymagały dojazdów. A najważniejszy był oczywiście transport publiczny. Za przejechanie kilometra tramwajem płaciło się w stolicy 15 gr, za dwa kilometry – 20 gr, a za trzy kilometry – 25 gr. Bilet miesięczny kosztował od 15 zł do 22 zł w zależości od liczby linii, którymi można było dzięki niemu jeździć. Okazuje się zatem, że nawet jeśli zarabiało się te 350 złotych miesięcznie, to opłaty za czynsz, transport i ubrania stanowiły znaczącą część budżetu. Nic zatem dziwnego, że automobile były poza zasięgiem zdecydowanej większości mieszkańców kraju.

Ceny samochodów zaczynały się na poziomie 3800 zł (Fiat 500), a średnio zawierały się w przedziale od 4500 zł do 6000 zł (Polski Fiat, Skoda, Opel). Tatry, lancie, fiaty 1500 czy vauxhalle kosztowały od 7000 w górę. Do tego dochodziły jeszcze koszty utrzymania i paliwa – za litr benzyny trzeba było zapłacić 68 gr. Wyprawa z Warszawy nad morze przy ówczesnych niedoskonałych silnikach mogła okazać się nie lada wydatkiem, na który mogli sobie pozwolić tylko nieliczni, nawet jeśli posiadali te najtańsze samochody.

Pokaz i konkurs piękności samochodów zorganizowany przez Automobilklub Polski w parku im. Ignacego Jana Paderewskiego w Warszawie. Prezes Automobilklubu Polskiego hrabia Karol Raczyński dekoruje samochód CWS (Centralne Warsztaty Samochodowe), 10 maja 1931 r. (fot. Jan Binek, Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/14/2856/5, domena publiczna)

Rozrywki i wakacje

Do najtańszych rozrywek należało kino, na które mógł sobie pozwolić prawie każdy – bilet na seans kosztował do 40 gr, a wejściówki do teatru były niewiele droższe. Ale już kupno radioodbiornika wymagało wydatku rzędu 200 zł, co było poza zasięgiem większości mieszkańców kraju.

Podobnie niedostępne były wycieczki, zwłaszcza zagraniczne. Sporym wydatkiem były już ceny biletów lotniczych: z Okęcia do Paryża leciało się za 300 zł, do Amsterdamu za 233 zł, do Berlina za 133 zł, do Lwowa za 50 zł. Do tego trzeba oczywiście doliczyć hotel i wyżywienie na miejscu. Podróże z rodzimym biurem podróży Orbis też nie były tanie: wyprawa po fiordach Norwegii to koszt wysokości 850–1350 zł.

Zabawa na plaży w Gdyni, 1938–1939 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/9/1180/14, domena publiczna)

Bardziej przystępne były wycieczki krajowe. Na dwutygodniowy urlop w Zakopanem można było pojechać już za 80 zł od osoby. W przypadku stancji albo wyjazdu w mniej turystyczny rejon kraju, jak Polesie, koszt był jeszcze niższy. Rodzina urzędnicza mogła sobie pozwolić na wakacje w kraju, a nawet na zagraniczną wycieczkę do jednego z tańszych państw, na przykład do Jugosławii, co kosztowało od 330 zł do 500 zł. Profesor mógł natomiast zabrać bliskich za granicę w ciekawsze miejsca.

***

Po powyższym zestawieniu widać, że biedniejsi mieszkańcy kraju mogli sobie pozwolić na znacznie mniej niż współcześnie. Byli skazani na kupowanie dóbr gorszej jakości, a możliwości korzystania z jakichkolwiek rozrywek i przyjemności mieli bardzo ograniczone. De facto rodzina robotnicza nie mogła sobie pozwolić na nic innego poza przeżyciem. A mówimy tu o osobach pracujących, podczas gdy w przedwojennej Polsce żyły jeszcze całe rzesze bezrobotnych.

Bibliografia

 

  • Bilety i taryfa, [w:] Zarząd Transportu Miejskiego w Warszawie, [dostęp: 27 lipca 2019], <https://www.ztm.waw.pl/historia.php?i=12&c=83&l=1>.
  • Mały Rocznik Statystyczny, Główny Urząd Statystyczny, Warszawa 1939.
  • Statystyka Cen 1937, Seria C, Zeszyt 96, Warszaw 1938.
  • Wycieczki morskie 1937, Warszawa 1937.