Komunistyczna Partia Polski zagrażała nie tylko ładowi społecznemu, ale również wszystkim organizacjom, które nie podzielały jej stanowiska. Ofiarami jej ataków padali przedstawiciele władzy, ale również opozycjoniści od lewa do prawa.

Terror był integralną częścią aktywności politycznej prowadzonej przez KPP (do 1925 roku Komunistyczna Partia Robotnicza Polski). Inaczej niż inne partie – czy to prawicowe, czy to lewicowe (z wyjątkiem nacjonalistów w późnych latach trzydziestych) – komuniści zakładali, że zmiany ustrojowe mogą nastąpić tylko na drodze rewolucji, która jako jednego ze swoich narzędzi używa terroru.

List gończy wystawiony przez kontrwywiad wojskowy za jednym z założycieli KPRP Maksymilianem Horwitzem w 1920 r. (ze zbiorów Centralnego Archiwum Wojskowego, domena publiczna)

Działalność dywersyjną podejmowali od początku istnienia partii, na przykład we wrześniu 1920 roku aresztowano Henryka Steina vel Rosemala, który szmuglował działaczy komunistycznych z Niemiec do Polski. Wcześniej, w latach 1918–1919, prężna komórka komunistyczna tworzyła czerwona gwardię w Zagłębiu Dąbrowskim. Nie dziwi zatem, że rząd w Warszawie szybko zdelegalizował Komunistyczną Partię Robotniczą, zwłaszcza że tuż po odzyskaniu niepodległości największym zagrożeniem dla kraju była sowiecka Rosja.

Piąta kolumna

Komuniści nawet nie kryli tego, że są piątą kolumną, która dąży do przejęcia władzy i włączenia Polski do państwa rządzonego przez Lenina. Rzeczpospolita była ich zdaniem „bękartem” pokoju wersalskiego i jako taka powinna zniknąć z mapy jako część komunistycznego imperium. KPRP w czasie wojny polsko-bolszewickiej zajmowała się sabotażem mającym na celu osłabienie państwa polskiego, stąd nie dziwią liczne egzekucje, jakie przeprowadziły polskie wojsko i policja na działaczach partyjnych.

Pomnik na grobie policjantów poległych w czasie ataku komunistycznych dywersantów na Stołpce (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-U-5969, domena publiczna)

Przegrana wojna polsko-bolszewicka nie stłumiła zapędów komunistów. Wręcz przeciwnie, stawali się oni coraz bardziej zuchwali i gotowi do coraz to nowych aktów terroru. Ze względów geograficznych oczywistym miejscem, w który rozpoczynali swoją działalność, były Kresy. Zarówno Wołyń, jak i Polesie stały się areną starć między polskim siłami, a komunistami. Rokrocznie dochodziło do licznych ataków na polskich ziemian i siedziby władz administracyjnych. Ile dokładnie tych ataków było – nie wiadomo. Jednym z największych był atak na Stołpce, w czasie którego komuniści prawie opanowali kresowe miasteczko.

Walka z socjalistami

Przed wojną roku 1920 w szeregach czerwonej gwardii w Warszawie znajdowało się do 1000 działaczy. Oczywiście nie każdy z nich zajmował się działalnością terrorystyczną, znaczna część prowadziła agitację, kolportowała wyjątkowo liczne ulotki itp. Mieli oni również wielu zwolenników wśród intelektualistów, dla których idee komunistyczne wydawały się być kuszące, stanowiły alternatywę dla otaczającego ich świata. Wśród nich znaleźli się między innymi Władysław Broniewski i Aleksander Wat.

W dużych miastach największym przeciwnikiem komunistów nie byli nawet przedstawiciele władzy czy szeroko rozumiani burżuje i kapitaliści, ale socjaliści. KPP walczyła o względy robotników z Polską Patrią Socjalistyczną. Starcia między tymi dwoma siłami nie należały do rzadkości, szczególnie że największa z lewicowych partii – chociaż sama nie sięgała po terror – posiadała liczne bojówki, które potrafiły odeprzeć ataki przeciwników.

Pepeesowski pochód pierwszomajowy w Warszawie w 1931 r. W tle widoczna ciężarówka z bojówkarzami partyjnymi (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-P-2724-1, domena publiczna)

Jednym z punktów zapalnych były marsze pierwszomajowe, będące wielkim świętem socjalizmu. W 1926 roku komuniści usilnie próbowali dołączyć do pochodu, odpychali ich jednak bojówkarze PPS (wówczas pod przewodnictwem niejakiego Taty Tasiemki, króla Kercelaka). Z obu stron padły strzały, zginęły cztery osoby. Obserwatorzy byli zgodni, że odpowiedzialność za całe zajście ponosili kapepowcy.

Rok 1926 nie był jedynym, w którym miały miejsce podobne starcia. Dwa lata później doszło do jednej największych tego typu potyczek, kiedy to komuniści zaatakowali ciężarówki z jadącymi na nich działaczami PPS. Zabito łącznie osiem osób, rannych zostało aż dwieście. Mniejsze lub większe utarczki trwały na terenie całego kraju bez przerwy. Do tego komuniści często zarzucali socjalistom zdradzę ideałów. Na przykład w 1923 roku w Krakowie, kiedy doszło do starć robotników z wojskiem, kapepowcy chcieli kontynuować walkę (pomimo już i tak wysokiego bilansu zabitych wynoszącego 32 osoby), tymczasem PPS zdecydował się na rozejm i bojowników, dzięki czemu zatrzymał rzeź.

Wojna podjazdowa między komunistami a socjalistami trwała nieprzerwanie do czasu aż KPP została zniszczona przez komunistyczną centralę w Rosji. Ataki na PPS i inne lewicowe ugrupowania były zjawiskiem stałym, ale relatywnie mało spektakularnym. KPP „zasłynęła” z trzech innych akcji.

Wybuchowy rok 1923

Zdjęcia przedstawiające (od góry): 1. Wydobywanie ciał spod gruzów po wybuchu w Cytadeli Warszawskiej. 2. Transport zwłok do prosektorium. 3. Sekcję zwłok w szpitalu ujazdowskim (fot. „Ilustrowane Życie Polskie”, nr 3, 20 października 1923 r. Ze zbiorów Biblioteki Głównej KUL, sygn. V-4894, domena publiczna)

Działania komunistów nie zawsze były w pełni skoordynowane i sprawnie zorganizowane. Przykładem tego może być seria ataków bombowych przeprowadzonych w Krakowie i Warszawie wiosną 1923 roku. Do redakcji czasopism żydowskich i warszawskich gazet oraz siedziby rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego wysłano wybuchające paczki. Nieco później, 24 maja, na Uniwersytecie Warszawskim eksplodowała kolejna bomba, która zabiła prof. Romana Orzęckiego.

Badacze wskazują, że wszystko to był jedynie wstęp do znacznie szerszych działań – zamachów na dostojników państwowych. Ostatecznie plany te nie doszły do skutku, między innymi dzięki działaniu polskiego kontrwywiadu, który rozbił grupę mającą przeprowadzić ataki. Mimo to 13 października 1923 roku Warszawą wstrząsnęła olbrzymia eksplozja. O godzinie 9.00 jeden z oficerów zobaczył smużkę czarnego dymu unoszącą się nad prochownią w Cytadeli Warszawskiej, gdzie przechowywano proch do artylerii ciężkiego kalibru. Żołnierz szybko ocenił zagrożenie i natychmiast wydał rozkaz, by wszyscy obecni w pobliżu schronili się w okolicznych budynkach.

Chwilę później nastąpił wybuch, po którym w znacznej części przyległych do cytadeli domów zleciały dachy, a szyby wypadły z okien nawet na Starym Mieście i Muranowie. W okolicy zapanowała panika, którą dopiero z czasem udało się uspokoić. Na Cytadeli zbiegli się strażacy, sanitariusze, przypadkowi przechodnie i studenci uniwersytetu Warszawskiego, by ratować rannych. Skala zniszczeń była duża, ale byłaby znacznie większa, gdyby nie odpowiednia konstrukcja prochowni, która została częściowo wkopana w ziemię. Niemniej bilans ofiar i tak był straszny, 28 osób zginęło, a 100 zostało rannych. W większości były to rodziny żołnierzy stacjonujących w twierdzy.

Śledztwo wykazało, że w sprawę zamieszani byli dwaj już wcześniej aresztowani oficerowie: Walery Bagiński i Antoni Wieczorkiewicz. Obydwaj należeli do komunistycznej siatki i trafili za kratki oskarżeni o wysłanie paczek z bombami w maju 1923 roku. Po wybuchu na Cytadeli otrzymali nowe zarzuty. Nie wiadomo, ilu mieli współpracowników. Oczywistym było, że nie mogli przeprowadzić operacji samodzielnie, jednak nie wytropiono ich towarzyszy. Obaj sprawcy zostali skazani na śmierć, ale ostatecznie wyrok zamieniono im na 15 lat więzienia. W 1925 roku mieli zostać wymienieni na więźniów sowieckich, ale eskortujący ich strażnik dokonał samosądu i ich zastrzelił.

Proces Józefa Muraszki o zabójstwo komunistów Walerego Bagińskiego i Antoniego Wieczorkiewicza. Oskarżony eskortowany z więzienia na salę rozpraw w Sądzie Okręgowym w Nowogródku, sierpień 1925 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-B-622-1, domena publiczna)

Strzały w Warszawie

Niekiedy akcje komunistów przypominały wręcz sceny z gangsterskich filmów. Tak było 17 lipca 1925 roku, kiedy trzech z nich urządziło krwawy rajd przez Warszawę. Zamachowcy – Władysław Hibner, Władysław Kniewski i Henryk Rutkowski z KPP – mieli wykonać egzekucję wywiadowcy policyjnego Józefa Cechnowskiego. W tym celu udali się na ulicę Zgoda wyposażeni w aż pięć pistoletów i dwanaście zapasowych magazynków. Byli gotowi na wiele.

Na miejscu zainteresowało się nimi dwóch policyjnych wywiadowców, Klimasiński i Lesiński, którzy chcieli odprowadzić dziwnie zachowujących się mężczyzn na posterunek. Ci nie zamierzali na to pozwolić i dobyli broni. Lesiński padł ranny, jego towarzysz odpowiedział ogniem. Świadkowie wpadli w panikę, z której próbowali skorzystać komuniści, by uciec. Odgłosy walki ściągnęły policję konną, która starała się powtrzymać zamachowców. Bandyci uchodzili, ostrzeliwując się – jeden z nich robił to w iście westernowym stylu, strzelając z dwóch pistoletów jednocześnie. Terroryści rozdzielili się: dwóch biegło Chmielną w kierunku Marszałkowskiej, trzeci w stronę Alei Jerozolimskich.

Patrol policji konnej (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-P-2742, domena publiczna)

Policja ruszyła w pościg. Jeden ze sprawców, Władysław Kniewski, został postrzelony na ulicy Widok pod numerem 10, ale pomimo ran trafił jeszcze konia jednego z policjantów. Pozostali mężczyźni dotarli do ulicy Żelaznej i cały czas się ostrzeliwali – ranili tam urzędnika Kochniaka. Tam też przypadkowy przechodzień, Gurewicz, próbował powtrzymać jednego z bandytów, ale sam został postrzelony. Pistoletowy ogień nie ustawał, a jedna z kul ugodziła śmiertelnie studenta Kempner. Komuniści wskoczyli do dorożki, którą porwali, ale ta wkrótce się rozpadła i bandyci skryli się w składzie węgla Borkowskiego, gdzie zostali otoczeni i pojmani.

Ostatecznie w czasie tego szaleńczego rajdu dwie osoby straciły życie, dwie zostały ciężko ranne, a kilkanaście lekko. Trzej komuniści zostali natomiast straceni 31 sierpnia 1925 roku. W Polsce Ludowej zrobiono z nich bohaterów.

Skład węgla przy ul. Żelaznej 21 w Warszawie. Oględziny miejsca pojmania Władysława Hibnera i Henryka Rutkowskiego (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-P-68, domena publiczna)

***

Wkrótce nastąpił koniec komunistycznego terroru. Polskie władze zwalczały go coraz energiczniej i skuteczniej, a sama partia komunistyczna przeżyła kryzys. Stalin zaczął wprowadzać nowe zasady, które w ostatecznym rozrachunku doprowadziły do czystki w szeregach ugrupowania. Jak na ironię, przetrwali je ci, którzy mieli szczęście znajdować się w polskich więzieniach.

Bibliografia

  • Komuniści w międzywojennej Warszawie, pod red. Elżbiety Kowalczyk, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2014.
  • Andrzej Krzak, Terrorystyczna i wywrotowa działalność organizacji komunistycznych w Polsce w latach 1921–1939, „Przegląd Bezpieczeństwa Wewnętrznego”, r. 2010, nr 2, s. 60–76.
  • Krystyna Trembicka, Między utopią a rzeczywistością. Myśl polityczna Komunistycznej Partii Polski (1918–1938), Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2007.