Facebook-icon
Hrabia Tytus

Maniery naszych pradziadków, czyli przedwojenny savoir-vivre

Wciąż słychać czasem narzekania na upadek dobrego wychowania i postulaty powrotu do starych reguł towarzyskich – bardziej poukładanych i eleganckich. Czy dawne obyczaje przystają jednak do współczesności? Z pewnością mogą nas nauczyć, jak bardzo zmienił się świat w czasie minionych stu lat.

Zasady dobrego wychowania, podobnie jak moda, podlegały zawsze licznym zmianom. Niegdysiejsze obyczaje z czasem przestają być cenione, szczególnie gdy stają się zupełnie nieaktualne. Można wówczas zostać z nimi jak Rzecki z „Lalki” z jego niemodnym surdutem z początku XIX wieku.

Pocałunek w dłoń na powitanie już w dwudziestoleciu międzywojennym uważany był przez niektórych za staromodny i niewłaściwy. Na ilustracji „pocałunek polski” – figurka z miśnieńskiej porcelany wg projektu Johanna Joachima Kändlera (ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie, nr inw. 158150 MNW)

Wiele zachowań polecanych niegdyś w poradnikach było ściśle związanych z ówczesnym stanem rozwoju technologicznego. Niektóre z reguł są już dzisiaj zupełnie nieaktualne, inne wydają się tak oczywiste, że może aż dziwić, że trzeba było je wskazywać jako dobre maniery. Wpływ czasów i miejsca na zasady dobrych obyczajów dostrzegali zresztą autorzy poświęconych im poradników. W „Dobrym wychowaniu na co dzień” pisała autorka:

Więc weźmy za przykład nasz uświęcony tradycją pocałunek ręki, będący zwykłem przywitaniem poprawnego mężczyzny z kobietą, której nie ma powodu nie szanować. W większości krajów zachodnio-europejskich pocałunek taki uchodzi za przesadną galanterję, graniczącą ze zmanierowaniem, za przeżytek średniowiecza, wreszcie za karygodną poufałość.

Czy dżentelmen może mieć ponurą minę?

Jaki powinien być dżentelmen? Na zdjęciu Jerzy Duszyński w sztuce „Jim strzela pierwszy”, Teatr Syrena, 1959 r. (fot. Edward Hartwig, Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 42-X-320-3)

Nienaganne maniery oznaczały zdystansowanie wobec świata i unikanie podążania za tanią podnietą, co dzisiaj nie zawsze jest rozumiane. Jak czytamy w poradniku „Człowiek dobrze wychowany, czyli wskazówki odpowiedniego zachowania się w domu i w towarzystwie” z roku 1917:

Człowiek dobrze wychowany nie powinien również brać udziału w zbiegowiskach ulicznych, w kłótniach pospólstwa, jak również nie odwiedzać lokalów pokątnych, mających złą opinię. W takich razach zawsze nas ktoś ze znajomych zobaczy, zacznie o tem rozpowiadać, uwagi swoje robić, skutkiem tego będą nas w dobrem towarzystwie gorzej przyjmowali, pożądani prawdziwie ludzie zobojętnieją dla nas, a często taka bytność w nieodpowiednim lokalu pozbawi nas szczęścia całego życia.

Uwydatnia się tutaj tendencja do łączenia dobrego wychowania ze statusem materialnym i społecznym. Bycie dżetlemenem i damą to nie tylko ogłada, ale również odpowiednie towarzystwo. Zdarzały się też inne, zaskakujące zalecenia.

Nie marszcz czoła, ani nosa, ale na twarzy twej niech się maluje i zdradza spokój, pogoda, łagodność z powagą. Pamiętaj, że aby spojrzenie twe i twarz wzbudzała przyjemne uczucie i poszanowanie w innych, powinieneś się starać, by dusza twa ukochała to, co jest dobrem, a brzydziła się jak najwięcej wszelką myślą, i żądzą występną. Wejrzenie bowiem i oblicze są najczęściej odbiciem duszy.

Chyba trudno się dzisiaj zgodzić, że do dobrego wychowania należy zawsze zachowanie pogody ducha. W tym konkretnym przypadku kodeks napisał duchowny, co wyjaśnia, dlaczego połączył zasady właściwego zachowania w towarzystwie z umiłowaniem dobra.

Higiena – rzecz nieoczywista

Budowa wodociągu i kanalizacji w Łodzi, maj 1938 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-G-6601-4, domena publiczna)

Czuwaj, aby bielizna twoja zawsze była czysta. Czysta bielizna przyczynia się do zdrowia naszego ciała” – dziś taka porada wydaje się wręcz absurdalna, daniej jednak kwestie związane z higieną nie były tak oczywiste i wielu nawet dobrze wychowanych ludzi o nią nie dbało. Często było to związane z problemami natury mieszkaniowej. Na przykład w Łodzi, gdzie kanalizacji bardzo długo nie było prawie wcale, pranie i regularne mycie się nie były postrzegane jako sprawy pierwszej potrzeby.

Podobnie było na prowincji, a nawet we dworach szlacheckich, gdzie z różnych przyczyn dbanie o higienę było trudne. Aby nie być gołosłownym, warto przytoczyć wspomnienia z dzieciństwa Heleny Ostrowskiej wywodzącej się z arystokratycznego rodu Tyszkiewiczów:

Kanalizacji w budynkach nie było. Latem uważano to za zbyteczne, kąpiel morska wystarczała, zresztą, kto pragnął gorącej kąpieli, mógł ją znaleźć w budynku dla publiczności przyjezdnej. Inne potrzeby konieczne załatwiało się w budkach ukrytych w krzakach.

Innym przykładem zachowania należącego niegdyś do dobrego tonu, które dzisiaj na pewno nie byłoby za takie uważane, jest spluwanie do spluwaczki:

Nie obracaj się w towarzystwie tyłem do innych, nie kichaj, nie spluwaj przed nimi, kichając, odwróć się na stronę i nos chustką zasłoń; spluwaj w piaseczniczkę (a gdy tej nie ma w chustkę), nigdy zaś na posadzkę lub dywan.

Spluwaczki to na swój sposób fascynujące wynalazki będące niegdyś znakiem cywilizacyjnego postępu, przez wieki bowiem plucie, nawet przy stole, nie było niczym niezwykłym i nie spotykało się z potępieniem. Zmienił to tytoń do żucia, którego wypluwanie było już zupełnie nieestetyczne.

I tak w XIX wieku spluwaczki wkroczyły na salony – najpierw we dworach, a potem już wszędzie. Były obecne w domach mieszczańskich, pubach, restauracjach, wagonach kolejowych i szkolnych klasach. Dopiero rozwój świadomości w zakresie stwarzanego przez nie zagrożenia epidemiologicznego ograniczył ich popularność. Początek ich końca nastąpił w 1918 roku wraz z grypą zwaną hiszpanką.

Poczekalnia na dworcu kolejowym w Grudziądzu. Z prawej widoczna spluwaczka i umywalka, 1925–1937 r. (fot. Franciszek Lewandowski, Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-G-3631-2, domena publiczna)

Wystawny umiar

Po wojnie oszczędności były konieczne w wielu domach, również tych zamożniejszych. Na ilustracji okładka poradnika „Dom oszczędny” z 1921 r.

I wojna światowa przyniosła duże zmiany w zakresie obyczajów i w realiów życia codzinnego, o czym wspomina Marzenna Saryusz-Stokowska w poradniku „Co, kiedy, jak i z kim” z 1937 roku: „Pamiętać trzeba, że kroczymy po linii odmiennej, niż przed wojną. Dawniej gościnność wypowiadała się nadmiarem jadła i napoju – dzisiaj wszelki nadmiar jest uważany raczej za brak, niż za ostatnie słowo dobrego tonu”. Choć autorka zdaje się mieć świadomość przeobrażeń społecznych i kryzysu, który kazał ograniczać wydatki, to jednak proponowane przez nią menu obiadowe do najskromniejszych raczej nie należą:

Obiad musi pozostać obiadem, składającym się z zupy, uświęconych zwyczajem dań rybnych, mięsnych i dań słodkich. Przed obiadem podaje się zakąski. Podaję poniżej zestawienie obiadów:
1. Zupa hiszpańska. Sandacz duszony w winie. Bażant z sałatą albo borówkami. Legumina z kasztanów albo bita śmietana z kasztanami i konfiturami. Czarna kawa.
2. Zupa z główki cielęcej na wzór żółwiowej. Ryba z wody – sos holenderski – ziemniaki z masłem, sos holenderski. Kapłony albo pulardy pieczone z kompotem. Tort z palonych migdałów.
3. Zupa z raków czysta [czyli niezabielana – P.Rz.]. Pieczarki faszerowane w sosie maderowym. Combry zajęcze. Melba z brzoskwiniami.
4. Zupa Ox-Tail (na ogonach wołowych).Węgorz w galarecie. Dzikie kaczki (cyranki) – szpilkowane słoninką z sałatą. Macédoine [sałatka – P.Rz.] z surowych owoców.

Służba – prawdziwy krzyż pański

Również dzisiejsze stosunki społeczne bardzo zmieniły się w stosunku do czasów przedwojennych, kiedy powszechne było w Polsce posiadanie służby. Nie było to jednak dowodem dostatku, lecz ubóstwa i istotnego zapóźnienia technologicznego. W II Rzeczpospolitej służba była tańsza niż sprzęty domowe – stąd jej popularność – ale stwarzała wiele problemów:

Przyjęcia nie dadzą się wprost pomyśleć bez wyszkolonej odpowiednio służby, a tymczasem w domach klasy średniej przeważa typ służącej do wszystkiego, z którym zwłaszcza pierwsze jej pracodawczynie mają prawdziwy krzyż pański, zanim go wyszkolą. Do obowiązku zgłaszają się dziewczęta jako materiał zupełnie surowy, którą trzeba zacząć uczyć od a b c ich obowiązków i dobrze się natrudzić, zanim nabędą jakiego takiego szlifu służbowego. Trudno pojąć, dlaczego zawód, od którego zależy ład i spokój w domu, a co najważniejsze: zdrowie rodziny, – nie jest objęty przymusem fachowego szkolenia.

O kłopotach ze służbą wspomina też autorka „Co, kiedy, jak i z kim”:

Rzeczą gospodarzy będzie oprócz połączenia towarzystwa, zatuszowanie czyjegoś nietaktu, zbagatelizowanie drobnych incydentów gospodar skich, zdarzających się stosunkowo często przy niezbyt wyszkolonej służbie. Incydenty te nie przemilczane, a przeciwnie podkreślane, urasta ją często do groteskowych rozmiarów.

[…]

Służba, zwłaszcza wynajęta, nie może mieć w czasie przyjęcia wolnego dostępu do alkoholu, bo to kończy to zazwyczaj bardzo smutnie.

Budynek dla służby przy dworze w Pikieliszkach (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-U-4748-3, domena publiczna)

Kobieta idealna

Sposób, w jaki poradniki dobrego wychowania traktowały kobiety, zasługuje na osobne opracowanie. Wyłaniającym się z nich ideałem była niewiasta skromna w relacjach towarzyskich, zdana na swojego partnera, ale zarazem zaradna w sprawach gospodarskich.

Idealna kobieta epoki międzywojnia: skromna i komunikująca swe uczucia za pomocą wachlarza. Na ilustracji pocztówka z 1923 r. (Biblioteka Narodowa, sygn. DŻS XII 8b/p, domena publiczna)

Oczywiście również w tym zakresie zachodziły z biegiem czasu pewne zmiany, m.in. za sprawą coraz częstszego podejmowania przez kobiety pracy biurowej. Ciekawym tego przykładem może być kwestia omówiona na łamach skierowanego do pań czasopisma „Bluszcz”:

Skrzynka do listów „ Bluszczu” wciąż jest pełna rozżalonych epistoł od żon młodszych oficerów, protestujących przeciwko stosowanem do nich tytułowi porucznikowych, a jeszcze bardziej przeciwko obowiązkowi tytułowania jenerałowej – jenerałową. Żale te przeważnie są bardzo zabawne, gdyż młode panie, odwołując się «do demokratycznego ducha czasu», z którym to tytułowanie ma być niezgodne, wykazują zarazem zgoła niedemokratyczną tytułów tych pożądliwość.

Zaznaczając, iż niesprawiedliwem jest, aby jedna z pań korzystała z tytułu wyższego niż druga, choć się przecie obie w niczem do zdobycia rang mężowskich nie przyczyniły – nie mają racji. Karjera męża jest zawsze w znacznej mierze zasługą żony: jej umiejętności życia z ludźmi, towarzyskiego taktu, zdolności reprezentacyjnych, a nade wszystko przedziwnego talentu usuwania się w cień wtedy, kiedy tego zachodzi potrzeba.

Mowa kwiatów i wachlarzy

Warto zatrzymać się jeszcze przy dwóch niuansach życia towarzyskiego, czyli bardzo popularnej niegdyś mowie kwiatów oraz znakach dawanych wachlarzem. Pierwsza z nich była systemem ogólnie przyjętych i znanych kodów umożliwiających porozumiewanie się bez słów. I tak na przykład ofiarowanie komuś tulipana oznaczało: „W głowie i sercu masz pusto”, astry zaś mówiły: „Nie mam odpowiedzi”. Kiedy chciało się powiedzieć zalotnikowi, aby zrezygnował, wysłyłało mu się kwiaty koniczyny, a żeby wytknąć mu pychę – maki. Z kolei kwiat pietruszki pozwalał postraszyć staropanieństwem.

Jeszcze bardziej rozbudowany był system znaków dawanych przy pomocy wachlarza. I tak autor jednego z poradników instruował: „Jestem Ci wzajemną – Rozłożyć wachlarz na kolanach. Pocałuj mnie – Dotknąć ust wachlarzem. Czy mogę mieć nadzieję? – Wachlarz prędko rozłożyć. Jesteś moim ideałem – Dotknąć ustami wachlarza”. Komunikacja tego typu była popularna w kręgach high life’u, wymagała bowiem co najmniej małego balu.

 

***

Stare podręczniki dobrych manier pozwalają dostrzec, jak bardzo zmienił się świat od czasu ich wydania. Zmiany społeczne i gospodarcze powodowały odchodzenie od niektórych prawideł, podobnie jak np. nowe odkrycia w dziedzinie medycyny. Pokazują też, że przedwojenne pojęcie skromności nie oznaczało tego samego, co dziś.

Bibliografia

  • Konstancja Chojnacka, Współżycie z ludźmi. Kodeks towarzyski, Nakład i druk A. Krzycki, zakłady wydawnicze, Żnin 1939.
  • Jadwiga Kiewnarska, Dobre wychowanie na codzień, Wydawnictwo Polskie R. Wegnera, Poznań 1931.
  • Jan Mikusiński, Kodeks towarzyski, Towarzystwo św. Michała Archanioła, Miejsce Piastowe 1931.
  • Marzenna Saryusz-Stokowska Co kiedy, jak i z kim, nakładem ilustrowanego dwutygodnika kobiecego „Moja Przyjaciółka”, Żnin 1937.
  • Maciej Smoleński, Prawidła przyzwoitości i skromności dla młodzieży chrześcijańskiej, nakładem autore, Tarnów 1883.
Udostępnij

Paweł Rzewuski

Filozof i historyk, doktorant w Instytucie Filozofii UW. Interesuje się historią społeczną II RP.