W 2015 roku jeden z karteli zestrzelił wojskowy śmigłowiec. Kartel z Zatoki i Los Zetas miały swoich „rzeczników prasowych” cenzurujących publikacje pod groźbą śmierci. 30 mld narkodolarów uratowało zapewne meksykański sektor bankowy. Jak meksykańskie kartele narkotykowe doszły do takiej potęgi?

Cała historia zaczyna się na początku XX wieku. Opium, kokaina czy marihuana były wówczas w USA (i właściwie na całym świecie) całkowicie legalne. Oczywiście rodziło to problem z uzależnieniem szerokiej grupy osób, jednak wobec łatwej dostępności i niskiej ceny narkotyków nie prowadziło to do wzrostu przestępczości.

Eurocopter EC725 Super Cougar należący do brazylijskich sił powietrznych. Śmigłowiec tego typu został zestrzelony przez członków Kartelu z Jalisco 1 maja 2015 r. (fot. André Gustavo Stumpf, CC BY 2.0)

Sytuacja zmieniła się wraz ze stopniową delegalizacją opium, a potem kokainy i morfiny (chodzi oczywiście o użycie pozamedyczne). Istnienie licznej grupy uzależnionych spowodowało błyskawiczny wzrost cen zakazanych substancji. Kilogram heroiny można było kupić u producenta w Europie za 2000 dolarów i sprzedać w Nowym Jorku za 300 000 dolarów. Oczywiście natychmiast wykorzystali to przestępcy zachęceni oszałamiającymi zyskami.

W kwestii przestępczości narkotykowej te USA są ściśle powiązane z Meksykiem. Stany Zjednoczone, jako kraj ludny i bogaty, jest odbiorcą nielegalnych substancji, a jego południowy sąsiad ich producentem. Takiemu układowi sprzyja słabość państwowych struktur Meksyku, często niebędących w stanie wyegzekwować prawa. Niemałe znaczenie ma też ukształtowanie wspólnej granicy, która liczy sobie 3169 km i biegnie w dużej części przez pustkowia, co ułatwia jej nielegalne przekraczanie.

Początek walki z narkotykami w Meksyku

Jeśli chodzi o politykę narkotykową, a konkretnie stopniowe wprowadzanie prohibicji, Meksyk nie odbiegał od światowych standardów. W konstytucji z 1917 roku wprowadzono możliwość zakazania substancji psychoaktywnych, a w kolejnym roku powołano agencję, której zadaniem była kontrola przestrzegania prawa w tym zakresie.

Sok mleczny wyciekający z naciętej makówki – surowiec do produkcji opium (fot. KGM007, domena publiczna)

Lata dwudzieste to okres walki z narkotykami, których zażywanie miało prowadzić wedle rządzącej elity do degeneracji narodu. W 1931 roku przemyt i konsumpcja zakazanych substancji stały się przestępstwami federalnymi.

Wszystko to były jednak w dużej mierze działania podejmowane na pokaz przez administrację centralną. Na lokalnym poziomie producenci i przemytnicy narkotyków często współpracowali z władzami, co przynosiło korzyści obu stronom. Politycy zyskiwali pieniądze z łapówek, a przestępcy zapewniali sobie spokój, a czasem także współpracę miejscowej policji.

W latach trzydziestych jedyną istotną zmianę przyniosło nałożenie wysokich podatków na uprawy marihuany w USA, co oznaczało jej faktyczną delegalizację i powstanie czarnego rynku. Co ciekawe, już wówczas zdawano sobie sprawę, że polityka prohibicji nie rozwiązuje żadnych problemów, a tworzy wiele nowych. W 1938 roku Leopold Salazar Viniegra opublikował artykuł, w którym proponował rozwiązania zbliżone do współczesnych, tzn. wprowadzenie państwowego monopolu na sprzedaż marihuany, pomoc uzależnionym i edukację.

Zmianę przyniosła II wojna światowa. Opium, wytwarzane w położonym na północy Meksyku stanie Sinaloa, stało się surowcem do przygotowywania morfiny potrzebnej amerykańskim żołnierzom walczącym w Europie. Możliwe, że rząd USA wpłynął na władze południowego sąsiada, by te przymknęły oko na nielegalne uprawy. Jednak wojna się skończyła, a opiaty dalej płynęły przez granicę.

Zajmujące się walką z narkotykami Procuraduría General de la República (Prokuratura Generalna Republiki) i Policía Judicial Federal (Federalna Policja Sądowa) zamiast zwalczać przestępczość, przeniosły na poziom centralny praktyki władz lokalnych. W zamian za łapówki i zachowanie względnego spokoju nie przeszkadzała w prowadzeniu nielegalnego biznesu.

Kartele narkotykowe początki

Centralizacja polityki antynarkotykowej, a także sporadyczne akcje w rodzaju niszczenia plantacji maku w latach pięćdziesiątych, wymusiły na przemytnikach i plantatorach utworzenie większych organizacji – o krajowym, a nie tylko lokalnym zasięgu. Takie były początki meksykańskich karteli narkotykowych. Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte to czas rozwoju narkobiznesu. Moda na marihuanę przyniosła milionowe zyski i rozszerzenie upraw na stany Durango, Jalisco, Oaxaca i Guerreo. W 1975 roku 95% marihuany w USA pochodziło z Meksyku.

Marihuana: suszony kwiatostan konopi (fot. Cannabis Pictures, CC BY 2.0)

Innym wydarzeniem, które przyczyniło się zwiększenia zysków i wpływów karteli, była likwidacja tzw. „francuskiego połączenia”. W ramach tego procederu w Turcji kupowano opium, przemycano je do Marsylii, gdzie wytwarzano z niego heroinę, by potem dostarczyć ją do Nowego Jorku. Seria aresztowań i czasowy zakaz upraw maku w Turcji zamknęły ten kanał przerzutu. Meksykańska heroina błyskawicznie zastąpiła turecką: w 1975 roku pokrywała między 70% a 90% zapotrzebowania w USA.

W latach siedemdziesiątych kartel z Guadalajary nawiązał współpracę z narkobaronami z Kolumbii celem zorganizowania trasy przemytu kokainy przez Meksyk, jednak w tamtym czasie nie miała ona dużego znaczenia. Zmieniło się to w kolejnej dekadzie. Prezydentem USA został Ronald Reagan, który zaostrzył politykę antynarkotykową. Specjalnie powołany w tym celu South Florida Task Force zlikwidował kanał przerzutu kokainy z Kolumbii przez Florydę, przez który szmuglowano większość tego narkotyku na amerykański rynek. Mniej istotny do tej pory szlak meksykański nagle stał się najważniejszy. Pablo Escobar trafił na listę najbogatszych ludzi na świecie, a przy nim bogacili się także jego partnerzy z kraju pierzastego węża.

Ronald Reagan zaostrzył politykę antynarkotykową, co przyczyniło się do wzrostu znaczenia meksykańskiego szlaku przerzutu kokainy do USA (fot. Billy Hathorn, CC0 1.0)

Trudny koniec XX wieku

Kryzys lat osiemdziesiątych, nazywanych w Meksyku La Década Perdida (stracona dekada), przyniósł zubożenie wielu grup społecznych. Lekarstwem na problemy gospodarcze miał być zwrot w kierunku neoliberalizmu. Państwo przestało subsydiować żywność, transport i energię, co spowodowało wzrost cen. Szczególnie boleśnie odczuli to mieszkańcy wsi. Sytuacji nie poprawiło wejście w życie w 1994 roku układu NAFTA, który wprowadził strefę wolnego handlu między USA, Meksykiem i Kanadą. Mało wydajne i przestarzałe meksykańskie rolnictwo nie miało szans wytrzymać konkurencji ze strony północnego sąsiada.

Konturowa mapa meksyku pokazująca obszary kraju kontrolowane przez poszczególne kartele narkotykowe
Rejony działania meksykańskich karteli narkotykowych (stan na maj 2010). Czerwony: Kartel z Tijuany, pomarańczowy: Kartel Beltrán Leyva, żółty: kartel z Sinaloi, brązowozielony: Kartel z Ciudad Juárez, zielony: kartel La Familia Michoacana, turkusowy: kartel El Golfo, niebieski: kartel Los Zetas (rys. Allstrak i Wnt, CC BY-SA 3.0)

Bezrobocie i bieda sprzyjały wzrostowi przestępczości, także tej związanej z narkotykami. Kartele mogły łatwo znaleźć „pracowników”, a wielu farmerów wolało uprawiać marihuanę i mak niż kukurydzę czy fasolę. Państwo zrezygnowało też z nieoficjalnej kontroli nad przemytem narkotyków, która do tej pory ograniczała skalę przemocy.

Innym wydarzeniem, które skomplikowało sytuację, było aresztowanie w 1989 roku Félixa Gallardo, szefa potężnego kartelu z Guadalajary. Z jednej dużej organizacji, mającej tylko niewielką konkurencję, powstało szereg mniejszych, zaciekle ze sobą rywalizujących. Były to: Kartel z Tijuany; któremu przewodzili kuzyni pojmanego Félixa Gallardo; Kartel z Sinaloi, kierowany Ismaela „El Mayo” Zambadę i słynnego „El Chapo”; Kartel z Sonory, który przypadł Miguelowi Caro Quintero. Prócz tego istotną rolę grał też Kartel z Ciudad Juárez pod dowództwem Amando Carillo Fuentesa i Kartel z Zatoki, które jednak nie wywodził się od Kartelu z Guadalajary.

Słabe i borykające się z wieloma problemami meksykańskie państwo miało coraz mniej narzędzi do kontroli coraz potężniejszego narkobiznesu. W 1993 roku łączne środki przeznaczone przez kartele na wypłaty dla pracowników wyniósł 460 milionów dolarów, więcej niż budżet prokuratury generalnej. W 1995 roku szacowano, że od 30% do 50% funkcjonariuszy Federalnej Policji Sądowej jest na usługach karteli.

Joaquín Guzmán Loera „El Chapo” w USA po ekstradycji z Meksyku, 19 stycznia 2017 (fot. Immigration and Customs Enforcement, domena publiczna)

W 1997 roku zmarł Amando Carillo Fuentes, nazywany Panem Niebios ze względu na wykorzystywanie samolotów to przemytu kolumbijskiej kokainy. Była to śmierć mocno nietypowa jak na szefa kartelu, zmarł on bowiem na stole operacyjnym w trakcie zabiegu, który miał zmienić rysy jego twarzy. Wydarzenie to rozpoczęło długą historię walk pomiędzy kartelami, nietrwałych sojuszy, zdrad, powstawania i upadku nowych organizacji. Opis całego tego procesu zdecydowanie przekracza ramy tego artykułu, a czasem jest wręcz niemożliwy, ponieważ narkobiznes jest oczywiście mało transparentny.

Rosnący popyt na substancje psychoaktywne w USA przynosił kartelom coraz większe zyski, co pozwalało na przekupienie niemal każdego funkcjonariusza państwowego. Meksyk końca XX wieku był pogrążony w marazmie. Wcześniej autorytarne rządy PRI kontrolowały w pewnym stopniu przestępczość poprzez skomplikowaną sieć wzajemnych zależności, ale w latach dziewięćdziesiątych rządząca partia była zbyt skupiona na utrzymaniu słabnącej władzy, by stawiać żądania potężnym baronom.

Meksykańscy żołnierze w czasie operacji antynarkotykowej w stanie Michoacán, 15 sierpnia 2007 r. (fot. Diego Fernández, domena publiczna)

Trwająca do dziś wojna przeciw narkotykom zaczęła się na przełomie stuleci. Deklaracje takie jak ogłoszenie w 2001 roku przez prezydenta Vincentego Foxa „Narodowej krucjaty przeciwko przemytowi narkotyków i przestępczości zorganizowanej” przynosiły tylko eskalację przemocy. Wprowadzenie do akcji wojska w 2006 roku na rozkaz Felipego Calderona pogorszyło sytuację, ponieważ kartele narkotykowe miały wystarczające środki i uzbrojenie, by podjąć walkę, która trwa do dziś.

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na kilka interesujących zjawisk, które zaistniały w Meksyku w związku z toczącą się wojną z narkotykami.

Los Zetas

Pierwszym z nich jest powstanie kartelu, którego członkowie wywodzili się z meksykańskich sił specjalnych. Prekursorem był w tym przypadku Arturo Guzmán Decena, który razem około trzydziestoma towarzyszami zdezerterował w 1997 roku, by rozpocząć pracę jako zbrojne ramię Kartelu z Zatoki nazywane Los Zetas. Trzeba podkreślić, że nie byli to zwyczajni żołnierze, lecz elita meksykańskiej armii szkolona w Stanach Zjednoczonych do walki z partyzantką. Los Zetas zasłynęli ze skuteczności i okrucieństwa. Jednym z wielu tego przykładów jest schwytanie dowódcy policyjnych sił uderzeniowych i towarzyszącego mu funkcjonariusza w Acapulco w kwietniu 2006 roku. Policjanci zostali zdekapitowani, a ich głowy nabito na ogrodzenie budynku lokalnej administracji wraz z notatką: „Żebyście nauczyli się szacunku”.

Konturowa mapa Meksyku i państw Ameryki Środkowej pokazująca za pomocą strzałek szlaki przemytu wykorzystywane przez kartele narkotykowe.
Szlaki przemytu narkotyków wykorzystywane przez meksykańskie kartele, stan z 2012 r. (rys. Claudiofabbro, CC BY-SA 4.0)

W 2010 roku Los Zetas odłączyli się od Kartelu z Zatoki, rozpoczynając szybką i okrutną ekspansję. Zajęli się nie tylko przemytem narkotyków, ale też porwaniami dla okupu i wymuszaniem haraczy. Ich ofiarą padali m.in. imigranci z krajów Ameryki Środkowej próbujący dostać się do Stanów Zjednoczonych. Znana jest relacja o członkach kartelu zmuszających mężczyzn do walki na śmierć i życie przy użyciu młotów kowalskich. Zwycięzcy mieli być wysyłani na samobójcze misje. Obecnie na skutek konfliktów wewnętrznych i aresztowań Los Zetas przestali liczyć się w walce o dominację nad przemytem narkotyków do USA.

Dziennikarze ofiarami wojny

Inną sferą życia społecznego, na którą wpłynęła wojna z narkotykami, jest dziennikarstwo. Według raportu organizacji Reporterzy bez Granic w 2018 roku w Meksyku zamordowano dziewięciu dziennikarzy – bardziej niebezpieczne dla przedstawicieli mediów były tylko Afganistan (piętnaście zabitych osób) i Syria (trzynaście). Mniej niebezpieczny był Jemen, gdzie zginęło ośmiu reporterów.

Znicze ku pamięci dziennikarza Javiera Valdeza Cárdenasa zapalone w czasie protestu po jego zamordowaniu 15 maja 2017 r. (fot. ProtoplasmaKid, CC BY-SA 4.0)

Pokazuje to skalę problemu, a trzeba zauważyć, że zabójstwa to tylko wierzchołek góry lodowej. Dziennikarze w Meksyku padają ofiarą porwań, zastraszania, pobić i wymuszeń. Prowadzi to do sytuacji, w której redakcje i ich pracownicy często boją się publikować informacje na temat toczącej się wojny z kartelami. Lukę wypełnia Internet i media społecznościowe, jednak jest to bardziej zbieranie niezweryfikowanych doniesień niż normalne dziennikarstwo.

Autodefensas

Akcja rodzi reakcję. Ta zasada ma także zastosowanie w realiach wojny z narkotykami. W kwietniu 2011 roku mieszkańcy miasteczka Cherán w stanie Michoacán, zmęczeni korupcją i przestępczością, usunęli z miasta państwową policję i zorganizowali własne grupy samoobrony, które skutecznie przeciwstawiły się siłom Templariuszy – lokalnego kartelu. Przez dwa lata był to odosobniony przykład, jednak na początku 2013 roku w całym stanie zwykli mieszkańcy zaczęli organizować się i zbroić, a następnie z sukcesami zwalczać przestępczość.

José Manuel Mireles Valverde, założyciel samoobrony w stanie Michoacán (fot. Tania Victoria / Secretaría de Cultura CDMX, CC BY 2.0)

Władze nie wiedziały, jak zareagować. Z jednej strony grupy te rozwiązywały w pewnym stopniu problem karteli, z drugiej jednak łamały państwowy monopol na przemoc. Prowadziło to do kuriozalnych sytuacji, w których policja lub wojsko najpierw współpracowały z siłami samoobrony, a następnie dokonywały aresztowań swoich niedawnych sojuszników.

Nie widać światełka w tunelu

Nie sposób przewidzieć, jak potoczą się dalej losy wojny narkotykowej. Kartele narkotykowe wciąż mają ogromną władzę i pieniądze. Amerykański Departament Skarbu szacuje, że między 2013 a 2017 rokiem w Meksyku wyprano 3 646 500 000 000 peso (słownie: ponad trzy i pół biliona), a jedno peso to mniej więcej 20 groszy. Sytuacja wygląda tym gorzej, że proceder ten prawie nie jest ścigany przez meksykański wymiar sprawiedliwości. Ocenia się, że od 2006 roku z powodów związanych z przestępczością narkotykową zginęło w Meksyku 160 000 osób.

Protest w 2011 roku przeciwko przemocy ze strony karteli narkotykowych i korupcji polityków (fot. Zapata, CC BY-SA 4.0)

W celu uniezależnia się od południowoamerykańskich dostawców meksykańskie kartele narkotykowe podjęły eksperymentalne uprawy koki w stanie Chiapas, w którym klimat jest zbliżony do andyjskiego. Innowacje narkobiznesu nie ograniczają się tylko do tego. Przestępcy używają do przemytu łodzi podwodnych, dronów, katapult, tuneli kopanych pod granicą i motolotni, do walki z wojskiem i policją produkują niemal seryjnie samochody opancerzone, a do komunikacji używają własnej sieci komórkowej.

Do tej pory wszystkie rozwiązania tej sytuacji zawiodły, a poziom korupcji wśród policji i polityków nie daje powodów do optymizmu. Duża część społeczeństwa, sterroryzowana i zmęczona wszechobecną przemocą, deklaruje zgodę na zawarcie układu z kartelami za cenę zakończenia wojny. Trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek z elity politycznej Meksyku zgodził się na takie rozwiązanie. Przyszłość nie rysuje się w różowych barwach.

Bibliografia