Facebook-icon
Hrabia Tytus

Dlaczego Indianie pomogli Hiszpanom w podboju imperium Azteków?

Hiszpanie podbili Meksyk tak szybko, ponieważ Indianie mieli dość okrucieństwa Azteków i dlatego woleli pomóc Europejczykom – to jeden z najbardziej rozpowszechnionych mitów na temat konkwisty dokonanej przez Hernána Cortésa. Co motywowało zatem indiańskich sojuszników najeźdźców z Hiszpanii?

Hernán Cortés, portret z XVIII wieku (ze zbiorów Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych Św. Ferdynanda, nr inw. 0031)

Przypomnijmy pokrótce przebieg wyprawy Hernána Cortésa. 18 lutego 1518 roku flotylla 11 okrętów wyruszyła z Kuby, by wkrótce potem dopłynąć do półwyspu Jukatan. Po obfitującej w starcia z Indianami podróży wzdłuż wybrzeża Zatoki Meksykańskiej Hiszpanie przybyli do miejsca nazwanego przez nich San Juan de Ulúa (okolice współczesnego miasta Veracruz). Ich siły liczyły 16 jeźdźców, 32 kuszników, 13 arkebuzerów, około 500 pieszych żołnierzy uzbrojonych w rapiery i tarcze, a prócz tego 10 dużych armat i 4 falkonety.

Europejczycy stali u bram imperium rozciągającego się od Pacyfiku do Zatoki Meksykańskiej i od położonych na północy pustyń po tropikalne lasy na południu. Sama stolica Azteków, Tenochtitlán, miała według różnych szacunków od 200 do 300 tysięcy mieszkańców, co czyniło ją wtedy jednym z największych miast na świecie. Istnieją też szacunki sięgające miliona mieszkańców, ale raczej należy je włożyć między bajki.

Konkwistadorzy bardzo szybko znaleźli sojuszników. Byli nimi zamieszkujący wybrzeże Totonakowie, którzy sami przybyli do obozu tajemniczych przybyszy, poszukując wsparcia przeciw Aztekom. Dzięki ich wsparciu Hiszpanie dotarli do położonego w centrum kraju Tlaxcallan.

Tlaxcaltecy zareagowali w nieco zaskakujący sposób. Z jednej strony atakowali konkwistadorów, z drugiej cały czas prowadzili z nimi rokowania, zapewniając, że ataki są wynikiem samowoli dzikich górali z plemienia Otomi. Taka postawa wynikała ze sporów wewnątrz miejscowej elity co do tego, jaką strategię przyjąć wobec nieznanych istot. Gdy okazało się, że Hiszpanie potrafią walczyć i mogą być cennym sojusznikiem, zdecydowano się na zawarcie przymierza.

Trzeba zauważyć, że było to bardzo niecodzienne porozumienie. Dla konkwistadorów było jasne, że Indianie zostają wasalami króla Hiszpanii. Jak rozumieli całą sytuację władcy Tlaxcallan, trudno powiedzieć, ponieważ komunikacja przebiegała za pośrednictwem tłumaczy, a przełożenie tak abstrakcyjnych terminów jak wasal, senior czy król wydaj się bardzo trudne. Tak czy inaczej, po pozyskaniu nowych sojuszników, Hiszpanie kontynuowali marsz do Tenochtitlán, po drodze dokonując prewencyjnej masakry w świętym mieście Chololan.

Imperium Azteków w 1519 r. (rys. Yavidaxiu, Ssolbergj, Keepscases, Sémhur, CC BY-SA 3.0)

Po dotarciu do stolicy imperium zdobywcy zdołali podporządkować sobie jego władcę, Motecuhzomę, szybko jednak zrazili do siebie mieszkańców miasta i aztecką arystokrację. Wybuchło powstanie, które zmusiło Hiszpanów do ucieczki w nocy z 30 czerwca na 1 lipca 1520 roku. Zginęło kilkuset konkwistadorów i większość indiańskich sojuszników, utracono też całą artylerię. Mimo to osłabionej armii udało się wrócić do zaprzyjaźnionego Tlaxcallan. Dzięki dyplomatycznemu talentowi Cortésa Hiszpanie zyskiwali coraz więcej sprzymierzeńców gotowych wesprzeć ich przeciw Aztekom.

Na początku czerwca 1521 roku Tenochtitlán zostało zamknięte w oblężeniu. Mimo desperackich prób obrony Hiszpanie zdobyli miasto, a ostatni władca Azteków, Cuauhtemoc, został pojmany 13 sierpnia 1521 roku.

Hiszpanie w oczach Indian

Miguel Gonzales, 13 panel cyklu „Podbój Meksyku”: ucieczka Cortésa za Tenochtitlán, przełom XVII i XVIII w. (ze zbiorów Museo Nacional de Bellas Artes, nr inw. 6339)

Jak widać z tego krótkiego streszczenia, indiańscy sojusznicy konkwistadorów odegrali ogromną rolę w podboju Meksyku. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, że Hiszpanie dokonali go rękami rdzennych mieszkańców tych ziem. Tlaxcaltecy i inni sprzymierzeńcy służyli jako przewodnicy, doradcy, wojownicy i tragarze. Bez ich udziału trudno sobie wyobrazić, by wyprawa Cortésa posunęła się dalej niż kilkadziesiąt kilometrów od wybrzeża. O skali tej pomocy może świadczyć fakt, że w trakcie oblężenia Tenochtitlán konkwistadorów było około 1000 (cały czas napływały posiłki z Kuby), a najniższe szacunki określają liczbę wspierających ich Indian na 24 000.

W tym miejscu warto zwrócić uwagę na jedną kwestię, a mianowicie jak niezwykłym wydarzeniem było dla Indian pojawienie się Europejczyków. Spójrzmy na mapę. Mezoameryka jest regionem o dość wyraźnych i trudnych do przekroczenia granicach. Na północy jałowe pustynie, na południu nieprzebyte dżungle, na wschodzie i zachodzie ocean. Nie jest więc zaskoczeniem, że ludy zasiedlające tę część Nowego Świata uważały ją za jedyne miejsce zamieszkane przez ludzi.

Trudno sobie wyobrazić skalę ich zaskoczenia, kiedy ujrzeli Hiszpanów: nieznane istoty podobne do ludzi, ale ubierające się w dziwne stroje i mówiące nieznanym językiem, ogromne zwierzęta, tajemnicza broń wydająca dźwięk gromu. Poza tym nieznajomi używali do transportu pływających domów i przybyli z pełnego morza, które było dla Indian Mezoameryki domeną bogów. Oczywiście żegluga przybrzeżna, rybołówstwo etc. były dobrze znane, jednak w miarę oddalania się od brzegu rosło natężenie „nadprzyrodzoności”, a w końcu ocean płynnie przechodził w niebo.

Dla mieszkańców Meksyku od początku było zatem jasne, że konkwistadorzy nie są ludźmi, choć oni sami zapewniali za pośrednictwem tłumaczy o swoim człowieczeństwie. Indiańskie religie i panteony były przy tym dość skomplikowane, więc interpretacji tożsamości Hiszpanów było całe mnóstwo – przytoczymy tylko kilka najbardziej interesujących.

Po pierwsze Europejczyków brano za tlaloque, bogów wody, a to ze względu na sposób ich przybycia i broń palną, która kojarzyła się Indianom z grzmotami i burzą. Po drugie w Tlaxcallan pojawiła się hipoteza, że konkwistadorzy to monstra wyrzucone przez morze, które nie mogło ich ścierpieć. Po trzecie (i chyba najważniejsze) wielu Indian, a nawet sam Motecuhzoma, brało Hiszpanów za synów boga Quetzalcoatla. Wszystkie wątpliwości pozostały nierozstrzygnięte bardzo długo, ponieważ jeszcze po konkwiście Europejczycy byli nazywani teules – bogami.

Krwawe ofiary

Skoro przybysze byli tak tajemniczy i straszni, to dlaczego Indianie tak chętnie się do nich przyłączali? Czy chodziło o odrazę do azteckich rytuałów? Na pewno nie, choć w imperium rzeczywiście składano ofiary z ludzi. Najbardziej rozpowszechniona ich forma polegała na rozcięciu klatki piersiowej jeńca i wyrwaniu jego serca. Niekiedy fragmenty ciał ofiar zjadano w trakcie uczt.

Istniały też bardziej skomplikowane sposoby poświęcania ludzi w ofierze. Jeden z nich, ku czci boga Tezcatlipoki, polegał na wybraniu wyjątkowo przystojnego jeńca, który przez rok odgrywał rolę boga, korzystając z licznych przywilejów, by potem samemu wspiąć się na szczyt świątyni i tam zginąć. Ofiara ku czci Xiuhtecuhtli, boga ognia, obejmowała rzucenie jeńca w płomienie przed wyrwaniem mu serca. Nieszczęśników poświęconych Xipe Totekowi, patronującemu wegetacji roślinnej, obdzierano ze skóry, którą potem zakładali na siebie kapłani.

Rytualny kanibalizm. Ilustracja z azteckiego kodeksu z XVI wieku (tzw. Kodeks Magliabecchiano)

To oczywiście tylko kilka przykładów, azteckie rytuały to niezwykle rozległy temat zasługujący na osobne omówienie. Trudno oszacować ich skalę ze względu na to, że kronikarze piszący relacje w czasach kolonialnych często wyolbrzymiali liczbę zabitych w ceremoniach – miało to na celu usprawiedliwienie okrutnego podboju. Większość badaczy ocenia, że w środkowym Meksyku składano w ofierze około 20 000 osób rocznie.

Co sojusznicy Hiszpanów myśleli o składaniu ofiar

Dla nas i dla szesnastowiecznych Hiszpanów wszystko to wydaje się okrutne i nieludzkie. Dla mieszkańców prekolumbijskiej Mezoameryki było normalne. Spośród setek ludów zamieszkujących ten region kulturowy wszystkie praktykowały jakieś formy składania krwawych ofiar. Trzeba pamiętać, że Aztekowie nie byli przybyszami z innego kontynentu, a z wieloma swoimi sąsiadami dzielili mity, bogów i ceremonie religijne.

Składanie ofiar z ludzi (Kodeks Magliabecchiano)

Najwięksi wrogowie imperium, konfederacja Tlaxcallan, również należeli do grupy ludów Nahua. W trakcie rozmów z Cortesem ich dostojnicy podkreślali, że największym problemem jest to, że Aztekowie odcinają ich od szlaków handlowych, przez co mieli utrudniony dostęp do dóbr luksusowych takich jak pióra egzotycznych ptaków. Ani słowa o ofiarach z ludzi.

Najważniejszymi celami konkwisty było oczywiście osobiste wzbogacenie się uczestników i podbicie nowych ziem dla hiszpańskiej korony, jednak niewiele mniej istotne były motywy religijne. Cortés wielokrotnie próbował przekonywać Indian do rezygnacji z ofiar z ludzi i przyjęcia chrześcijaństwa.

O ile przekształcenie jakieś pomniejszej świątyni w kaplicę Matki Boskiej nie stanowiło problemu, ponieważ wszystkie ludy Mezoameryki były politeistami, a nowa bogini mogła tylko pomóc, o tyle rezygnacja z ofiar budziła już bardzo żywe protesty.

W tym miejscu trzeba streścić wydarzenia, które miały miejsce w zamieszkiwanym przez Totonaków mieście Cempoallan. Hiszpanie odnaleźli tam ludzi zamkniętych w klatkach, a następnie uwolnili ich, podejrzewając, że są przeznaczeni do złożenia w ofierze. Tak, według kronikarza Pedro Mártira de Anglería, zareagował władca miasta:

Zgubę sprowadzicie na mnie i na całe moje królestwo, jeśli zabierzecie niewolników, którzy mają być złożeni w ofierze. Gdy zezłoszczą się nasi zemes [bogowie], to pozwolą, żeby robactwo zjadło nasze zasiewy albo zniszczy je grad, albo spustoszy susza, albo zatopią je ulewne deszcze z powodu zaprzestania ofiar.

Cortés jeszcze parokrotnie próbował namawiać swoich sojuszników do zaprzestania krwawych rytuałów, jednak bez sukcesów. Najbardziej chyba znany kronikarz konkwisty, Bernal Diaz del Castillo, przytacza taką wypowiedź tlaxcalteckich dostojników:

Malinche [tak Indianie nazywali Cortésa], słyszeliśmy od ciebie już wcześniej i wierzymy, że z pewnością twój Bóg i ta wspaniała Pani są bardzo dobrzy. Pamiętaj jednak, że dopiero co przybyłeś do naszego kraju. Z biegiem czasu zrobimy to, co właściwe. Ale czy możesz prosić nas, byśmy porzucili naszych Teules [bogów], których nasi przodkowie mieli za bogów przez wiele lat, czcząc ich i składając im ofiary? Nawet gdybyśmy my, starcy, zrobili to, by cię zadowolić, czy wszyscy nasi papas [kapłani] i nasi sąsiedzi, i nasi młodzieńcy, i dzieci w całej prowincji, nie powstaliby przeciw nam? Zwłaszcza od kiedy papas zasięgnęli rady największego z naszych Teules, który powiedział im, że jeśli zaprzestaną składania ofiar z ludzi i odprawiania zwyczajowych rytuałów, zniszczy całą prowincję głodem, zarazą i wojną.

O przywiązaniu Indian do krwawych rytuałów świadczy fakt, że pojedyncze przypadki ich odprawiania zdarzały się jeszcze po konkwiście. Oczywiście, jak każdy się spodziewa, zostały wytępione przez inkwizycję.

Tezcatlipoca, jedno z wielu azteckich bóstw (Kodeks Borgia, XVI w.)

Dlaczego Indianie pomagali Hiszpanom

Co zatem motywowało Indian do wsparcia konkwistadorów? To proste: sądzili, że ich własna sytuacja stanie się lepsza po osłabieniu bądź upadku hegemonów z Tenochtitlán. W tym miejscu trzeba wyjaśnić jedną kwestię: państwo Azteków nie przypominało Rzymu czy brytyjskiego imperium kolonialnego. Cały prekolumbijski Meksyk podzielony był pomiędzy mniejsze lub większe miasta-państwa wchodzące w sojusze, toczące wojny, handlujące ze sobą itd.

Tlaxcaltecy i hiszpański jeździec na drodze do Tenochtitlán (kodeks „Historia Tlaxcallan”, przed 1560 r.)

Zależność od Azteków w większości przypadków polegała na płaceniu trybutu w różnej postaci. Wasale z Doliny Meksyku i okolic często byli zobowiązani do dostarczania suwerenom żywności, z kolei ci z bardziej egzotycznych okolic przesyłali np. pióra egzotycznych ptaków, skóry jaguarów czy ziarna kakao. Zależnymi altepetl [miastami-państwami] najczęściej rządziły dalej lokalne dynastie, a narzucanie gubernatorów czy utrzymywanie garnizonów wojskowych było zupełnym wyjątkiem. Siłą spajającą imperium było przekonanie, że w razie buntu trzeba się wcześniej czy później liczyć z interwencją azteckiej armii.

W tej sytuacji łatwo zrozumieć, jakie było rozumowanie Totonaków czy Tlaxcalteków. Skoro pojawiła się niezbyt liczna grupa przybyszów, której z niejasnych przyczyn obawia się potężny Motecuhzoma, to może da się osiągnąć jakieś korzyści. Być może imperium nie jest wcale tak silne, jak się wydawało i nie trzeba będzie płacić trybutu, a nawet uda się osiągnąć niezależność lub wręcz zostać nowym hegemonem?

Azteccy wojownicy w rytualnej walce (Kodeks Magliabechiano)

I właśnie taka chłodna kalkulacja była powodem tak masowego poparcia dla Hiszpanów. Tego, że wkrótce przybędzie więcej tajemniczych obcych, jedna po drugiej będą wybuchać epidemie, a cały indiański świat zniknie, Totonacy i Tlaxcaltecy nie mogli już wiedzieć.

Bibliografia

  • Francis F. Berdan, The Aztecs of Central Mexico: An Imperial Society, Thomson Wadsworth, Belmont, California
  • Bernal Díaz del Castillo, The Conquest of New Spain, tłum. J.M. Cohen, Penguin Books, London 1963.
  • Justyna Olko, Meksyk przed konkwistą, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2010.
  • Taż, Jarosław Źrałka, W krainie czerni i czerwieni. Kultury prekolumbijskiej Mezoameryki, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2008.
  • Michael E. Smith, The Aztecs, Blackwell Publishers, Malden, Oxford 2002.
  • Hugh Thomas, Podbój Meksyku, tłum. Małgorzata Lewicka, Wydawnictwo Książnica, Katowice 1998
  • Ryszard Tomicki, Ludzie i bogowie. Indianie meksykańscy wobec Hiszpanów we wczesnej fazie konkwisty, Ossolineum–wydawnictwo Polskiej Akademii Nauk, Wrocław–Warszawa–Kraków 1990.
Udostępnij

Michał Piorun

Absolwent prawa na UMCS-ie. Interesuje się historią Ameryki Łacińskiej. Zwłaszcza tym okresem, gdy nie była jeszcze łacińska, lecz indiańska.