Facebook-icon
Hrabia Tytus

Polski dziki wschód, czyli niebezpiecznie jak na Polesiu

W powszechnej świadomości Kresy Wschodnie często uchodzą za rodzaj arkadii. Panuje przekonanie, że właśnie stamtąd brało się wszystko, co w Polsce najlepsze. Przed wojną jednak postrzegano te ziemie jako pełne niebezpieczeństw, a wydarzenia lat dwudziestych tylko w tym utwierdzały.

Dzika przyroda Polesia przyciągała amatorów myślistwa. Na zdjęciu Hrabina Zofia Chomętowska podczas polowania na głuszce (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-P-2043, domena publiczna)

Kresy były miejscem niebezpiecznym nie tylko ze względu na przyrodę, ale również, a może przede wszystkim, ze względu na panującą tam sytuację społeczno-polityczną. Tylko w województwach wileńskim i nowogródzkim Polacy faktycznie stanowili większość, w pozostałych ich narodowość nie przynosiła im sympatii otoczenia. Idyllicznemu obrazowi Kresów przeczą fakty, w tym jeden, często podawany przez zwolenników tego wyobrażenia jako pozytyw: istnienie Korpusu Ochrony Pogranicza.

Już sama nazwa mówi wiele, formacja ta miała chronić pogranicze, a nie samą granicę, tak jak w przypadku straży granicznej działającej w pozostałych częściach kraju. KOP był de facto rodzajem armii dysponującej ciężkim sprzętem. I nie było to spowodowane wyłącznie koniecznością obrony przed ZSRR. Niebezpieczne były same Kresy, narażone na dywersje i bunty. Korpus powstał jako reakcja na realne zagrożenie. A najbardziej niebezpiecznie było właśnie na Polesiu – w regionie, który z umiarkowanym powodzeniem próbowano przerobić na turystyczną atrakcję.

Polesie bandytów

Aby lepiej zrozumieć specyfikę Polesia, należy przyjrzeć się jego ludności. Wyniki drugiego powszechnego spis ludności mówiły same za siebie. Jedynie 14% ludności zadeklarowało narodowość polską, za to aż 62% określiło się jako „tutejsi”. Poza miastami Polacy byli obcy, co widać dobrze po określeniach polskich osadników przybywający w latach dwudziestych na Polesie, którzy nazywani byli przez Białorusinów „amerykanami”. Przyjezdni mówili innym językiem, byli bogatsi i dostawali wsparcie ze strony państwa.

Rosło poparcie dla wszelkiej działalności antypolskiej. Sytuację pogarszał kształt wschodniej granicy, która nie została wytyczona wzdłuż żadnych rzek. Biegła przez bagna, lasy i stepy, co utrudniało jej kontrolę. Wykorzystywali to przemytnicy, szmuglując co się da do ZSRR, a w drugą stronę przewożąc ludzi pragnących uciec z komunistycznej ojczyzny. Oczywistym zagrożeniem była więc Komunistyczna Partia Zachodniej Białorusi.

W latach 1921–1925 na terenie Polesia dochodziło rocznie nawet do 150 napadów, w których ginęło prawie 40 osób. Tylko 1924 roku ich liczba wyniosła prawie dwieście. Część z nich była organizowana przez komunistów, inne były zwykłymi rabunkami. W przypadku większości z nich trudno stwierdzić, czy były elementem walki z polskim imperializmem, czy też motywowała je chęć wzbogacenia się. Obiektem napaści bandytów padały zazwyczaj majątki ziemskie, gospodarstwa bogatych rolników oraz plebanie.

Z czasem dochodziło do coraz zuchwalszych akcji, a część z nich miała miejsce w dużym oddaleniu od granicy. I tak 19 maja 1924 roku przeprowadzono atak na posterunek policji w miejscowości Krzywicze, podczas którego zginęło dwóch policjantów. 19 lipca w Wiszniewie zastrzelono komendanta powiatowego komisariatu, komisarza Włodzimierza Łopacińskiego. Trudno powiedzieć, jaka wielka byłą liczba napadów na księży, ziemian i innych bogatych mieszkańców.

Poleskie bagna trudno było kontrolować, co skwapliwie wykorzystywali przemytnicy. Na zdjęciu mieszkaniec regionu łowi ryby w przeręblu na moczarach (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-G-2779, domena publiczna)

Na wpół mityczną postacią jest niejaki Józef Mucha-Michalski. Trudno ocenić, czy istniał naprawdę, na pewno był jednak wskazywany jako jeden z największych bandytów na terenie wschodniej Polski. Kim był, jeżeli faktycznie istniał? Dezerterem z polskiego wojska, byłym wachmistrzem kawalerii, który przez kilka lat terroryzował Kresy Wschodnie brutalnymi napadami. Tam najechał dwór, tam całą wieś, gdzie indziej dokonał rozboju na drodze. W swoich przestępczym asortymencie miał niemal wszystko.

Chodziły plotki, że pracował dla wywiadu sowieckiego, a jego działalność miała na celu destabilizację polskich rządów, trudno to jednak zweryfikować. Jego kariera zakończyła się w 1923 roku bezpośrednio po napadzie na pociąg pod Lachowiczami, kiedy przeciwko jego bandzie rozpoczęto zorganizowaną obławę zakończoną rozbiciem grupy. Sam Mucha miał uciec do ZSRR i potem słuch po nim zaginął.

Polesie przemytników

Sergiusz Piasecki – przestępca, który został pisarzem – opisał m.in. działalność band przemytników na Kresach (fot. domena publiczna)

Granica Polski na terenie Polesia nie należała do najszczelniejszych. Ze względu na swoją strukturę była wręcz najsłabszym ogniwem na mapie Rzeczpospolitej. W regionie szalały bandy przemytników, które prowadziły regularne walki ze stróżami prawa z obu stron granicy oraz między sobą nawzajem. Barwnie opisał to w swoich zbeletryzowanych wspomnieniach Sergiusz Piasecki, który pokazał kulisy działania tych grup.

Przemytnicy byli niebezpieczni głownie ze względów charakterologicznych. Ciągła praca w stresie, jakim było przekraczanie granicy wrogich państw, odciskała na nich trwałe piętno, przez co stawali się nieobliczalni. Tym bardziej, że byli również narażeni na ataki ze strony okolicznych mieszkańców. Piasecki tak opisywał życie szmuglerów:

To była pierwsza gruba wsypa. Następnej nocy, na granicy w pobliżu Wołmy, nasi baoniarze popędzili kota partii Kośmy Sterdonia z Duszkowa. Dwóch chłopaków wpadło u nas, a trzech w Sowietach; ocalało czterech. Potem wpadła Helka Pudel, z partii Belki – zgubiła się w lesie koło Zatyczna (na sowieckiej stronie) i dotychczas nie wróciła.

W kilka dni później dotarła do nas straszna wiadomość. O pięć kilometrów od granicy, w Lesie, w pobliżu Gorani, znaleziono na bagnie trupy pięciu ludzi. Była to partia z Kuczkunów. Czekiści prowadzili w tej sprawie dochodzenie i aresztowali sześciu chłopów z Krasnego, Lachów i Borsuków. Wspólnie polowali na przemytników i złapali nad ranem kuczkunowską partię. Zabrali im towar i pieniądze, a potem zaprowadzili ich na bagno. Tam zabili wszystkich z nagana, a trupy wdeptali do bagna i zamaskowali chrustem. Zrobili to dlatego, aby sprawa się nie wykryła, a martwi nie mówią.

Ale zwykli bandyci to jedynie połowa zagrożenia. Znacznie poważniejszym była działalność wywrotowa komunistów, która miała doprowadzić do powstania przeciwko polskim władzom.

Polesie komunistów

Przez wiele lat największy strach w regionie budziło nazwisko Cyryla Orłowskiego, zwanego niekiedy Robin Hoodem Polesia, członka Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi. O ile Józef Mucha-Michalski być może w ogóle nie istniał, o tyle Orłowski z pewnością był postacią autentyczną, a nawet został bohaterem Związku Radzieckiego. Możliwe nawet, że to właśnie on był Muchą-Michalskim. W każdym razie to on miał stanowić forpocztę powstania na Białorusi.

Rok 1924 miał być tym, w którym wschodnie kresy Rzeczpospolitej zapłoną, a polska władza zostanie obalona. O planach tych niewiele wiadomo, archiwa pozostają bowiem w rękach Rosjan. W pewnym sensie organizatorzy działań dywersyjnych sami sobie zaszkodzili, dokonując czynów tak zuchwałych, że zmusiły one polski rząd do radykalnej reakcji.

Jedna z ulic w Stołpcach. W nocy z 3 na 4 sierpnia 1924 roku spokój mieszkańców zmącił zuchwały napad (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-U-5966, domena publiczna)

Najbardziej spektakularną akcją dywersantów białorusko-radzieckich był atak na Stołpce w nocy z 3 na 4 sierpnia 1924 roku. Miejscowość leżała niedaleko granicy, oddzielona od niej gęstym lasem utrudniającym patrolowanie terenu. Napad na miasteczko zaczął się około pierwszej w nocy z kilku stron jednocześnie. Szturmujących było najprawdopodobniej prawie stu i byli wyposażenie w broń maszynową.

Pomnik na grobie policjantów poległych w 1924 r. w Stołpcach (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-U-5971, domena publiczna)

Mimo że atak okazał się dla obrońców zaskoczeniem, początkowo prawie się załamał. Dywersantom nie udało się zdobyć starostwa ani posterunku miejskiego i komendy powiatowej. Później bandyci odnieśli jednak sukces na stacji kolejowej, gdzie zabili policjanta Lucjana Rosteka. Kolejnymi ofiarami byli dwaj funkcjonariusze, którzy próbowali ratować się ucieczką ze szturmowanego przez bolszewików budynku koszarów. Napastnikom udało się także zająć areszt oraz obrabować klika sklepów.

Atak zakończył się zwycięstwem dywersantów, Choć nie udało się im opanować wszystkich obiektów, to jednak dokonali znacznego rabunku i ujawnili słabość sił polskich. Żaden z nich nie zginął, za to Polacy stracili siedmiu policjantów i trzech cywilów. Wkrótce postawiono w gotowości szwadron kawalerii, który jednak nie zdołał złapać ani dywersantów, ani jego dowódcy, Cyryla Orłowskiego.

Na kolejny atak nie trzeba było długo czekać. Najtrafniej skomentował to premier Stanisław Grabski: „Latem 1924 opinja całego kraju wstrząśnięta została bezczelnością i powodzeniem szeregu napadów band dywersyjnych. Najsłynniejszy był napad na Stołpce, najbardziej upokarzający był napad na wojewodę Downarowicza”.

O godzinie 14.00 na linii kolejowej relacji Brześć–Łuniec grupa mężczyzn zatrzymała pociąg, którym jechali wojewoda poleski Stanisław Downarowicz oraz komisarz policji Mięsowicz z nieliczną obstawą. Napad miał po części charakter rabunkowy, a po części polityczny, Pierwsi ofiarą bandytów padli pasażerowie wagonu specjalnego. Pobiło ich i zastraszyło bronią pięciu napastników. Było to tym prostsze, że obstawa wojewody nie miała nawet pistoletów. Urzędnikom kazano rozebrać się i oddać ubranie. To samo zrobiono w pozostałych wagonach, Łupem napastników padły precjoza i męskie przyodziewki, w ataku nie zginął nikt z wyjątkiem honoru państwa polskiego.

Wydarzenia te sprawiły, że powstanie Korpusu Ochrony Pogranicza stało się koniecznością. Miał on potrzymać ataki dywersyjne i działalność bandytów w najbardziej zagrożonych regionach. Okazało się, że nowa formacja spełniła to zadanie i od roku 1925 sytuacja stawała się coraz bardziej stabilna. Gęsto rozmieszczone strażnice i sprawność działania pozwoliły nieco uspokoić sytuację na Kresach, a z czasem wyeliminować najpoważniejsze problemy, jak silna aktywność KPZB. Dane mówię zresztą same za siebie: liczba napadów na Polesiu spadła do 67 w roku 1925, a następnie do 21 w roku 1926.

Zasadzka patrolu KOP-u (fot. J.K. Maciejewski, Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-W-1760-5, domena publiczna)

Bibliografia

  • Piotr Cichoracki, Stołpce – Łowcza – Leśna 1924. II Rzeczpospolita wobec najpoważniejszych incydentów zbrojnych w województwach północno-wschodnich, Wyd. LTW, Łomianki
  • Henryk Dominiczak, Granica wschodnia Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1919–1939, PWN, Warszawa 1992.
  • Drugi Powszechny Spis Ludności z dnia 9 grudnia 1931 r., Główny Urząd Statystyczny Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 1934.
  • Włodzimierz Mędrzecki, Kresowy kalejdoskop. Wędrówki przez ziemie wschodnie Drugiej Rzeczypospolitej 1918–1939, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.
  • Rocznik statystyki Rzeczypospolitej Polskiej, r. 5, 1927, Główny Urząd Statystyczny, Warszawa 1927.
Udostępnij

Paweł Rzewuski

Filozof i historyk, doktorant w Instytucie Filozofii UW. Interesuje się historią społeczną II RP.