Widzowie wciąż pamiętają jego kreacje w „Karierze Nikodema Dyzmy”, „Zaklętych rewirach” czy „Alternatywy 4”. Choć był przekonany o swoich nadzwyczajnych aktorskich zdolnościach, Roman Wilhelmi nie zawsze otrzymywał role na miarę swojego talentu…

Był aktorem niezwykle ambitnym, stawiającym sobie poprzeczkę coraz wyżej. Chciał dorównać swoim idolom: Marlonowi Brando i Laurence’owi Oliverowi. W 1984 roku w wywiadzie powiedział:

Roman Wilhelmi w białej koszuli i krawacie, fotografia portretowa (popiersie)
Roman Wilhelmi (fot. Edward Hartwig, Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 42-L-520-7)

Jedynym moim zmartwieniem jest to, co grać, żeby nie obniżyć lotu. Jest szalenie ciężko wybrać coś nowego po takich sztukach jak Lot nad kukułczym gniazdem, Peer Gynt, Czarownice z Salem. Jeśli się potem czyta rzeczy niższego lotu, a grać trzeba… To paradoksalne, ale moje jedyne zmartwienie, to nie jak grać, ale co?

Roman Wilhelmi urodził się 6 czerwca 1936 roku w Poznaniu. Był najstarszy z trójki dzieci Stefanii i Eugeniusza Wilhelmich, a przy tym dał się poznać jako niesamowity rozrabiaka. Rodzice wysłali go do katolickiej szkoły z internatem, mając nadzieję, że tam niesforny chłopiec choć trochę się uspokoi. I rzeczywiście – przyszły aktor nie tylko nabrał w końcu ogłady, ale także zadecydował, co chce robić w życiu. Opowiadał:

Przez długi czas wychowywałem się u księży Salezjanów w Aleksandrowie Kujawskim. I tam był pewien ksiądz, który jedną z kaplic przerobił na salę teatralną. Wystawił jasełka i potrzeba było kogoś do roli małego Chrystusa. Wybrano mnie. Wrzucono do kosza i od tego czasu pozostał mi w uszach szmer publiczności. Już wiedziałem, co mam wybrać, wiedziałem czego chcę.

Pijak I, Przechodzień II

Kiedy po kilku latach Wilhelmi powrócił do Poznania, stał się częstym gościem w Teatrze Wielkim. W wieku piętnastu lat wygrał w konkursie recytatorskim zorganizowanym przez miejscową rozgłośnię radiową. Jego brat opowiadał: „Z racji nazwiska był niemalże ostatni na liście, a jury było już znudzone i nie bardzo chciało go przesłuchać. Mimo to Romek zaczął recytować i rozbudził zaspaną komisję”.

W 1954 roku Roman Wilhelmi dostał się do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Opiekunem jego rocznika, w którym znalazł się m.in. Wojciech Pokora, został wybitny aktor i pedagog Jan Kreczmar. Wykładowcy z reguły wypowiadali się o przyszłym odtwórcy roli Nikodema Dyzmy całkiem pochlebnie. Wyjątek stanowił Adam Hanuszkiewicz, który twierdził, że aktor powinien mieć 190 cm. wzrostu, podczas gdy brakowało mu do tej liczby kilkunastu centymetrów.

Jan Kreczmar, opiekun rocznika Roman Wilhelmiego na PWST (fot. Edward Hartwig, Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 42-L-276-10)

Wilhelmiemu już na trzecim roku udało się otrzymać angaż w teatrze – zagrał małą rolę Pazia w „Skowronku” Jeana Anouilha w Teatrze Polskim. Niestety, po zakończeniu studiów nadal grywał role epizodyczne, co dla niezwykle ambitnego aktora było trudnym doświadczeniem:

Kiedy w roku 1958 ukończyłem studia aktorskie w PWST w Warszawie, zostałem zaangażowany do teatru Ateneum […]. Początki były bardzo ciężkie, inni grali ciekawe role, a mnie kazano czekać. Przez siedem długich lat grywałem a to Pijaka I, a to Przechodnia II i poza to nie wychodziłem. Wstydziłem się zaprosić do teatru matkę, która chciała wreszcie zobaczyć syna na scenie.

Podobnie było w filmach. Wilhelmi mógł się w prawdzie pochwalić m.in. angażem u Andrzeja Munka, jednak znów była to rola epizodyczna. Przełom przyszedł dopiero w 1963 roku. Zagrał wówczas pierwszoplanową postać w melodramacie „Wiano” wyreżyserowanym przez Jana Łomnickiego. Bohater grany przez Wilhelmiego – Staszek Stosina – uwodził bohaterkę graną przez Zofię Kucównę i namawiał ją, by skłoniła ojca do wstąpienia do spółdzielni. Jednak prawdziwy sukces, na który młody aktor tak bardzo czekał, przyszedł wraz z serialem „Czterej Pancerni i pies”.

Czwarty pancerny

Zdjęcia do kultowego serialu rozpoczęto w 1966 roku, a Wilhelmiemu przypadła rola Olgierda Jarosza – oficera Armii Czerwonej i potomka polskich zesłańców. Jarosz nie dożył jednak końca wojny – zginął w walkach na Pomorzu. Początkowo aktor zazdrościł kolegom z planu, że ich postacie miały przeżyć do końca historii, szybko jednak uznał, że dłuższe granie w serialu mogłoby być dla niego balastem. Nie podchwycił więc pomysłów scenarzystów, którzy chcieli Jarosza przywrócić do żywych lub przydzielić załodze Rudego jego brata (w którego miałby się ponownie wcielić Wilhelmi). Aktor wspominał pracę na planie i promocję serialu pozytywnie:

Wnętrze czołgu wykorzystanego w czasie kręcenia „Czterech Pancernych” (fot. Radomil, CC BY-SA 3.0)

Pamiętam, jak odwożono nas helikopterami po spotkaniach na wielkich stadionach, jak nie mogliśmy przejechać na czołgu przez ulicę Piotrkowską w Łodzi, jak jechaliśmy z czołgiem z Lublina do Brześcia. Wszędzie były tłumy, bynajmniej nie napędzane.

Niestety, po „Pancernych” znów nastały lata chude. Jeszcze w 1965 roku na horyzoncie pojawiła się szansa zagrania w „Popiołach”. Roman Wilhelmi został zaproszony na zdjęcia próbne, na których – według siebie samego – wypadł rewelacyjnie. Telefon jednak milczał. Kiedy wreszcie aktor sam zadzwonił do produkcji, okazało się, że oczekiwana rola przypadła Danielowi Olbrychskiemu.

Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych jedynym polem do popisu okazały się dla Wilhelmiego produkcje młodzieżowe, takie jak „Do przerwy 0:1”, „Wakacje z duchami” czy „Stawiam na Tolka Banana”. Co ciekawe, początki współpracy aktora ze Stanisławem Jędryką – reżyserem wymienionych seriali – nie spodobały się władzom.

Po latach Jędryka opowiadał, że podczas kolaudacji „Do przerwy 0:1” podniosły się głosy, że aktor, który kojarzy się z pozytywnym bohaterem z „Pancernych”, nie może być obsadzony w roli rzezimieszka. Ostatecznie jednak pozwolono na zmianę emploi Wilhelmiego.

Aktor czuł się zresztą bardzo dobrze w rolach niejednoznacznych: w wywiadach mawiał, że „to szalenie nie interesujące grać anioły”. Lata siedemdziesiąte przyniosły mu jedną z bardziej rozpoznawalnych – i bynajmniej nie pozytywnych – kreacji w jego karierze: Roberta Fornalskiego w „Zaklętych rewirach”. O tej roli mówił:

Grałem […] kelnera-brutala. Przy pracy nad tą rolą i na planie zdjęciowym ważny był dla mnie nie tyle fakt, że kelner ten bije innych, ale przede wszystkim – dlaczego bije. A ta blizna na skroni, którą sam zaproponowałem reżyserowi – czyż nie jest sygnałem dla widza, że ten brutalny mężczyzna nie tylko bije, ale i sam obrywa?

Od Dyzmy do Anioła

Kolejną szansą – i to chyba najlepiej przez Wilhelmiego wykorzystaną – okazała się rola w adaptacji powieści Dołęgi-Mostowicza. „Kariera Nikodema Dyzmy”, napisana przez autora jako pamflet polityczny na rządy sanacji, została już wcześniej przeniesiona na ekran w 1956 roku jako film „Nikodem Dyzma”, a w głównego bohatera wcielił się wówczas znakomity Adolf Dymsza.

Choć to sam reżyser zgłosił się do Wilhelmiego z ofertą angażu, ten nie zamierzał przyjąć roli Dyzmy. Tłumaczył, że po „Pancernych” długo nie otrzymywał żadnych propozycji i obawiał się zastoju, jaki mogłaby spowodować gra w serialu. Jan Rybkowski wiedział jednak, jak przełamać ten opór – stwierdził, że w takim razie rola trafi do Jerzego Stuhra. Wilhelmi, który rywalizował z tym aktorem, natychmiast zmienił decyzję i przyjął ofertę pracy.

Roman Wilhelmi, w szarych spodniach, białej koszuli, różowym krawacie i rozpiętej kamizelce koloru spodni stojący na palcach z ramionami uniesionymi niczym baletnica. Pod spodem podpis: Stanisław Anioł Stróż. Mural na ścianie szczytowej bloku mieszkalnego.
Mural przedstawiający Romana Wilhelmiego w roli Stanisława Anioła, blok przy ul. Kazury 10 w Warszawie (fot. Adrian Grycuk, CC BY-SA 3.0 PL)

Teraz artyście zależało, by odciąć się od kreacji, którą zaprezentował w latach pięćdziesiątych Dymsza. Według Wilhelmiego poprzedni odtwórca tej postaci stworzył karykaturę, on sam natomiast chciał, by jego bohater był bardziej prawdziwy i osadzony w epoce. Zamiar się powiódł, a rola Dyzmy uchodzi za jedną z najlepszych w karierze aktora. Jak zaznaczał recenzent czasopisma „Kino”:

Wilhelmi znalazł w powieści materiał sposobny i podatny do obróbki aktorskiej. Nie poprzestał też na wiernym odtworzeniu Dyzmy powieściowego, lecz dokonał jego swoistej idealizacji […] Zrobił, co mógł: ujednolicił i zmonumentalizował osobowość Dyzmy.

Prawie dwadzieścia lat po premierze „Kariery Nikodema Dyzmy” Krzysztof Demidowicz pisał na łamach czasopisma „Film”:

Jego interpretacja daleko wykracza poza konwencjonalny komizm. Wilhelmi nie uciekając całkiem od karykaturalnych tonów, odkrył jednak w tytułowym łajdaku, awansującym dzięki przypadkowi i ludzkiej głupocie, kogoś zupełnie innego. W mistyfikatorze rozpoznajemy chwilami szarego, zgnębionego przez życie człowieka, który próbuje się „odkuć” za wszystkie klęski i upokorzenia.

Dobre przyjęcie „Kariery Nikodema Dyzmy” najwidoczniej przekonało Wilhelmiego do grania w serialach. W 1983 roku znalazł się na planie nowej produkcji Stanisława Barei zatytułowanej „Alternatywy 4”. Początkowo rola dozorcy Stanisława Anioła miała przypaść Ludwikowi Pakowi, z którym Bareja współpracował już na planie Misia, jednak mający problemy z alkoholem aktor pobrał zaliczkę za zdjęcia próbne i więcej się nie pojawił. Twórca chciał więc zaangażować Stanisława Tyma, jednak ten odrzucił ofertę. Z pomocą przyszedł drugi reżyser Andrzej Swat oraz pracująca na planie Violetta Buhl, którzy zaproponowali Wilhelmiego. Sam reżyser wspominał: „Roman Wilhelmi, którego reżyserzy obsadzają w rolach ponurych intelektualistów lub brutali, naprawdę się cieszył, że raz może zagrać coś zupełnie innego”.

Roman Wilhelmi: aktor bez wytchnienia

Roman Wilhelmi nie bał się żadnej roli. Szukał bohaterów ciekawych, wyrazistych, którzy wymagali dużych umiejętności aktorskich. Wielokrotnie podkreślał, że nie gra we wszystkim, co mu zaproponują. W 1981 roku wystąpił w futurystycznej „Wojnie światów” Piotra Szulkina. Za rolę Irona Idema otrzymał nagrody na festiwalach filmowych w Madrycie oraz Trieście. Nie potrafił odpocząć od aktorstwa. Mówił:

Rosyjski plakat filmu „Klątwa doliny węży”

Chciałbym móc powiedzieć, jak twierdził jeden z moich najukochańszych aktorów Laurence Oliver, że w chwili zejścia ze sceny, zdjęcia kostiumu i maski przestał go ten zawód interesować. Trudno mi w to uwierzyć, choć chciałbym zyskać taki stosunek do swojego zajęcia. Ale, niestety, ten zawód bezustannie chodzi wokół mnie, przez cały czas nie znajduję od niego wytchnienia.

Ta potrzeba grania powodowała, że Wilhelmi nie bał się przyjmować ryzykownych ról. W 1987 roku poleciał do Wietnamu, by tam wziąć udział w produkcji, która przeszła do historii jako jeden z najgorszych polskich filmów. Mowa o zrealizowanej przez Marka Piestraka „Klątwie doliny węży”. Reżyser opowiadał o pracy z aktorem:

No Roman, to był Roman. Trudniej mi się z nim pracowało niż z resztą. Nie wiem, może byłem za młody. On był bardzo apodyktyczny, bardzo trudno było nad nim zapanować. On sobie pewne rzeczy wyobrażał i je narzucał. Często nie chciał nawet dyskutować. Chciał wiele rzeczy przeforsować, które mnie się wydawały niezgodne z konwencją filmu, jaki zaplanowałem. Nie zawsze robił to, o co go prosiłem, bywało ostro… co mogę powiedzieć, trudny charakter, aktor wspaniały. Bardzo chciał zagrać w „Klątwie…”, podobała mu się ta historia, skusiła też opcja wyjazdu.

Pomimo problemów przy produkcji i fatalnych recenzji, w Polsce film obejrzało milion widzów, spragnionych przygód na miarę Indiany Jonesa. W ZSRR, które było koproducentem, do kin poszło 25 milionów widzów.

Romans z Melpomene

Choć Roman Wilhelmi stworzył wiele dobrych kreacji w filmie, jego żywiołem był teatr. Przez wiele lat związany był z warszawskim Ateneum, w którym pojawił się w takich spektaklach jak „Tramwaj zwany pożądaniem” Williamsa, „Niemcy” Kruczkowskiego, „Peer Gynt” Ibsena, „Biesy” Dostojewskiego, „Czekając na Godota” BeckettaKiedy jednak okazało się, że jego wymarzona rola – Ryszarda III – przypadła Janowi Świderskiemu, Wilhelmi nie potrafił się z tym pogodzić – zerwał swoje zdjęcie z teatralnego foyer i złożył wymówienie.

W tym samym czasie zgłosiła się do niego Grażyna Barszczewska z propozycją zagrania w spektaklu „Dwoje na huśtawce”. Reżyserowaną przez Kazimierza Kutza sztukę wystawiono ponad trzysta razy, a Wilhelmi i Barszczewska otrzymali nagrody aktorskie. Warto także wspomnieć, że odtwórca roli Nikodema Dyzmy sprawdzał się także w dubbingu – podkładał głos m.in. w „Sadze Rodu Forsyte’ów”.

Roman Wilhelmi siedzący pochylony na krześle, z fajką w prawym ręku i bardzo roześmianą twarzą.
Roman Wilhelmi jako Pozzo w sztuce „Czekając na Godota” w teatrze Ateneum, kwiecień 1971 r. (fot. Edward Hartwig, Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 42-X-6-9)

Dla Wilhelmiego na pierwszym miejscu zawsze znajdowała się kariera, która spychała rodzinę na dalszy plan. Pierwszy ślub, z absolwentką dziennikarstwa Danutą, wziął w 1958 roku. Choć martwił się wówczas tym, że nie może pochwalić się rodzicom dobrymi rolami, to jednak uznał, że zmiana stanu cywilnego nie jest na tyle istotną informacją, by dzielić się nią z rodziną. O tym, że ma synową, jego ojciec dowiedział się przez przypadek z dokumentów syna.

Roman WIlhelmi - realistyczne popiersie wykonane z brązu na niewielkim czarnym cokole.
Pomnik Romana Wilhelmiego w Poznaniu (fot. Zuth, CC BY-SA 3.0)

Pierwsza żona Wilhelmiego nie była jednak w stanie żyć z wiecznym imprezowiczem i złożyła pozew o rozwód. Pod koniec lat sześćdziesiątych aktor wziął drugi ślub, a jego wybranką była węgierska tłumaczka Marika Kollar. W 1970 roku parze urodził się syn Rafał. Choć na scenie i planie filmowym Wilhelmi sprawdzał się świetnie, mężem i ojcem był fatalnym. Nie łożył na utrzymanie rodziny ani w trakcie trwania małżeństwa, ani tym bardziej po jego zakończeniu. Po rozwodzie pozbawiona środków do życia Marika uciekła z dzieckiem do Austrii.

Roman Wilhelmi zmarł 3 listopada 1991 roku. Pochowano go na cmentarzu wilanowskim w Warszawie, a podczas pogrzebu Olgierd Łukaszewicz powiedział: „Bywał nieczuły, okropny, zimny. A tak naprawdę bardzo ciepły, dowcipny, pełen wdzięku”.

Dziś widzowie wciąż pamiętają jego role z „Czterech pancernych”, „Kariery Nikodema Dyzmy” czy „Zaklętych rewirów”. Pamięta o nim także Poznań – nieopodal Sceny na piętrze, gdzie premierę miała słynna sztuka „Dwoje na huśtawce” w reżyserii Kazimierza Kutza, znajduje się skwer Romana Wilhelmiego wraz z jego pomnikiem.

Bibliografia

  • Krzysztof Demidowicz, Mężczyzna pod presją, „Film”, 1997, nr 08.
  • Stefan Lichański, Nowe filmy: rewizor z Łyskowa, „Kino”, 1980, nr 176.
  • Ewa Moskalówna, Co grać?, „Głos Wybrzeża”, nr 185, 4 sierpnia 1984.
  • Maciej Replewicz, Stanisław Bareja. Król krzywego zwierciadła, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2009.
  • Marcin Rychcik, Roman Wilhelmi. Biografia, wyd. Axis Mundi, Warszawa 2015.
  • Anna Serdiukow, Kino gatunkowe to pieśń przeszłości. Rozmowa z Markiem Piestrakiem także o nowych projektach, portal Stopklatka.pl, [dostęp: 11 marca 2019], <https://archiwum.stopklatka.pl/news/kino-gatunkowe-to-piesn-przeszlosci-rozmowa-z-markiem-piestrakiem-takze-o-nowych-projektach-149930>.