81 lat temu rozpoczęła się historia jednego z najbardziej niedocenianych czołgów II wojny światowej. Valentine, choć mniej znany od włoskiego świętego, wywarł jednak większy wpływ na losy świata.

Valentine – a raczej Tank, Infantry, Mk.III – to typowa „szara myszka” broni pancernej. Te niewielkie czołgi o dyskusyjnej urodzie przeżywały swe momenty chwały w czasie, gdy nazistowskie Niemcy stały u szczytu swej potęgi. Później, gdy lianci ruszyli do ofensywy na wszystkich frontach, pojawiły się nowe czołgi: Shermany, Cromwelle czy Churchille. To one przyciągnęły uwagę szerokiej publiczności, spychając Valentine’a w mrok dziejów. Nie ma jednak lepszej okazji niż Walentynki, by przypomnieć o tej konstrukcji.

Trudne początki

Pod koniec lat 30. XX wieku Brytyjczycy wprowadzili do służby jeden z najlepszych czołgów piechoty wszech czasów Matilda II (Tank, Infantry, Mk.II). Łącząc dobre uzbrojenie przeciwpancerne z grubym pancerzem, wóz ten idealnie nadawał się do zwalczania pojazdów przeciwnika. Produkcja tych maszyn szła jednak opornie, przede wszystkim z powodu przyjętej technologii produkcji kadłuba z szeregu grubych odlewów. Wojna była jednak tuż za rogiem, więc wojskowi zaczęli rozglądać się za czołgiem mogącym pełnić rolę tymczasowego zamiennika.

Matylda i Valentine obok siebie czyszczone przed paradą z lipca 1941 r. (fot. Imperial War Museum, IWM Non Commercial Licence)

Pierwsze rozmowy pomiędzy War Office a zakładami Vickersa miały miejsce już w lutym 1938 roku. Wojsko chciało czołgu o parametrach zbliżonych do Matildy II, jednak łatwiejszego i szybszego w produkcji, pełniącego rolę zastępstwa aż do pojawienia się docelowych pojazdów w odpowiedniej ilości. Działając pod presją czasu, Vickers zdecydował się na wykorzystanie podwozia czołgu „krążowniczego” A10, co przełożyło się automatycznie na mniejszy udźwig projektowanego wozu.

Choć nowa konstrukcja odpowiadała zgłoszonym przez wojsko wymaganiom, War Office najwyraźniej nie spodobało się to, co dostali. Trzeba było kolejnych opóźnień w harmonogramie dostaw Matildy II, by w końcu w lipcu 1939 roku złożono pierwsze zamówienie na 275 sztuk Valentine’a.

Valentine w całej okazałości (fot. Imperial War Museum, IWM Non Commercial Licence)

Walenty, Walenty czy Walenty?

Jedną z niejasności związanych z historią omawianego czołgu jest jego nazwa. Mamy tu trzy możliwe wyjaśnienia. Pierwsze z nich dotyczy daty narodzin samego projektu. Wstępny zarys projektu nowego wozu przedstawiono na spotkaniu mającym miejsce 13 lutego 1938 roku, co miało zainspirować budowniczych do wyboru tej jakże romantycznej nazwy. Dwie pozostałe hipotezy są jednak o wiele bardziej prawdopodobne. I zupełnie przyziemne.

Drugie wyjaśnienie związane jest z postacią Sir Johna Valentine’a Cardena, projektanta czołgów A9 i A10. Biorąc pod uwagę liczbę zapożyczeń konstrukcyjnych z A10, taki wybór nazwy byłby jak najbardziej usprawiedliwiony. Sir Carden zmarł jednak przed rozpoczęciem prac projektowych nad Mk. III.

Kadłub czołgu Valentine opuszczany w fabryce na gąsienice, Newcastle, 21 września 1942 r. (fot. Tyne & Wear Archives & Museums, domena publiczna)

Trzecia z możliwości jest najmniej romantyczna. Nazwa Valentine’a miała stanowić akronim słów Vickers Armstrong Limited (Engineers) Newcastle-upon-Tyne. Od razu rzuca się tu w oczy obecność „y” w miejscu „i”, niemniej za czasów rzymskich rzeka Tyne nazywała się Tinam. Teoretycznie mogło być to podstawą do zamiany liter, jednak dokonano jej zapewne, nie przejmując się wyszukiwaniem jakiegokolwiek historycznego pretekstu. Taki sposób tworzenia nazw nie był Brytyjczykom obcy, za przykład może tu służyć ręczny karabin maszynowy Bren (Brno – Enfield) czy pistolet maszynowy Sten (Shepherd – Turpin – Enfield).

Mimo to nie wolno nam odrzucić pierwszej opcji bez pewnej refleksji. Jak się bowiem miało okazać, losy Valentine’a związały się jednak, w pewien sposób, z szerzeniem miłości.

Valentine w roli taksówki w czasie ćwiczeń, Tunezja, 12 marca 1943 r. (fot. Imperial War Museum, IWM Non Commercial Licence)

Nieświęty Walenty

Tank, Infantry, Mk.III był uzbrojony w tę samą armatę co Tank, Infantry, Mk.II, czyli dwufuntowe (kal. 40 mm) działo przeciwpancerne. Na tym jednak kończyły się podobieństwa. Valentine był lżejszy i niższy od swego konkurenta, płacąc jednak za to cieńszym pancerzem i zwiększoną ciasnotą wnętrza. Sam kadłub był za to racjonalnie zaprojektowany z wykorzystaniem skośnych płyt pancernych tam, gdzie było to możliwe.

Pierwsze egzemplarze dotarły do odbiorców w czerwcu 1940 roku – zbyt późno, by wziąć udział w kampanii francuskiej. Co ciekawe, choć War Office zgodziło się przyjąć Valentine’a jako zastępstwo za Matildę II, w praktyce wysyłano je do jednostek w miejsce lżejszych czołgów krążowniczych, argumentując, iż Valentine’y nie nadają się do pełnienia zadań czołgów piechoty. Ot, wojskowy porządek.

Polskie Valentine’y z 2 batalionu 1 Pułku Czołgów PSZ na Zachodzie w czasie ćwiczeń w Szkocji, sierpień 1941 r. (fot. Imperial War Museum, IWM Non Commercial Licence)

Pierwszym testem bojowym nowych maszyn okazała się operacja Krzyżowiec (Crusader) rozgrywająca się w Afryce Północnej w listopadzie 1941 roku. Podczas walk na pustyni Valentine’y szybko udowodniły swą przydatność i mechaniczną niezawodność. Z powodu niskiej sylwetki dobrze nadawały się do udziału w zasadzkach, a w celu poprawy kontaktu z piechotą wiele z nich wyposażono w dzwonek elektryczny uruchamiany przez przycisk znajdujący się na zewnątrz kadłuba.

Mechanicy nauczyli się też doceniać racjonalne rozmieszczenie urządzeń i łatwość naprawy, a same pojazdy okazały się na tyle wytrzymałe, że niektóre z nich dotarły do Tunezji, mając za sobą ok. 4000 km przejechanych na gąsienicach. Najlepszą recenzją sprawności bojowej tych czołgów jest przezwisko nadane im przez pancerniaków – Old Vallentine (Stary Walenty).

Wnętrze wieży Valentine’a. Ładowanie dwufuntowego działa, 27 marca 1942 r. (fot. Imperial War Museum, IWM Non Commercial Licence)

Stara miłość nie rdzewieje

Wbrew pozorom, stworzona w pośpiechu konstrukcja nowego pojazdu okazała się zadziwiająco podatna na modernizacje i modyfikacje. Kiedy okazało się, że działo kalibru 40 mm nie wystarcza już do zwalczania nowszych czołgów, pod koniec 1942 roku do żołnierzy trafiły Valentine’y IX z działem sześciofuntowym (57 mm), a kiedy i ono okazało się nieadekwatne do potrzeb, w lutym 1944 roku oddano w ręce brytyjskich pancerniaków Valentine’a XI z działem 75 mm. Jak na czołg o tak skromnych gabarytach, była to potężna zmiana. Modyfikacje te wydają się jednak niewielkie w porównaniu do pojazdów zbudowanych na jego podstawie.

Valentine IX (fot. Imperial War Museum, IWM Non Commercial Licence)

Kluczem do sukcesu okazała się wytrzymałość i niezawodność podwozia Valentine’a, zaczerpniętego jeszcze z A10. Choć sam czołg nieuchronnie się starzał, a pod wieloma względami nie nadawał się już do wykorzystania na pierwszej linii walk, to jego konstrukcja oferowała wiele możliwości budowy maszyn przydatnych wojsku, np. wozów wsparcia czy specjalistycznych pojazdów inżynieryjnych.

Czołg mostowy Valentine Bridgelayer w akcji w Birmie, 28 marca 1945 r. (fot. Imperial War Museum, IWM Non Commercial Licence)

Miłość dużego kalibru

W marcu 1942 roku rozpoczęto produkcję „Biskupa” (Bishop) – działa samobieżnego składającego się z podwozia Valentine’a III i dwudziestopięciofuntowej (87,6 mm) haubicoarmaty. Nowa konstrukcja miała, przynajmniej w założeniach, stać się brytyjskim odpowiednikiem niemieckich dział szturmowych wspierających własną piechotę.

Jako że haubicoarmata miała być wykorzystywana przede wszystkim do strzelania bezpośredniego, nie przejmowano się za bardzo ograniczonym zakresem ruchu działa, położono za to nacisk na ochronę obsługi, zapewniając im (w przeciwieństwie do wielu niemieckich dział samobieżnych) osłonę z każdej strony. Dziwnym trafem, nowa nadbudówka skojarzyła się komuś z biskupią mitrą, dając początek nazwie pojazdu.

Wnętrze „mitry” Bishopa, Włochy, 28 września 1943 r. (fot. Imperial War Museum, IWM Non Commercial Licence)

Chrzest bojowy Biskupów miał miejsce w Egipcie w październiku 1942 roku. Co ciekawe, nie spotkały się one z ciepłym przyjęciem. Patrząc na amerykańskie działa samobieżne M7, Brytyjczycy zaczęli narzekać na niewielki kaliber i zapas amunicji Biskupa, jak również na ograniczony trawers i kąt podniesienia. Podobnie jak w wypadku Valentine’a, umundurowani decydenci najwyraźniej zapomnieli o własnych wcześniejszych wymaganiach i krytykowali przemysł za dostarczanie im dokładnie tego, co zamówili. Mimo wszystko ostatnie wozy tego typu służyły jeszcze we Włoszech w 1944 roku, gdzie zostały złomowane.

Miłość dalekiego zasięgu

Oprócz Biskupa podczas II wojny światowej opracowano i wdrożono do służby jeszcze jedno działo samobieżne oparte na podwoziu Valentine’a. Był to Łucznik (Archer), uzbrojony w siedemnastofuntowe (76,2 mm) działo przeciwpancerne. Przyczyną stworzenia nowej maszyny była rosnąca grubość niemieckich pancerzy czołgowych. Armaty dwu- lub sześciofuntowe nie zawsze dawały sobie radę z późniejszymi modyfikacjami PzKpfw III czy IV, nie wspominając o Tygrysach, przybyłych do Tunezji w listopadzie 1942 roku.

Biskup na pustyni, 25 września 1942 r. (fot. Imperial War Museum, IWM Non Commercial Licence)

Rozwiązaniem okazała się siedemnastofuntowa (76,2 mm) armata przeciwpancerna, pozwalająca na skuteczną walkę z praktycznie każdym niemieckim czołgiem. Zbudowanie wersji holowanej okazało się relatywnie proste (choć i tu napotkano problemy), jednak skonstruowanie działa samobieżnego czy czołgu wyposażonego w to potężne uzbrojenie okazało się o wiele trudniejszym zadaniem.

Najważniejszym problemem były rozmiary nowej broni. Zamontowanie jej w obrotowej wieży było w przypadku Valentine’a niemożliwe, pozostawał więc dosyć kłopotliwy montaż w kadłubie. Gdyby umieścić ją z przodu kadłuba (jak np. w SU-85), powstały wówczas pojazd byłby dość długi, a ponadto istniało również ryzyko przeciążenia przedniego zawieszenia. Można było też pójść ścieżką wyznaczoną już przez Biskupa czy niemieckie niszczyciele czołgów Marder III (SdKfz 139) i zamontować działo na pojedzie, co jednak znacząco zwiększało jego wysokość.

Rozwiązanie okazało się proste i nieortodoksyjne. Brytyjczycy po prostu zamontowali działo wylotem w kierunku tyłu pojazdu. W ten sposób niewielkim kosztem powstało działo samobieżne zdolne do niszczenia wszystkich pojazdów pancernych przeciwnika, niskiej sylwetce i zdolności do szybkiej ucieczki z zajmowanego stanowiska.

Archer na pozycji ogniowej w pobliżu Nütterden przy granicy niemiecko-holenderskiej, 9 lutego 1945 r. (fot. Imperial War Museum, IWM Non Commercial Licence)

Co prawda zamek działa cofał się po strzale dokładnie w to miejsce, w którym znajdowała się głowa kierowcy, niemniej i na to znaleziono rozwiązanie. Jeśli kierowca był dość niski i miał stalowe nerwy, mógł wcisnąć się pomiędzy odskakujące działo i pancerz pojazdu, a jeśli było to niemożliwe, musiał po prostu wysiąść z wozu na czas strzelania.

Pierwszy Archer pojawił się we wrześniu 1943 roku. Jak na tak improwizowany pojazd, Łucznik sprawował się przyzwoicie aż do zastąpienia go przez nowsze konstrukcje na początku 1945 roku.

Podsumowanie

Prócz wyżej wymienionych modyfikacji, istniały jeszcze czołgi pływające Valentine DD, pojazdy mostowe, wozy z miotaczami płomieni czy przeciwminowe, jednak opisanie ich wszystkich nadmiernie rozepchnęło by ten artykuł.

Koniec końców, w Wielkiej Brytanii i Kanadzie wyprodukowano 8316 podwozi Valentine’a różnych wersji (ok. 25% produkcji czołgowej tych państw), z czego 7260 sztuk wykończono jako czołgi, resztę przeznaczając pod różnego rodzaju wersje specjalistyczne. Aż 3665 Valentine’ów wyeksportowano do ZSRS, co stanowiło prawie 75% wszystkich czołgów wysłanych do tego kraju przez Kanadę i Wielką Brytanię. Dane te wyglądają dość imponująco, jeśli weźmie się pod uwagę, iż z fabryk wyjechało zaledwie 2890 czołgów Matilda II, których Valentine’y miały być jedynie czasowymi substytutami.

Jedno z ikonicznych zdjęć II wojny światowej. Czołgi Valentine przed wysłaniem ich do ZSRS w ramach pomocy wojskowej. Na pancerzach robotnicy fabryki w Smethwick z brytyjską i radziecką flagą. Napis głosi: „Teraz cała pomoc dla Rosji”, 1941 r. (fot. Imperial War Museum, IWM Non Commercial Licence)

Tank, Infantry, Mk.III okazały się bardzo wytrzymałymi i przyjaznymi dla załóg maszynami i pełniły swą trudną służbę w Afryce, Włoszech, Francji, Rosji i na Dalekim Wschodzie. Choć nie stały się pojazdami legendarnymi, to warto o nich pamiętać na co dzień i od święta.

Co może jednak mieć wspólnego ten czołg i jego odmiany z miłością? To proste i zrozumiałe dla każdego biegłego w tej trudnej sztuce. Valentine’y wytrwale zmierzały do celu, nie bacząc na przeciwności losu. Nie przeszkadzały im rowy ani rzeki. Jeśli trzeba, mogły celnie posłać strzałę kupidyna na dystans do 1500 metrów, a stojący w pobliżu Biskup mógł zakończyć sprawę jednym ruchem, zatrzymując wybranka w miłosnych okowach na wieki. Jak zatem widać, manewry pancerne i miłosne mają ze sobą wiele wspólnego.

Bibliografia

  • T. White, Valentine Mark III, „AFV Weapons Profile”, No. 6, Profile Publications, Windsor 1970.
  • Bruce Oliver Newsome, Valentine Infantry Tank, [w:] David Fletcher, British battle tanks, Osprey Publishing, Oxford 2017.
  • Tenże, Valentine Infantry Tank 1938–45, Osprey Publishing, Oxford 2016.
  • Bryan Perret, The Valentine in North Africa, Ian Allan, London 1972.
  • David Fletcher, British battle tanks, Osprey Publishing, Oxford 2017.
  • Tenże, The great tank scandal. British armour in the second world war, Part 1, Her Majesty’s Stationery Office, London 1989.
  • Janusz Ledwoch, Vol. I, Militaria, Warszawa 2009.
  • Paul Roberts, Valentine Infantry Tank, Darlington Productions, Darlington 1996.