Facebook-icon
Hrabia Tytus

Powstanie wielkopolskie w relacjach prasy sprzed 100 lat. Część 2: Wielkopolska wygrana z bliska i z daleka

Napady niesubordynowanych piętnastolatków na niemieckie kobiety, agresywni Polacy, polityczna chciwość i patriotyczne skąpstwo Wielkopolan kontra dobrze zorganizowane oddziały skautów, konieczność obrony przed niemiecką napaścią i poświęcenie powstańców. Wydarzenia związane z powstaniem wielkopolskim ukazywano na łamach ówczesnej prasy na wiele sposobów.

Beczka prochu, jaką był Poznań u schyłku 1918 roku, wybuchła za sprawą kilku znaczących iskier, od których ogniem zajęła się cała Wielkopolska. Gazety relacjonowały przebieg powstania z większym lub mniejszym zaangażowaniem, jednak w żadnym regionie kraju nie przechodzono obok niego obojętnie.

Z bliska

Nagłówek: „Stanowisko Polskie u progu Nowego Roku”. Poznań i Gniezno w ręku Polaków. Czego żądamy?”
„Kurier Poznański”, 1 stycznia 2019 r.

W myśl powiedzenia, że bliższa ciału koszula, tematem walk rozpoczętych u schyłku minionego roku najintensywniej zajmował się „Kurier Poznański”, który w wydaniu z pierwszego stycznia pisał o emocjach towarzyszących mieszkańcom Wielkopolski:

Wśród niezwykłych okoliczności żegnamy Rok stary i wstępujemy w progi nowego. Kiedy łuna wielkiej wojny na zachodzie już dawno zagasła, buchnęły płomienie walki już wkoło nas. Na ulicach Poznania polała się krew, pod Gnieznem również rozegrało się krwawe starcie między Polakami i Niemcami, w kilku innych punktach podobne zaszły wypadki, choć, o ile dotąd wiadomo, bez dalszych ofiar. Położenie było u nas od pierwszej chwili kapitulacji Niemiec i przewrotu rewolucyjnego w Rzeszy nader poważne. Haniebny i nieznany w świecie ucisk pruski pozostawił tyle rozgoryczenia, tyle świeżych wspomnień krzywdy wśród ludności polskiej, że trzeba było wielkiego wysiłku, aby w chwilach przełomowych, które przechodziliśmy, utrzymać spokój i uniknąć kroków nieobliczonych.

To się stało dotychczas, a fakt ten wystawia najświetniejsze świadectwo dojrzałości ludu i rozumowi jego przywódców odpowiedzialnych. Ale nikt się łudzić nie mógł, że stosunki są naprężone i że położenie równa się beczce prochu, w którą wystarczy rzucić iskrę, aby wywołać wybuch i pożar. Mimo to wszechniemcy i hakatyści igrali z ogniem. Patrząc na wzmagającą się agitację polakożerczą, na butne podnoszenie się głowy przycichłego na razie hakatyzmu, […] przestrzegaliśmy kilkakrotnie przed następstwami tej niecnej i zuchwałej roboty. Ale buta hakatystycznych prowokatorów rosła tem bardziej, iż rząd berliński nie uczynił niczego, aby zapędy ich powstrzymać. Nie uczynił niczego – jest za mało. Przeciwnie – uczynił wszystko, co istniejące antagonizmy mogło jeszcze bardziej zaostrzyć

Dziennik wskazywał na to, jak wielkie znaczenie dla zaognienia sytuacji w Wielkopolsce miało wysyłanie tutaj Heimat- i Grenzenschutzów. Uznawał te działania za grzech śmiertelny niemieckiego rządu socjalistycznego, który w ten sposób stał się narzędziem „jawnej roboty reakcyjnej i nacjonalistyczno niemieckiej”.

Obietnice rządu okazały się nie iść w parze z czynami, a liczne nadużycia i gwałty, których dopuszczały wysyłane do Wielkopolski oddziały zaogniły atmosferę na terenach zaboru pruskiego. […] Rząd, co innego gadał, a co innego czynił, a rezultatem było, że nasyłani w nasze strony obcy żołnierze dopuszczali się gwałtów, wywołując oburzenie dochodzące do szczytu.

To wzburzenie związane z pruskim uciskiem i nadużyciami niemieckich oddziałów, połączone z nadziejami na odzyskanie niepodległości, stanowiły w istocie mieszankę wybuchową, na którą sypnęły się iskry z kilku różnych stron. Zapłonem dla patriotycznych uniesień był przyjazd Paderewskiego, sygnałem do zbrojnych wystąpień Polaków stały się niemieckie prowokacje związane z tym wydarzeniem.

Zwycięski szturm na Prezydium Policji w Poznaniu i śmierć Franciszka Ratajczaka. Obraz Leona Prauzińskiego (domena publiczna)

W tę beczkę prochu padła iskra prowokacji niemieckich z okazji przyjazdu Paderewskiego i angielskiej misji wojskowej. Rozwydrzeni wskutek agitacji wszechniemieckiej żołnierze znieważyli sztandary koalicji – co więcej urządzili napad zorganizowany na ludność polską. To już był kres cierpliwości, którą skrupulatnie zachowywaliśmy. Naprędce zorganizowana siła zbrojna polska dała odpór napaści niemieckiej i w następstwie zwycięskiej walki opanowała miasto. Z Poznania przeniósł się ruch żywiołowy do Gniezna, Trzemeszna, Mogilna i kilku pomniejszych miast.

Gazeta podkreślała pokojowe nastawienie Polaków i niechęć do prowadzenia walki z Niemcami, zwracała jednak uwagę na potrzebę przyjęcia właściwej postawy wobec konieczności obrony przed jawnym atakiem i prowokacjami:

Stoimy wobec faktów, z których należy wyciągnąć właściwe konsekwencje. Ani powstania urządzać, ani wojny prowadzić z Niemcami nikt zpośród nas nie chce. Jeżeli prasa berlińska wraz z mnóstwem fałszów tendencyjnych szerzy takie wiadomości. To jest to robota obliczona na szerzenie wrogich Polakom nastrojów wśród ludności niemieckiej. Ale nie może być też mowy o tem, aby Polacy po tem, co zaszło, wrócili po prostu do dawniejszych stosunków. Krew niewinnie poległych nie mogła się polać nadaremno.

W dalszej części artykułu dziennik wskazywał na niezdolność władz niemieckich do zachowania w dzielnicy spokoju, którego gwarancje wcześniej dawały.

Musimy mieć rzeczowe – nie gołosłowne – gwarancje, że spokój u nas zostanie zachowany. Organy urzędowe niemieckie według własnych swych oświadczeń okazały się niezdolne do tego. Nie ma więc innego wyjścia, jak że Polacy sami muszą władzę wziąć w swoje ręce. Tę władzę dziś faktycznie posiadają i dobrowolnie jej nie oddadzą. Jeżeli Berlin chce mieć spokój na wschodzie aż do konferencji pokojowej, to musi liczyć się z tem, co zaszło. Polacy ze swej strony ugody utrudniać nie będą. Ludności niemieckiej nietykalność mienia i osoby będzie zagwarantowana. Ale czas jest, aby – jak to zasadzie demokratycznej odpowiada – ludność polska jako czynnik przeważający była panem swej ziemi.

Wśród informacji na pierwszej stronie pojawiła się istotna dla wszystkich poznaniaków wiadomość o tym, że 6 pułk grenadierów, którego działania stały się zarzewiem wydarzeń z 27 grudnia, opuścił miasto:

Dziś w nocy opuścił Poznań 6 pułk grenadierów, właściwy sprawca zajść poznańskich i pochodu, który zrywał sztandary polskie, koalicyjne i amerykańskie. W myśl umowy zawartej z komendantem miasta Maciaszkiem, grenadierzy wymaszerowali z bronią i bagażem na dworzec, a stąd wyprawiono ich w kierunku Krzyża. Podczas przemarszu przez miasto, ulice obstawione były przez oddziały żołnierzy Polaków, aby zapewnić miastu spokój i bezpieczeństwo

Zrywanie sztandarów przez żołnierzy niemieckich. Obraz Leona Prauzińskiego (domena publiczna)

„Dziennik Poznański” na pierwszej stronie noworocznego wydania drukował podsumowanie minionych 12 miesięcy:

Dobiegł kresu rok „obfity w zdarzenia, nadzieją brzemienny”. Jak żaden inny w dziejach naszego narodu. W przeciągu tych zaledwie dwunastu miesięcy szala, na której ważyły się losy Polski, przeszła wstrząśnienia większe niż kiedykolwiek wyobrazić sobie było można. Przeżyliśmy chwile najgorszego poniżenia, kiedy duszę się nam buntowały w bezsilnej, zdawało się, zgrozie, przetrwaliśmy długie miesiące wyczekiwania, kiedy niepewne były wyniki wojny i przyszłość świata, aż wreszcie prędzej, niż spodziewać się było można, nadeszła upragniona chwila triumfu sprawiedliwości, która pokonała potęgę wroga i dzisiaj ziścić ma wszystkie najdroższe marzenia nasze.

Gorące wydarzenia z końca grudnia gazeta opisywała z dystansem i nieco półgębkiem na dalszych stronach. 3 stycznia ostrożnie donosiła w „Wiadomościach z prowincji”:

W Ostrowie znajdują się dworzec, poczta, policja i wszystkie publiczne gmachy w naszem ręku. Wczoraj zebrała się specjalna komisja, która objęła cały inwentarz wojskowy. Również w Skalmierzycach znajduje się wszystko w ręku Polaków. Tak samo zajęliśmy Krotoszyn. Plac ćwiczeń wojskowy w Biedrusku obsadziły wojska polskie.

Z daleka

O niemieckich kłamstwach w sprawie wydarzeń w Poznaniu pisał 1 stycznia „Kurier warszawski”:

Kłamstwa niemieckie z powodu zajść poznańskich podawane w gazetach berlińskich przechodzą wszystko, co nawet najbardziej pesymistyczne przewidywania oczekiwać kazały. Na próbę podajemy tylko niektóre wycinki z tego, co do „Berliner Tageblattu” pisze jego korespondent bydgoski: Zajścia w Poznaniu – czytamy tam – są wynikiem jednolitej, od dawna przygotowanej organizacji Polaków poznańskich. Obywatele polscy Poznania i okolicy już przed kilku tygodniami zostali zaopatrzeni w broń przez warszawskich emisariuszy. Gdy w czwartek przybył Paderewski do Poznania w towarzystwie oficerów koalicyjnych i przyjmowany był jak panujący, cofnęli się Niemcy, ponieważ dokładnie wiedzieli, co ich czeka. Dzień ten przeszedł wskutek tego dość spokojnie. W piątek jednak doszło ze znanych przyczyn do ciężkich wykroczeń przeciw Niemcom.

Na Wilhelmowskim placu zgromadzili się uzbrojeni obywatele mówiący po polsku, spędzili znachodzących się tamże Niemców i bili na oślep w nie kolbami. Niemieccy żołnierze przybiegli na pomoc i usiłowali uchronić także składy niemieckie, które Polacy zaczęli rabować. Skutkiem tego atak ze strony obywateli polskich. Około pięćdziesięciu trupów pozostało na placu. Żołnierze niemieccy musieli się cofnąć, oficerów rzucono na ziemię, maltretowano i pozostawiono porzuconych bez pomocy na ziemi. Teraz dopiero rozruchy się rozszerzyły się na całe miasto. Chłopcy 15-17 letni uzbrojeni na własną rękę działali na ulicach, obrabowywali Niemców i maltretowali ich, szczególnie zaś kobiety. Na synagogę, gdzie żydzi zgromadzili się na modlitwę urządzono ogień huraganowy z karabinów maszynowych. Ilu było rannych, nie można jeszcze było stwierdzić. Na znak dany przez porządkowych udekorowanych orłem polskim zgromadziły się tysiące Polaków w okolicy Placu Wilhelmowskiego, pomaszerowali do składu artyleryjskiego, zajęli go i rozdzielili granaty ręczne i amunicje pomiędzy tłum. Tak uzbrojeni pomaszerowali na dworzec, zajęli go zbrojną ręką i obsadzili wszystkie linie kolejowe, wiodące do granicy prowincji poznańskiej.

Inny obraz tych samych wypadków, o których berlińskie gazety pisały, jak o rozbójniczym napadzie na Bogu ducha winną ludność niemiecką, przedstawia krakowski „Czas”, powołując się przy tym na relacje innych gazet i podkreślając wielkopolską umiejętność zespołowego działania. 2 stycznia 1919 roku w dzienniku można było przeczytać:

Społeczeństwo wielkopolskie wykazało niezwykłą sprawność organizacyjną. Sprowokowane przez Niemców potrafiło opanować miasto Poznań i rozbroić załogę niemiecką. Manifestacye, połączone z przyjazdem państwa Paderewskich do Poznania, doprowadziły tamtejszych Niemców do roznamiętnienia. Przed południem dn. 27 b.m. zaczęli Niemcy organizować kontrdemonstracyę, zapowiadając ją na wpół do drugiej po południu. O tej porze zaczęli Niemcy zrywać sztandary koalicyjne, a w wielu miejscach i polskie. Pochód Niemców szedł do miasta i zatrzymał się przed budynkiem, w którym mieści się Naczelna Rada Ludowa. Tutaj Niemcy zdjęli z gmachu sztandary francuskie, angielskie i amerykańskie. Po drodze przez miasto zrywano również sztandary koalicyjne i polskie. Ze strony polskiej reagowano na to niejednokrotnie w sposób krwawy. Niemcy rozzuchwalali się mimo to coraz więcej.

Oddział wojska niemieckiego zjawił się karabinami maszynowymi przed lokalem polskiego Bazaru, gdzie zamieszkali pp. Paderewscy i misya koalicyjna i zaatakował gmach. Dopiero wówczas wystąpili Polacy. Straż obywatelska odpędziła napastników, a na ulicach miasta rozpoczęła się formalna bitwa. Walka zostrzała się coraz bardziej i zdawała się przybierać postać groźną dla Polaków, gdyż Niemcy ustawili kulomioty na kościele i placu św. Piotra i strzelali do Polaków. Niemcy strzelali z ukrycia z okiem domów, Polacy zaś zdobywali szturmem domy, z których strzelano i gmachy rządowe, a rozbrajając Niemców, zaopatrywali się w ten sposób w broń. Dopiero zdobycie brawurowym atakiem arsenału dostarczyło dostatecznej ilości broni i amunicyi. Po kolei zajęto gmach regencyi, policyę, pałac cesarski i dworzec kolejowy. Po dwóch dniach cały Poznań znalazł się w rękach polskich.

Po lekturze artykułu można było również wyrobić sobie inne zdanie na temat rzekomych rozbójniczych działań niezorganizowanych grup polskich podrostków:

Operacyami dowodził były naczelnik „Sokoła” w Berlinie, Lange, naczelnik związku sokolskstwa polskiego na Rzeszę niemiecką. Zorganizował on 9000 ludzi zbrojnych w karabiny i granaty ręczne. W walkach uczestniczyły także kobiety i dzieci. Odznaczyli się skauci. Zdobycz w Poznaniu przedstawia się bardzo poważnie. Pierwszej nocy zdobyto na Niemcach przeszło 120 karabinów maszynowych.

Krakowski „Czas” regularnie pisał o wydarzeniach w Wielkopolsce i ich znaczeniu

Sprawą powstania wielkopolskiego, którego rozmiarów i skutków jeszcze nie potrafiono w pełni przewidzieć, zajął się też pierwszy styczniowy numer tygodnika „Naprzód”.

Gniezno i Poznań w rękach polskich. Dzienniki niemieckie podają lakoniczne wiadomości, że Gniezno wpadło w ręce Polaków. Znajdujące się w mieście części 12 pułku dragonów i 49 pułku piechoty zostały zaskoczone i poddały się. Polacy opanowali dwie kasy wojskowe, w których rzekomo znajdowało się 15 milionów marek. Według tychże samych doniesień Polacy są obecnie panami Poznania. Oficerów i żołnierzy niemieckich rozbrojono. W sobotę, podczas walk spowodowanych przez wojska niemieckie, które poczęły zdzierać chorągwie koalicyjne, wywieszone z okazji przybycia Paderewskiego, miało paść 35 osób.

Tygodnik donosił także o ustanowieniu w Poznaniu sądów doraźnych, o których obwieszczenie, podpisane przez władze polskie i niemieckie, rozlepiono 28 grudnia:

W Poznaniu zarządza się od dnia dzisiejszego aż do odwołania sądy doraźne. Osobom cywilnym nie wolno po godzinie 9 wieczorem opuszczać swych mieszkań.

Czytelnicy czasopisma z zamieszczonego tam komunikatu sztabu generalnego z dnia 30 grudnia mogli dowiedzieć się ponadto, iż:

Z powodu rozpoczętych akcji ze strony Niemców, oddziały nasze rozbroiły po krótkich walkach oddziały niemieckie w Skalbmierzycach i Anastarzewie. Wzięto jeńców i karabiny maszynowe. Skalbmierzyce i Anastarzew leżą na linii kolejowej Kalisz-Ostrowo.

Poznań i Naczelna Rada Ludowa oczami redakcji „Wyzwolenia”

O rozwoju wypadków w Gnieźnie i okolicach informował trzeci numer „Wyzwolenia” z 19 stycznia 1919 roku, relacjonując zdobycie miasta na podstawie przekazu jednego z przybyłych do Warszawy przedstawicieli gnieźnieńskiej Rady Powiatowej:

Głos z Gniezna. […] otrzymaliśmy taki opis położenia braci naszych w tamtych stronach. Dnia 28 grudnia udało się trzech przedstawicieli Rady Robotniczej gnieźnieńskiej do koszar. Tam zażądano od Rady żołnierskiej niemieckiej wydania koszar w ręce Polaków. W czasie pertraktacji ludność polska wtargnęła samorzutnie do koszar i wzięła broń i amunicję w posiadanie. Rozbrojono wojsko i w 24 godziny wysłano pruskich żołnierzy, z odpowiednią aprowizacją , na granicę branderburską. Po odebraniu koszar piechoty, wzięto dwie wiorsty za Gnieznem leżące koszary dragońskie. W Gnieźnie nie rozlała się ani kropla krwi. Równocześnie ze zdobyciem koszar obsadzono pocztę, dworzec i ruch kolejowy Polakami.

3 kompania gnieźnieńska, 1919 r. (fot. ze zbiorów Wielkopolskiego Muzeum Niepodległości)

Dalsza część relacji opisuje reakcję na odsiecz, jaką pruscy ziemianie sprowadzili z Bydgoszczy:

[…] Haimatszuc do Zdziechowy o 5 wiorst odległej od Gniezna w sile około 350 infanterji, 50 konnicy i 4 armaty nadesłała. Zażądali oddania koszar, broni i amunicji, pod grozą rozstrzelania miasta. Chłop polski, który wrócił z wojny, odruchowo chwycił za broń i poszedł bez przywódców na nieprzyjaciela, zdobył jednem zamachem Zdziechowę, 120 jeńców i znaczną ilość amunicji, zresztą rozpoczęto nie z ramienia ludu układy, które niepowołany ksiądz Zabłocki rozpoczął na własną rękę. Przez noc z dnia 29 na 30 grudnia nadszedł posiłek z Wrześni.

Korespondent „Wyzwolenia” narzekał przy tym na postawę delegacji z Poznania, niechęć poznaniaków do walki i znacznie późniejsze, niż tego oczekiwano, przybycie posiłków ze stolicy prowincji.

Tymczasem przyjechała delegacja z Poznania w osobach dr Szulczewskiego i kapitana Szczanieckiego celem podtrzymania układów i zaniechania dalszej walki. Naczelna Rada Ludowa pertraktowała z Berlinem, a Komenda Poznańska żadnych posiłków nie nadesłała. Z pomocą Wrześni wypędzono Haimatszuc z powiatu gnieźnieńskiego, oczyszczono powiaty żniński, mogilnicki, witkowski, strzeliński i podążano przez Kruśćwicę do Inowrocławia, mimo niechęci Poznania do walki. Tam powstała ciężka walka, padło 32 Polaków, w tych 14 Gnieźniaków, aż wreszcie i Inowrocław zdobyto. W dowód uznania dla gnieźnieńskiego wojska mianowano dowódcę tegoż komendantem miasta. Ze Żnina nadesłano ze strony pruskiej, od Bydgoszczy, Piły, Szczecina, znaczne posiłki piechoty i artylerjii około 40 armat i tam się właśnie walka toczy. Ostatecznie i Poznań przysłał na 8 stycznia 600 chłopa, amunicję i 8 dział. Również zażądaliśmy pomocy z Kalisza i Radziejowa, skąd 50 ułanów i trzy kompanje legionów nadeszły.

Autor podpisujący się jako „Wasz brat z Gniezna” zajmuje się jednak nie tylko informacjami z placu boju, ale także interpretacją polityczną tych wypadków, zbieżną z profilem ideologicznym pisma:

Sprawa polityczna ma się następująco: Ludność zaboru pruskiego oczekuje sercem i duszą jak najprędszego połączenia się z całą Polską, z Warszawą. Dowodzą tego na wszelkich ludowych wiecach okrzyki na cześć tymczasowego Rządu Warszawskiego i Naczelnika Piłsudskiego. Polityka i dyplomacja Naczelnej Rady Ludowej z Poznania jest wprost ludowi niezrozumiałą. Lud żąda zjednoczonej kochanej Polski, a Naczelna Rada Ludowa z ks. Adamskim i Korfantym na czele, targują się o zaszczyty i stanowiska. Zamiast pomoc dać do budowy niezależnej Polski, to ci panowie z Naczelnej Rady Ludowej z Poznania kłócą się o zaspokojenie osobistych ambicyj. Zamiast dążyć do jak najszybszego zwołania Sejmu, to endecja poznańska stawia żądania, ażebyśmy wysłali samozwańczych posłów, których naczelna Rada Ludowa Poznańska, wedle własnego widzimisię zamianuje.

Zamiast z otwartemi ramionami przyciagnąć Polskę do serdecznego uścisku i jako matce wracającej do zdrowia dać możliwość do życia, to panowie z Poznania chcą ja głodem umorzyć i zmusić do przyjęcia samozwańczych posłów w ilości bezproporcjonalnej. Ludność polska zaboru pruskiego takich zyskownych targów sobie nie życzy! Panowie z Poznania jesteście odosobnieni! Ludność nasza pracująca, nasz chłop, gospodarz, nasz kupiec i przemysłowiec, ci wszyscy mają zrozumienie dla państwotwórczej idei, ci wszyscy, tak jak na pruskich ciemiężycieli poszli i ich wypędzili, tak i wesprą Polskę, bez względu na to, z jakich partyj Rząd się składa – nam wystarczy to zapewnienie, że rząd obecny składa się z gorliwych sercem i duszą kochających Polaków. Dwóch rządów w jednej Polsce nasz lud nie ścierpi. Nacz. R. L. w Poznaniu miała być przedstawicielem życzeń ludu polskiego z zaboru pruskiego, a nie – rządem.

„Wyzwolenie” nie podziela podkreślanej tylekroć przez krakowski „Czas” wiary w ukierunkowaną na potrzeby Ojczyzny hojność Wielkopolan. Zarzuca im skąpstwo, pragnienie zaszczytów i chęć zagłodzenia Matki Polski:

Matka-Polska potrzebuje pieniędzy na stworzenia Państwa i utrzymanie wojska, a panowie z Poznania chachulą przed ludem naszym i nie pozwolą nawet na rozgłaszanie o pożyczce państwowej, chociaż na „krygsanlaje” niemieckie we wszystkich gazetach polskich zachęcali, bo pod przymusem pikelhauby. Lud nasz jest bogaty. Banki mają pieniędzy nadmiar, przyjmują depozyty nawet, tylko bez procentów, a ksiądz kanonik Adamski, jako Patron Spółek Zarobkowych, śmiał żądać od Matki Polski 7%! Na to krwawi się nasze serce Polskie! Tak dalej nie będzie! Lud nasz bezpośrednio udzieli swej Matce pożyczki, ażeby doszła do zdrowia i siły, siły niespożytej, ludowej.

Dwa spojrzenia na jedną armię

Przysięga wojsk polskich pod dowództwem generała Józefa Dowbora-Muśnickiego, 26 stycznia 1919 r. Obraz Leona Prauzińskiego (domena publiczna)

Wielkopolanie nie żałowali jednak dla Ojczyzny ani pieniędzy, ani własnej krwi. Powstańcze oddziały odnosiły kolejne sukcesy, ale też ponosiły straty. Do pewnego momentu była to dobrowolna ofiara powstańców, 26 stycznia 1919 roku przypieczętowana przysięgą wojskową, o której pisał „Kurier Poznański”:

Wczoraj żołnierz polski w stolicy wielkopolskiej i we wszystkich garnizonach naszej dzielnicy uroczystą złożył przysięgę, ślubując wierną służbę ojczyźnie polskiej, obronę kraju ojczystego i dobra narodowego do ostatniej kropli krwi, posłuszeństwo komisarjatowi Naczelnej Rady Ludowej, dowódcom i przełożonym przezeń mianowanym. Ślubował żołnierz dalej, że zachowywać się będzie, jak na mężnego i prawego Polaka przystało i że po zjednoczeniu Polski złoży przysięgę żołnierską ustanowioną przez polską zwierzchność państwową.

Znaczenie tego historycznego faktu, dziennik oceniał następująco:

Przez złożenie przysięgi dopiero wojsko nasze zyskało tę moralną podstawę, bez której żadna armia obyć się nie może. Odtąd żołnierz, który przysiągł, czuje się wewnętrznie związany ze sprawą, za którą walczy i z władzą, której rozkazom podlega. Wprawdzie większa część żołnierzy naszych, przejęta poczuciem obywatelskim, od pierwszej chwili wiedziała, jakiej sprawie służy i jakie ją czekają obowiązki. Ale przysięga nadaje dopiero służbie żołnierskiej ów stygmat dostojeństwa, wpajając w najprostszego szeregowca świadomość potrzeby karności, poświęcenia i honoru rycerskiego, którego splamić nie wolno. Dzień wczorajszy, dzień 26 stycznia – to dzień w dzielnicach naszych zpod byłego zaboru pruskiego – dzień prawdziwie historyczny. Przeżywaliśmy wczoraj chwilę, która przejdzie do historii Narodu, o której potomkowie nasi mówić po wiekach będą. Przeżywaliśmy chwilę, na która pokolenia całe czekały od przeszło wieku. Przeżywaliśmy chwilę, jakiej Poznań od czasów rozgrabienia Polski nie widział, o jakiej nawet marzyć nie śmiał. Byliśmy świadkami zaprzysiężenia wojsk polskich naszej dzielnicy, byliśmy świadkami zaprzysiężenia zawiązku, podwaliny przyszłej potężnej armji polskiej.

Dalsza relacja gazety to opis emocji towarzyszących uczestnikom zdarzenia i podkreślenie związku tworzonej właśnie armii z wielką tradycją polskich sił zbrojnych:

Patrząc wczoraj na naszych ułanów z proporczykami, na zwarte szeregi naszych wiarusów, będąc świadkami przysięgi i wręczania sztandaru, patrząc na to wszystko – widzieliśmy w wyobraźni naszej owe bohaterskie hufce pancerne Polski Niepodległej i widzieliśmy hufce bohaterskie braci siermiężnej zpod znaku Kościuszki i legionów narodowych spod znaku Dąbrowskiego.

„Dziennik Poznański” także opisywał tę uroczystość, lecz status powołanych w ten sposób oddziałów oceniał odmiennie, podkreślając zerwanie ciągłości z polskimi siłami zbrojnymi z dawnych wieków:

Z tą chwilą i na naszej wielkopolskiej ziemi powstał zawiązek armji polskiej. Nowa to będzie armja. Nie będzie to już ta armja, która w zaraniu dziejów naszych zwycięskie Bolesławy wiodły na Kijów złotobramy i która Psie pola gęstym mościła trupem niemieckim, nie ta, co w glorji Jagiełłowego przywódctwa krwawem dziełem Grunwaldzkiem zadziwiła chrześcijaństwo i położyła podwaliny pod przyszłą Polski potęgę, nie ta, co zmagała się z szwedzkim i moskiewskim najazdem i w wiekowych walkach z dziczą azjatycką zdobyła Polsce dumne miano Przedmurza, nie ta zpod Wiednia, nie ta zpod Racławic, gdy już bielmo śmierci jęło zachodzić oczy umęczonej ojczyzny. Ani pogrobowej Polski to armja, to co z ziemi włoskiej maszerować chciała do Polski, uczestniczka Napoleońskiej epopei chwały legendowej. Ani ta z pod Wawru, Igań, Olszynki.

Ta armja nie żyje. Była, kwitła przez wieków dziesiątek i chwałę imienia polskiego wyniosła pod gwiazdy. Ale nie ma jej już. Skończyła swój wielki zawód dziejowy. Rok 1831 przerywał jej ciągłość organiczną. A rok 1863 jej nie wskrzesił. Byli wtedy jeszcze żołnierze i oficerowie z owej armji minionej , lecz armji już nie było. Dziś nie ma nikogo, kto by był tej armji minionej członkiem, a bodaj ostatni, którzy z lat dziecięcych ją zapamiętali, niedobitki tej militarnej epoki naszej, legli już w grobie. Ta armja, która dziś powstaje i w oczach naszych rośnie, to nowa armja i nowej Polski armja. Nie Polski królewskiej, nie Polski pogrobowej to wojska, lecz żołnierze zmartwychwstałej, republikańskiej, ludowej ojczyzny. Żadna nić cielesna tych dwóch armji nie łączy, prócz tej, że jednej matki-ojczyzny syny ją tworzą.

Pociąg pancerny „Danuta” zdobyty pod Rynarzewem w lutym 1919 roku. Panzerzug 22 obsadzony przez 400 żołnierzy niemieckich został nazwany na cześć żony jednego z poległych i aż do 1939 r. służył w Wojsku Polskim (fot. domena publiczna)

Był to ważny moment w historii polskiej wojskowości, który jednak nie wieńczył powstania wielkopolskiego. Nazajutrz ruszyła niemiecka ofensywa w okolicach Bydgoszczy i Nakła. Bitwa pod Rynarzewem, zajęcie Szubina przez Niemców i wiele innych jeszcze wydarzeń znalazły swoje miejsce na łamach gazet. Kiedy 29 stycznia Roman Dmowski na posiedzeniu Najwyższej Rady Państw koalicyjnych uzasadniał prawa Polski do ziem zaboru pruskiego, w Wielkopolsce ciągle było gorąco. Na początku lutego wciąż toczyły się ciężkie walki o Szubin, Łabiszyn i Rynarzewo. Do znanej nam z kart historii pewności, że powstanie wielkopolskie okaże się zwycięskie, brakowało jeszcze nieco czasu.

Udostępnij

Danuta Podolak

Kobieta z książką na głowie... - dosłownie i w przenośni. Zakochana w sztuce słowa. Legenda głosi, że urodziła się z „Trylogią” pod pachą, mikrofonem w ręce i fragmentami „Pana Tadeusza” na ustach. Tyle w tym prawdy, że lubi Sienkiewiczowskie zdania wielokrotnie złożone, pracowała w kilku stacjach radiowych i jednej telewizji oraz z zapałem interpretuje teksty literackie, nagrywając audiobooki. Aktorka, nieistniejącego już, amatorskiego teatru, którego niezapomnianą Panią Profesor była Krystyna Feldman. Prowadziła zajęcia recytatorskie dla uczniów szkoły podstawowej, reżyserowała spektakle dziecięcego teatru i organizowała warsztaty radiowe dla dzieci i młodzieży. Z radością i dumą występuje w barwach „Tytusa”. Realizuje projekt „Historia pisana głosem”. Humanistka z umysłem ścisłym, historię kocha jako wierną towarzyszkę wszelkich nauk filologicznych. Interesuje ją staropolszczyzna, lubi grzebać w wiekowych papierach. Kocha miejsca, w których to, co nowoczesne, spotyka się z tym, co dawne – na przykład biblioteki cyfrowe. Właśnie z tej miłości szpera w gazetach sprzed stu lat i szuka sposobów prababek na zdrowe, mądre i pełne uroku życie.

Danuta Podolak