fbpx
Facebook-icon
Hrabia Tytus

Włóczędzy – najwięksi przestępcy średniowiecza

Średniowieczna historia ludzi wyjętych spod prawa różni się od powszechnych wyobrażeń. Skropiona krwią i zaprawiona bólem, a przy tym daleka od cukierkowej banicji Robin Hooda, ukazuje świat, w którym o rozmiarze zbrodni nie decydował sam czyn, lecz pozycja społeczna sprawcy.

Trójpodział średniowiecznego społeczeństwa: oratores (ci, którzy się modlą), bellatores (ci, którzy walczą) i laboratores (ci, którzy pracują). Ozdobny inicjał z francuskiego rękopisu z XIII w.

Ci, którzy walczą, ci, którzy pracują, oraz ci, którzy się modlą – to uproszczony podział klasowy wieków średnich. Ówczesne społeczeństwo to jednak nie tyko rycerze, chłopi i duchowni, a także biedni i bogaci mieszczenie, mający fundamentalny wpływ na przemiany społeczno-gospodarcze w XII–XV wieku. Obok tych grup swój żywot wiedli wszyscy ci, którzy nie byli godni obcowania z innymi dziećmi bożymi. Margines średniowiecznego społeczeństwa to cała rzesza ludzi o zróżnicowanym charakterze, moralności i powiązaniach z resztą mieszkańców danego terenu.

Do grona tych wykluczonych należały osoby, które wzbudzały wprawdzie lęk lub były wyszydzane, ostatecznie jednak były akceptowane ze względu na swoje znaczenie dla prawidłowego funkcjonowania miast. To prostytutki, liczni żebracy, jałmużnicy, kaci, a nawet trędowaci. Z drugiej strony istnieli też banici całkowicie usunięci poza nawias społeczeństwa.

Pomiędzy tymi wszystkimi tymi grupami znaleźć można liczne przykłady bandytów, przestępców i złodziei, którzy nie zawsze żyli na marginesie i nie zawsze lądowali na nim w wyniku swoich zbrodni. Czasem stanowili jednak poważniejszy problem mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Dlaczego? Ponieważ pozostawali w ruchu.

Banita, czyli wędrowny wilkołak

Myśląc o średniowiecznych bandytach, widzimy przede wszystkim banitów. Wbrew naszej popkulturze, nie ma w nich jednak niczego romantycznego. Banicja była dla wielu ludzi najgorszą z możliwych kar. W wyniku rożnych przewin skazana osoba była pozbawiana praw i wypędzana z danego terytorium. Sankcję tę często stopniowano, zarówno jeśli chodzi o okres wygnania, jak i jego zasięg terytorialny. Przykładowo, banicja w Gandawie mogła oznaczać zakaz przebywania w całej Flandrii lub tylko na obszarze jednej mili wokół miasta.

Już sam brak możliwości współuczestnictwa w życiu wspólnoty tworzył chwiejną sytuację życiową. A bywało jeszcze gorzej. W wielu przypadkach banicie odmawiało się prawa do schronienia, pomocy, jadła i napoju, a jego ewentualny zabójca był zwalniany z odpowiedzialności. Nie tyle więc pozbawiano skazanego praw społecznych, co wręcz odzierano go z człowieczeństwa.

Lex Salica mówiło wręcz o banitach, że są niczym wilki, które należy odganiać od ludzkich siedzib, a w razie zagrożenia należy je ubić. Prawda historyczna o tej grupie jest daleka od legendarnej wizji przygód Robin Hooda, czyli szlachetnego wygnańca z lasu Sherwood. Banitom bliżej do legend o wilkołakach i upiorach, dla których nie ma miejsca wśród ludzi.

Włóczęga gorszy niż morderca

Wilkołak – drzeworyt Lucasa Cranacha starszego, ok. 1512 r. (ze zbiorów Herzogliches Museum)

Wykluczenie i zakaz osiedlenia się na danym terenie prowadził zazwyczaj banitów do największej zbrodni, jaką mógł sobie wyobrazić średniowieczny człowiek – włóczęgostwa. Zmuszony do wędrówki przez wypędzenie stawał się kimś gorszym niż złodziej czy rabuś, gdyż nie posiadał swego miejsca na ziemi Jego czynów nie można było osadzić w przestrzeni ujarzmionej przez człowieka. Wędrował przez drogi, lasy i góry, cały czas narażając się na kontakt z ciemnymi mocami.

W takiej sytuacji morderca mógł mieć wiele więcej praw niż on. W wielu średniowiecznych spisach prawa karnego zabójstwo nie wyrzucało bowiem winnego poza nawias społeczeństwa, a wiele kar przybierało postać grzywny. Takie prawo karne działało na Mazowszu jeszcze w XIV–XV wieku. Listy ułaskawiające francuskich królów zawierają przykłady zbrodni często mrożących krew w żyłach, a jednak życie ich sprawców toczyło się na granicy wykluczenia, blisko wręcz normalnej codzienności.

Rycerz, który zamordował chłopa w konkretnym miejscu, przypisanym tak jednemu, jak i drugiemu, nie burzył porządku świata, który osadzał się na stabilności osadniczej, sąsiedztwie i przywiązaniu do ziemi. Mord był tylko chwilowym wstrząsem. Włóczęga zakłócał z kolei same podstawy, na których opierało się społeczeństwo.

W średniowieczu mobilność ludności nie była tak niska, jak mogłoby się wydawać. Wędrowali wszyscy: od pielgrzymów i krzyżowców, przez osadników i kolonistów, po szukających wiedzy studentów i rzemieślników podążających za pracą. Mimo to stabilność osadnicza była ideałem, do którego człowiek średniowiecza stale dążył. Podróż była zazwyczaj podejrzana, po cóż bowiem opuszczać bezpieczny dom, narażać się na kontakt z podejrzanymi ludźmi i niespodzianki przyrody? Tym bardziej podejrzany był człowiek, który stale znajdował się w ruchu i uczynił z wędrówki sposób na życie.

Gangi i bandy

Zajęcie się przestępczym życiem na stałe zapewniało nawet działaniom licznych gangów osobliwą formę społecznej akceptacji. Lepsza znana, lokalna mafia niż wędrująca grupa rabusiów. Jeszcze lepiej, gdy przestępczość była dodatkiem do zwyczajowej, codziennej aktywności.

Pielgrzym wyruszający w drogę (miniatura z paryskiego rękopisu, ok. 1400 r. British Library, Egerton 1069)

W 1460 roku we francuskim Amiens złapana została grupa złodziei-włóczęgów ściganych za liczne kradzieże na odpustach i jarmarkach oraz za prowadzenie nielegalnych domów publicznych. W ręce stróżów prawa wpadło czterech mężczyzn w wieku 16, 26, 28 i 30 lat. Każdy z nich określony był jakimś zawodem (balwierz czy robotnik-kopacz). W ich przypadku działalność przestępcza odbywała się na uboczu ich głównej społecznej roli. Dzięki temu nie zasługiwali na pełne potępienie i zbyt surową karę.

Podobnie rzecz się miała m.in. z rodziną Warnautów z Salle w Norfolk. Brytyjski klan „mafijny” działał w XIV wieku i składał się trzech sióstr, brata i jeszcze jednego krewnego, Johna Warnauta. Ich domeną były kradzieże. Co rusz ktoś z rodziny trafiał przed sąd i do więzienia. Pod kątem prawno-moralnym – czysta patologia. W ramach ówczesnej mentalności nie stanowili oni jednak w pełni godnego potępienia marginesu. Żyjąc we wspólnocie, przynależąc do konkretnej ziemi, byli częścią ustalonego porządku.

Podobnie rzecz się miała w innych częściach Anglii. W brytyjskich zapisach sądowych dla XIV wieku znaleźć można ponad 20 tys. śladów przestępstw w środowiskach wiejskich. W większości dotyczą one drobnych kradzieży lub bijatyk, popełnianych niejako w przerwie od ustabilizowanego życia społecznego. Ich analiza dobitnie pokazała, że przestępczość nie zawsze szła w parze z marginalizacją i nie zawsze wzbudzała tak wielkie zainteresowanie, jak by się nam wydawało.

Złodziej – nie taki straszny, jeśli osiadły (miniatura z angielskiego rękopisu, 1434–1439 r. British Library, Harley 2278)

Co zatem wzbudzało święte oburzenie ówczesnych stróżów prawa? Zbrodnie popełniane przez włóczęgów i banitów. W brytyjskich zapiskach kryminalnych na szczególną uwagę zasłużyła sobie m.in. pewna banda włóczęgów, która działała ok. 1272 roku pod Dunton, złożona z dwóch kobiet i dwóch mężczyzn. Przybywszy do miasta próbowali sprzedać skóry zwierzęce i uzyskać schronienie, lecz bez powodzenia. Wywołało to kłótnię, w której jeden z mężczyzn zabił drugiego. Efekt? Kara powieszenia dla mordercy, a głównym argumentem za tym wyrokiem nie był sam czyn, lecz fakt, że skazany był włóczęgą nieprzypisanym do żadnej społeczności.

Dla XIV-wiecznego toskańskiego pisarza miejskiego wart odnotowania był również przypadek złodzieja, fałszerza i człowieka złej sławy skazanego na banicję z Florencji i jej okręgu. Dlaczego? Ponieważ parał się włóczęgostwem połączonym z kradzieżami bielizny i lnianych worków. Czy sama drobna przestępczość wystarczyła, by go potępić i skazać? Raczej nie. Na jego niekorzyść przemawiał przede wszystkim brak stabilizacji.

Za co zawiśniesz? Za podróże!

Swoiste włóczęgostwo przemawiało także na niekorzyść robotników najemnych. Przedstawiciele tej grupy, która zyskała na znaczeniu w gospodarce XIV–XV wieku, chwytali się rożnych zajęć poza systemem zorganizowanego rzemiosła. W ich nieustabilizowanym życiu praca najemna nieustanie ścierała się z kradzieżami i żebractwem.

Niewidomy wędrowny żebrak (miniatura z francuskiego rękopisu z przełomu XIII i XIV w. British Library, Royal 10 E IV)

Pewien anonimowy najemnik złapany w 1390 roku w Paryżu na próbie przywłaszczenia sobie narzędzi został skazany na powieszenie. W trakcie procesu zeznał, że pracował przez wiele lat jako wozak prowadzący wozy z winem do Bourges, a także do Flandrii, Pikardii i Niemiec. Dla ówczesnego wymiaru sprawiedliwości jego wina była oczywista. To włóczęga bez więzi lokalnych i element całkowicie zbędny dla społeczeństwa.

W 1416 roku w Paryżu sądzony był z kolei pewien kleryk pochodzący z nieprawego łoża. Po zrzuceniu habitu karmelitów zaciągnął się do wojska, pracował jako sługa dla pewnej wypływowej damy, a nawet jako komik w miejskich farsach. W końcu został zatrzymany za kradzież i hazard. Tak przynajmniej przedstawił go w dokumentach prokurator królewski, który widział główny problem w drodze życiowej oskarżonego.

Odgrywając wiele różnych ról, kleryk musiał mieć w swoim życiu etapy stabilizacji życiowej. Czterokrotnie trafiał też do więzienia za inne przewiny. Dopiero gdy paryski prokurator wyciągnął na światło dzienne jego zamiłowanie do tułaczki, ówczesne organy policyjno-sądowe postanowiły ukrócić jego działalność. Traktowały go bowiem nie jako groźnego złodzieja, tylko destabilizującego porządek włóczęgę.

Włóczęgostwo mogło sprowadzić na winnego dużo gorszą karę niż morderstwo. Na ilustracji miniatura przedstawiająca zabójstwo Abla przez Kaina (francuski rękopis powstały ok. 1350 r. British Library, Royal 19 D II)

Włóczęgostwo sprzyjało działalności przestępczej, gdyż pozwalało na nawiązywanie licznych kontaktów – także tych zbójnickich. Pokazuje to przypadek znanego z florenckich zapisek rozbójnika polskiego pochodzenia Bartolomea di Giovanniego zwanego Griffone. Najprawdopodobniej dołączył on do italskiego półświatka w czasie swoich migracji zawodowych, kiedy to wszedł w komitywę z innymi Polakami, Węgrami i Włochami. Dzięki nim był dobrze osadzony we włoskim środowisku przestępczym: znał ludzi, którzy kupowali kradzione przedmioty, wiedział, gdzie i u kogo można kraść.

Jego dzieje przypominają istną złodziejską epopeję. W 1441 roku w Wenecji wraz z dwoma kompanami z Polski wspólnie okradli pewnego greckiego duchownego. Bartłomiej został za to zamknięty w weneckim więzieniu, ale wraz z innymi osadzonymi udało mu się uciec bez kary. Innym razem, w 1444 roku, rozbójnik wyruszył z nowym polskim towarzyszem do Bolonii, by tam przyłączyć się do pewnego węgierskiego złoczyńcy, który oferował szansę na zbrodnię doskonałą.

Węgier ów ukradł pewnemu Niemcowi mieszkającemu we Florencji list Francesco Sforzy. Polak sporządził nowy, podrobiony list, a przy pomocy końskiej uryny odlepił pieczęć z oryginału i przytwierdził ją następnie gorącym woskiem do sfałszowanego dokumentu. Sądził, że zapewni mu to możliwość swobodnego wędrowania po całym świecie i popełniania rabunków bez przeszkód. Plan się jednak nie powiódł. Bartłomiej został wkrótce schwytany, skazany i powieszony.

Wielu włóczęgów kończyło na szubienicy (miniatura z francuskiego rękopisu z I połowy XV w. British Library, Harley 4411)

Wędrujące nierządnice

Kobiety stanowiły liczny i dość ważny element przestępczego półświatka dawnych miast i podobnie jak mężczyźni niejednokrotnie zajmowały się łamaniem prawa zawodowo, Istniały także zbrodnie zdominowane przez kobiety, jak chociażby prostytucja, czary czy dzieciobójstwo. Wiele popełnianych przez nie przestępstw miało swoje korzenie w mobilności, która determinowała też ocenę moralną i klasyfikację prawną tych czynów. Dobrze widać to na przykładzie średniowiecznej prostytucji.

Choć Jan z Salisbury twierdził, że nierządnice należy traktować jak potwory w ludzkiej skórze zasługujące na zniszczenie, archiwa sądowe wskazują na szerokie rozpowszechnianie prostytucji w życiu tak miejskim, jak i wiejskim. Kobiety trudniące się tą profesją były obecne w miejscach spotkań społeczności wiejskich, na targach i jarmarkach, przy młynach i w tawernach. Wędrowały od wsi do wsi i towarzyszyły grupom żniwiarzy, robotników czy kupców. Pojawiały się tam, gdzie przebywali żołdacy i rycerze idący na wojnę. Powszechna akceptacja nierządu powodowała, że władze miejskie zezwalały na zakładanie domów publicznych. Rolę przybytków rozpusty odgrywały także łaźnie. Mimo to moralna ocena prostytucji nie pozostawiała wątpliwości – uznawano ją za godną potępienia.

Scena w domu publicznym. Obraz tzw. Brunszwickiego Monogramisty, 1537 r.

W rzeczywistości nikt nie myślał o zupełnym wykluczeniu społecznym nierządnic. Wśród przedstawicielek tego zawodu istniało przy tym znaczne zróżnicowanie sytuacji społecznej i materialnej. Weneckie czy florenckie kurtyzany dochodziły dzięki swoim wdziękom do znacznych majątków, prowadziły wystawny tryb życia, uzyskiwały sławę i odgrywały istotną rolę w rozwoju kultury.

Warto jednak pamiętać, że miejska prostytucja to niewielki wycinek całego średniowiecznego nierządu. Najstarszy zawód świata był w wiekach średnich reprezentowany głównie przez prostytutki wędrowne, wydane na łaskę pośredniczek i sutenerów. Skazane na tułaczkę, prowadziły analogiczny tryb życia jak włóczędzy i przestępcy, spotykając się też z najwyższym potępieniem.

Co ciekawe jednak, w porównaniu z innymi kobietami winnymi rozmaitych zbrodni, nierządnice mogły liczyć na łagodne kary, głównie grzywny. W XV wieku w Poznaniu aż 25% kobiet oskarżonych o kradzież, dzieciobójstwo lub cudzołóstwo usłyszało wyrok śmierci, 12% uniewinniono, a resztę skazano na chłostę, wygnanie z miasta lub obie te kary łącznie. Najcięższy los spotykał dzieciobójczynie, ponieważ zakopywano je żywcem i przebijano palem. Kilka zamężnych kobiet, którym udowodniono cudzołóstwo, ścięto. Złodziejki, którym udowodniono poważne kradzieże lub recydywę, skazano na śmierć przez utopienie. Czarownice zwyczajowo palono na stosie.

Bibliografia

  • Bronisław Geremek, Litość i szubienica. Dzieje nędzy i miłosierdzia, Czytelnik, Warszawa 1989.
  • Tenże, Człowiek marginesu w średniowieczu, „Przegląd Historyczny”, t. 80 (1989), z. 4, s. 705–727.
  • Tenże, Życie codzienne w Paryżu Franciszka Villona, PIW, Warszawa 1972.
  • Tenże, O grupach marginalnych w mieście średniowiecznym, „Kwartalnik Historyczny”, r. 77 (1970), z. 3, s. 539–554.
  • Barbara Hanawalt, Of good and ill repute, Oxford University Press, Oxford 1998.
  • Andrzej Karpiński, Kobieta w mieście polskim w drugiej połowie XVI i w XVII wieku, Instytut Historii PAN, Warszawa 1995.
  • Tenże, Prostytutki, złodziejki, czarownice. Z badań nad kobiecą przestępczością w Poznaniu w drugiej połowie XVI i w XVII wieku, „Kronika Miasta Poznania”, 1993, nr 1–2.
  • Hanna Zaremska, Banici w średniowiecznej Europie, Semper, Warszawa 1993.
Udostępnij

Marcin Sałański

Historyk, dziennikarz prasowy i telewizyjny. Współpracował m.in. z portalem „Histmag.org”, serwisem „Historia i Media”, Wydawnictwem Bellona, „Focusem Historia” i Muzeum Niepodległości w Warszawie. Interesuje się historią średniowiecza, dziejami gospodarczymi, popularyzacją historii i szeroko rozumianą popkulturą.