fbpx
Facebook-icon
Hrabia Tytus

Polski Sejm Dzielnicowy – poznańska manifestacja polskości. Przegląd prasy sprzed stu lat (1–8 grudnia 1918)

Na początku grudnia 1918 roku nic nie było tak ważne dla Wielkopolan, jak obrady Polskiego Sejmu Dzielnicowego. Doniesienia o tym, że komendant Piłsudski mianował się Naczelnikiem Państwa czy sytuacja we Lwowie ustępowały miejsca relacjom o przebiegu obrad i organizacji pracy 3 grudnia.

Nagłówek: "Komendatn Piłsudski naszą najwyższą władzą". Treść: Po dłuższym namyśle Komendant uczynił to, do czego wzywa go miłość i ufność ludu polskiego – ogłosił się Naczelnikiem narodu"„Wyzwolenie” z pierwszego grudnia 1918 roku pisało z zapałem o tym, że komendant Piłsudski ogłosił się Naczelnikiem Państwa, do czego wzywała go jakoby „miłość i ufność ludu polskiego”. W następnym numerze tygodnik relacjonował kwestie związane z sytuacją we Lwowie oraz rozważania dotyczące ogłoszenia ordynacji wyborczej do Sejmu Ustawodawczego. O tych i wielu innych ważkich wydarzeniach donosiły również inne gazety, jednak na treści w polskiej prasie z początku grudnia 1918 roku spojrzymy z wielkopolskiej perspektywy. Polski Sejm Dzielnicowy był wówczas zjawiskiem tak niezwykłym i znaczącym dla mieszkańców tych ziem, że warto poświęcić mu to wydanie przeglądu prasy niemal w całości.

Niemożliwe obrady

„Dziennik Poznański” z 4 grudnia pisał:

Nagłówek: "Pierwszy dzień Sejmu"

Gdyby kto był przed rokiem, przed kwartałem, przed miesiącem jeszcze nawet powiedział, że dnia 3 grudnia zbierze się w Poznaniu Sejm polski, przedstawiający interesy polskiej ludności w Prusach, że obrady tego Sejmu będą się odbywały ze zdumieniem co prawda, ale bez sprzeciwu władz rządowych, że Sejm ten będzie zarazem wielką uroczystością narodową, dowodzącą zupełnej polskości Poznania, że przed tym Sejmem komisariat polski, jako władza wykonawcza, zdawać będzie sprawę z układów z rządem berlińskim, godzącym się na polskie postulaty, z układów z rządem warszawskim, z pertraktacyj z koalicją: okrzyczano by go za maniaka, podobnie jak dziwiono się tym, co przepowiadali niechybne zwycięstwo koalicji i nasze spod jarzma niemieckiego wyzwolenie. Dzisiaj to wszystko dokonuje się przed naszymi oczyma. Po raz pierwszy od czasów rozbioru przestaliśmy tylko być przedmiotem prawodawstwa, przestaliśmy być tym czynnikiem w życiu publicznem, który państwo, uważając za ciężar, starało się pochłonąć lub wyniszczyć. Teraz wracamy znowu do dawnych i przyrodzonych praw swoich jako gospodarze odwieczni tej ziemi.

Pozornie niezbyt porywające wydarzenie, jakim wydają się obrady sejmowe, wywoływało zarówno wśród czytelników, jak i autorów artykułów prasowych mnóstwo emocji. O dzień wcześniejsze wydanie cytowanej gazety przemawiało z pierwszej strony słowami tak poetycko nacechowanymi, że dziś nie brzmią zupełnie jak cytat z prasy:

WitamyZ wybrzeż Bałtyku, z czarnych ziem śląskich, z pól wielkopolskich, z dalekiej obczyzny zjeżdżają się do Poznania goście najmilsi. Zaledwie pierś odetchnęła szerzej, zaledwie zaczerpnęliśmy powietrza, a oto skrzyknęliśmy się i ze wszystkich stron odpowiedziało nam gromkie „Jesteśmy!”. Z dumą, ze szczęściem patrzymy na te setki, które snują się dzisiaj po starych ulicach naszego grodu. Przemówią zakneblowane usta, napełnią się łzami oczy, które nigdy jeszcze nie oglądały murów tej wielkopolskiej stolicy. Splotą się w ręce w bratnim silnym uścisku i rozebrzmią w duszach słowa poety „Jest tyle sił w narodzie, Jest tyla mnogo ludzi!”

Powyższy tekst nie dowodził bynajmniej przesadnej egzaltacji autora. Obradom Polskiego Sejmu Dzielnicowego towarzyszyło w Poznaniu radosne poruszenie, które objawiało się także w wyglądzie miasta. Według relacji „Kuriera Poznańskiego” z 3 grudnia:

Poznań przybrał się w szatę godową. Zakwitły czerwone maki sztandarów, zaśnieżyły się na nich orły chorągwiane. Cichy wiew poranny załopotał niemi w powietrzu i mimo mgły i dżdżu unosił się dookoła nastrój cichego, wielkiego szczęścia. Już wczoraj wieczorem przystrajano okna, balkony i fronty kamienic girlandami, nalepkami narodowemi, przytwierdzano proporce, całe miasto nie wyłączając przedmieść zdawało się chcieć prześcignąć w pomysłach dekoracyjnych. Cały Poznań, macierz serdeczna, serce tej części Polski pod pruskim będąca zaborem, pragnął powitać, przygarnąć gości-delegatów z najodleglejszych przybywających kresów. Dzisiaj z rana pracę zawieszono wszędzie. Od godziny 8 już płynęły fale w stronę fary na nabożeństwo sejmowe.

„Porzundek musi być!”

Ks. Antoni Stychel (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-A-1032, domena publiczna)

Faktem jest, że praktyczni i przewidujący Wielkopolanie zatroszczyli się o to, by mieszkańcy miasta mogli zamanifestować swe przywiązanie do polskości w dniu obrad. Kilka dni wcześniej, 1 grudnia, na łamach „Dziennika Poznańskiego” można było przeczytać zachętę do wstrzymania się od pracy:

Przedsiębiorstwa Miejskie w mieście Poznaniu – kupieckie, przemysłowe, biurowe itd. – zwolnią swój personel w dniu 3 grudnia w godzinach od 7 rano do 2 po południu. Kto nie stawi się na usługi Straży Ludowej dla utrzymaniu ładu i porządku, niech podąży do licznych kościołów naszych poznańskich, aby wznieść modły do Boga za pomyślność Polski i owocność obrad sejmowych. Wyrażamy niezłomne przekonanie, że przedsiębiorstwa polskie zastosują się do powyższej wskazówki, zwalniając w wyznaczonych godzinach swych pracowników od zajęć, zaś obywatelstwo poznańskie i osoby przybyłe urządzą się w ten sposób, aby zakupna swe i interesy załatwić albo w poniedziałek, albo we wtorek po godzinie 2.

Obecność na nabożeństwach w tym dniu została potraktowana bardzo poważnie przez poznaniaków, którzy tłumnie stawili się w kościele farnym, gdzie podczas mszy odprawianej przez samego prymasa poseł na Sejm Dzielnicowy, ksiądz prałat Stychel, wygłosił słynne kazanie, które „Kurier Poznański” przedrukował później w całości na pierwszej stronie. „Dziennik Poznański” podkreślał zaś w swej relacji z tego dnia poszanowanie porządku publicznego, które towarzyszyło wielkim patriotycznym emocjom wyzwolonym przez pochód delegatów i delegatek na sejm.

Z fary wychodzą delegaci, ustawiają się czwórkami i idą przez ozdobione szumiące sztandarami ulice, przez Jezuicką, Stary Rynek, Nową Aleję, św. Marcin i Piekary, do Sali sejmowej. Poprzedza ich Skaut i Sokół. Rozlegają się hymny narodowe „Boże coś Polskę”, „Jeszcze [Polska] nie zginęła”, „Rota”. Tłumy ludu gęsto zbite, stutysięczny zastęp tworzy zwarty szpaler. Biją okrzyki niech żyje Polska!” „Niech żyje Sejm”, „Niech żyje Wilson”, „Niech żyje Foch”. W miarę jak przychodzą delegaci poszczególnych dzielnic, tłumy wołają „Niech żyją Mazury”, „Niech żyje Warmja”, „Niech żyją Kaszuby” „Niech żyje Śląsk”. Nastrój jest ogromnie podniecony, okna pełne rozentuzjazmowanej publiczności. Wszystko odbywa się w największym ładzie i porządku.

Zadaniem polskiego rządu jest zatem jak najspieszniejsze nawiązanie układów z koalicyą, aby uzyskać jej zezwolenie na wydanie tymczasowych zarządzeń, któreby ludność polską pruskiego zaboru uspokoiły co do jej przyszłych losów. W tym celu potrzebna jest szeroka, rozumna i zręczna akcya dyplomatyczna, która wyzyskując korzystny polityczny moment, mogłaby jeszcze przed zwołaniem kongresu pokojowego zabezpieczyć dla Polski zachodnie kresy, ale niestety rząd polski jest zupełnie pochłonięty sprawami partyjnemi - w ministerstwie spraw zagranicznych zasiadają dyletanci bez najmniejszego doświadczenia - a dyplomacyi polskiej nikt nie organizuje.Zrozumienie dla panujących w Poznaniu nastrojów i postulatów Polskiego Sejmu Dzielnicowego wyrażał w numerze z 5 grudnia krakowski „Czas”:

Nadeszła już pora, aby decyzję co do pruskiego zaboru przyspieszyć i zachodnie granice państwa polskiego dokładnie ustalić. Ludność tamtejsza znajduje się obecnie w stanie podniecenia, spowodowanego niepewnością o przyszłość, a chociaż organizuje się ze znaną sprawnością, wolałaby daleko od razu przystąpić do przygotowania zjednoczenia z krajem macierzystym. Tymczasem Niemcy, którzy z utratą tych obszarów pogodzić się nie mogą, rozpoczęli wytężona agitację, mająca na celu wywołać wśród Polaków zamieszanie i pewne koła polskiego ludu zniechęcić do państwa polskiego.

„Kurier Warszawski” widział w Polskim Sejmie Dzielnicowym raczej wydarzenie o znaczeniu lokalnym i krytykował rzekomy „brak zrozumienia poważnego położenia wewnątrz kraju i trudnej sytuacji zewnętrznej”.
Nagłówek: "Wyjazd wielkopolan". Treść: "Reprezentanci Wielkopolski, pp. Seyda i Korfanty, konferowali wczoraj przed południem z p. Moraczewskim w sprawach związanych z rekonstrukcją Gabinetu. Posłowie wielkopolscy, komunikując p. Moraczewskiemu, że w dniu dzisiejszym wyjeżdżają na zjazd rady ludowej, który odbędzie się d. 3 grudnia w Poznaniu, zażądali dokładnego sformułowania warunków, pod któremi mogliby wejść do gabinetu".

Zjazd rady ludowej, na który dziś posłowie wielkopolscy wyjeżdżają, poświęcony będzie wyłącznie wewnętrznym sprawom tej dzielnicy, czyli dla osiągnięcia jak najwięcej korzyści dla ogólnej sprawy narodowej na ziemi piastowskiej, z uwzględnieniem tej okoliczności, że ostateczne rozstrzygnięcie pozostawione będzie kongresowi pokojowemu. Dodać należy, że w chwili obecnej urządzenie Wielkopolski polega na opanowaniu jak największej liczby placówek społecznych. Sprawa stosunku Poznańskiego do rządu będzie również przedmiotem obrad zjazdu, zauważyć jednak należy, że wobec braku danych co do rekonstrukcji gabinetu jest ona mniej ważna. […] Brak zrozumienia poważnego położenia wewnątrz kraju i trudnej sytuacji zewnętrznej, wyładowywanie energii w pochodach i wiecach wywiera przygnębiające wrażenie.

Wyjazd do Poznania bywał w tym czasie nie tylko krytycznie oceniany, ale i poważnie utrudniony. W numerze z 5 grudnia „Naprzód” informował o stwarzanych przez Niemców problemach na kolei:

Komenda kolejowa w Poznaniu ogłasza, że brak lokomotyw spowodowany tym, że trzeba wydać wiele lokomotyw koalicji, podczas gdy inne są zajęte przewożeniem żołnierzy wracających do ojczyzny, zmusza do ograniczenia ruchu kolejowego dla osób cywilnych. Bilety będą wydawane tylko w wypadkach najkonieczniejszej potrzeby. Prasa polska stwierdza, że zarządzenie to zostało wydane tylko w tym celu, aby uniemożliwić podróż delegatom polskim udającym się na zjazd do Poznania.

Lokomotywa niemieckiego pociągu z końca XIX wieku (fot. Biblioteka Narodowa, sygn. F.26020, domena publiczna)

Niemcy podejmowali też próby agitacji politycznej, przed którymi przestrzegał cytowany wcześniej krakowski „Czas”. Obszerny artykuł poświęcił im także „Kurier Poznański”. Narzędziem proniemieckiej propagandy w naturalny sposób stawali się nauczyciele, połączeni z niemieckim systemem szkolnictwa więzami materialnymi:

Tutejsze Towarzystwo prowincjonalne nauczycieli z p. Wittem na czele od dawna było siedzibą wojowniczego hakatyzmu i najgorliwiej przyczyniało się do podtrzymania wstrętnego systemu germanizacji przez szkołę, który dopiero teraz zaczynamy zrywać, wyzwalając z jego okowów umęczone dzieci polskie. Kiedy wybiła godzina swobody, zwiastująca przywrócenie słusznych naszych praw narodowych, panowie pedagodzy spod znaku hakatystycznego przerazili się niepomału. Zbliżające się odłączenie dzielnic polskich od Niemiec nie zachwyca ich wcale. Oczywiście, przecież nauczyciel-germanizator był ulubieńcem systemu pruskiego. Im gorliwiej działał – nie jako wychowawca, ale jako narzędzie polityki wynaradawiającej, tem świetniejsza uśmiechała mu się kariera. Ostmarkenzulagi płynęły obficie do jego kieszeni, przełożeni nie skąpili pochwał, tytuły i awanse miał zapewnione, ba w końcu i order czerwonego orła 4. Klasy koronował jego zasługi. To wszystko w przyszłości ma odpaść.

W trosce o los swoich finansów pedagodzy rozpoczęli systematyczną agitację, rozsyłając szereg odezw i ulotek informujących o tym, jakimi argumentami przekonywać do opcji proniemieckiej przedstawicieli poszczególnych stanów. Szczególnie „wzruszający” fragment ich wezwania skierowanego do pozostałych pedagogów cytuje wspomniana gazeta:

My w naszej ojczyźnie żyjemy w czasach rozkwitu całego szkolnictwa, z czem połączone polepszenie losu materialnego i stanowiska społecznego nauczycielstwa. Do tego rozwoju przyczyniliśmy się pracą usilną i celu świadomą. Czyż owoce naszej pracy mamy my, nasze żony i dzieci stracić? Dlatego koledzy, głowy nie zwieszać, zabierzmy się do pracy uświadamiającej, aby ludność nabrała przekonania, że dobro ludu polega na przynależności do ojczyzny niemieckiej!

Zmotywowani do działania nauczyciele spod znaku Hakaty mieli jednak niewielkie szanse na jakikolwiek sukces, kiedy w całej dzielnicy trwała radosna celebracja polskości. Tym bardziej, że jak wynika z fragmentu cytowanego wcześniej artykułu  krakowskiego „Czasu”:

[…] Lud wielkopolski jest zanadto uświadomiony, aby uległ pokusom, podstępom i groźbom niemieckiego nacyonalizmu.

Udostępnij

Danuta Podolak

Kobieta z książką na głowie... - dosłownie i w przenośni. Zakochana w sztuce słowa. Legenda głosi, że urodziła się z „Trylogią” pod pachą, mikrofonem w ręce i fragmentami „Pana Tadeusza” na ustach. Tyle w tym prawdy, że lubi Sienkiewiczowskie zdania wielokrotnie złożone, pracowała w kilku stacjach radiowych i jednej telewizji oraz z zapałem interpretuje teksty literackie, nagrywając audiobooki. Aktorka, nieistniejącego już, amatorskiego teatru, którego niezapomnianą Panią Profesor była Krystyna Feldman. Prowadziła zajęcia recytatorskie dla uczniów szkoły podstawowej, reżyserowała spektakle dziecięcego teatru i organizowała warsztaty radiowe dla dzieci i młodzieży. Z radością i dumą występuje w barwach „Tytusa”. Realizuje projekt „Historia pisana głosem”. Humanistka z umysłem ścisłym, historię kocha jako wierną towarzyszkę wszelkich nauk filologicznych. Interesuje ją staropolszczyzna, lubi grzebać w wiekowych papierach. Kocha miejsca, w których to, co nowoczesne, spotyka się z tym, co dawne – na przykład biblioteki cyfrowe. Właśnie z tej miłości szpera w gazetach sprzed stu lat i szuka sposobów prababek na zdrowe, mądre i pełne uroku życie.

Danuta Podolak