fbpx
Facebook-icon
Hrabia Tytus

Od szaleństwa do choroby psychicznej. Początki polskiej psychiatrii

Wraz z rozwojem nauki Polacy przestali być szaleńcami, a stali się ludźmi chorymi psychicznie. Kiedy nastąpiła ta zmiana? Jak rozwijała się historia polskiej psychiatrii? Jak wyglądała opieka nad osobami cierpiącymi na choroby psychiczne w czasach I Rzeczpospolitej?

Pod koniec życia Tadeusz Rejtan miał popaść w obłęd (na ilustracji fragment obrazu Jana Matejki „Rejtan – upadek Polski”)

Mogłoby się wydawać, że słowo „szaleniec” jest jedynie uproszczonym, lekko zwulgaryzowanym odpowiednikiem określenia „osoba chora psychicznie”. Takie pojmowanie obu wyrażeń jest jednak poważnym nieporozumieniem. Kulturowo pomiędzy szaleństwem a chorobą psychiczną zachodzi istotna różnica.

Od czasów najdawniejszych wierzono, że w szaleństwie kryje się pewna tajemnica – boska lub diabelska. Szaleńcem był zarówno pustelnik, jak i rosyjski święty idiota – jurodiwyj. Nie zawsze stanowił on problem dla społeczności, mógł być również jej dobrodziejstwem, rzecznikiem nadprzyrodzonej siły. Chory psychicznie, jak sama nazwa wskazuje, jest po prostu chory.

Jeszcze w 1621 roku duchowny Robert Burton, autor „Anatomii melancholii”, identyfikował depresję i myśli samobójcze jako skutki działalności szatana. W drugiej połowie XVIII wieku protestujący przeciwko I rozbiorowi Polski Tadeusz Reytan był postrzegany jako szaleniec, a nie jako chory psychicznie.

Literatura poświęcona przemianie człowieka szalonego w chorego psychicznie jest przebogata, wystarczy wymienić chociażby „Historię szaleństwa” Michaela Foucault. Najkrócej mówiąc, szaleńcy stali się chorymi psychicznie u progu nowoczesności, na przełomie XVIII i XIX wieku – w epoce triumfu rozumu i nauki, która pragnęła znaleźć racjonalne wyjaśnienie wszystkich wydarzeń zachodzących w świecie.

Specjalne miejsca, w których przetrzymywano szaleńców, były znane w Europie od wieków. Z zasady przypominały raczej więzienia niż szpitale. Chorzy byli izolowani od społeczeństwa, ale nie leczeni. Przełom nastąpił w wieku XVIII, kiedy francuski lekarz Philippe Pinel „wyswobodził chorych psychicznie z kajdan”. Przestał ich uważać za zagrożenie i dostrzegł w nich nieszczęśników, którym trzeba pomóc.

Pierwsze przytułki dla obłąkanych

Współczesne wyobrażenie wiły – demona, który miał sprowadzać na ludzi szaleństwo (rys. Agnieszka Kwiecień, Nova z polskiej Wikipedii, CC BY-SA 3.0)

W polskiej tradycji szaleństwo łączono bezpośrednio z opanowaniem przez bóstwa i złe duchy, jak między innymi wiły. W słowiańskim panteonie wiele było takich istot, które mogły wejść do głów nieszczęśników i sprowadzić ich na dobra lub złą drogę. Pośrednio tłumaczyło to, dlaczego opieką nad chorymi psychicznie zajmowały się zakony – choroba umysłu była chorobą duszy, a co za tym idzie, należała bardziej do sfery sacrum.

Ważną cezurą w historii polskiej psychiatrii był okres panowania Jana Olbrachta pod koniec XV wieku. Władca ów wprowadził w miastach prawo, w którym nakazał otaczać opieką chorych i niezdolnych do pracy, były to jednak jedynie ogólne przepisy. Również I statut litewski z 1529 roku nakładał na krewnych chorego obowiązek opieki nad nim.

Niedługo później powstał też pierwszy polski ośrodek, w którym zajmowano się chorymi psychicznie: W 1534 roku w Krakowie założono „ośrodek dla zadżumionych i chorych na przymiot”. Niewiele na jego temat wiadomo, najpewniej był drewniany i znajdował się za Nową Bramą. Na pierwszy prawdziwy szpital, w którym opiekowano się obłąkanymi, trzeba było czekać aż do roku 1609, kiedy to pojawił się w Polsce zakon bonifratrów. Kolejno w dużych miastach Rzeczpospolitej zaczęto budować odpowiednie placówki. Powstały one w Wilnie, Warszawie i Lublinie. Tak pisał o bonifratrach badacz zagadnienia Alfons Roth:

Gdziekolwiek się osiedlili, zajmowali się pielęgnowaniem chorych, a jak mi opowiadał niedawno zmarły prowincyjał zakonu Ojciec Nowarski, ostatni mnich tego zakonu w Polsce, pielęgnowanie chorych umysłowych od dawien dawna należało do ich specyjalnych zadań i każdego takiego chorego przyjmowano bezwarunkowo. Od czasu wystąpienia Braci Miłosierdzia w Polsce, możemy to twierdzić na pewno, zaczęto biednych naszych obłąkanych uważać za istotnie chorych, i chociaż nawet pod ich kierunkiem opieka nad obłąkanymi jak na nasze dzisiejsze pojęcia bardzo wiele pozostawiała do życzenia, to jednakowoż sprowadziła ona przewrót, którego nigdy dość wysoko ocenić nie można.

Przy czym należy odnotować, że przez długie lata szpital warszawski posiadał jedynie osiem łóżek, co było liczbą zdecydowanie niewystarczającą. Dopiero w XVIII wieku zwiększono ją do trzydziestu czterech.

Jednym z najstarszych i najdłużej działających ośrodków dotkniętych szaleństwem była kamienica obłąkanych z ulicy Szpitalnej w Krakowie. Nazwę zyskała dzięki swym mieszkańcom, działa zaś nieprzerwanie od 1688 aż do 1821 roku. Powstała z inicjatywy biskupa Trzebickiego, który chciał zapobiec wałęsaniu się po mieście chorych psychicznie i w tym celu wykupił budynek i urządził w nim specjalny przytułek.

Inny przytułek tego typu mieścił się od 1693 roku w kamienicy Hausera w Krakowie, miał on jednak inny charakter, było to „więzienie dla zapamiętałych pijaków”, w którym musieli oni pracować, aby móc jeść i pić. Istniał przy nim zarazem zakład, w którym opiekowano się obłąkanymi. Podobne zamknięte ośrodki powstawały również w Gdańsku i to już od XV wieku.

Przytułek dla obłąkanych w Londynie w pierwszej połowie XVIII wieku (obraz Williama Hogartha)

Jak wyleczyć szaleństwo

Traktaty na temat szaleństwa powstawały już w średniowieczu. Jednym z pionierów w tej dziedzinie był filozof Witellon, który opisywał w swym dziele omamy psychiczne. W początkach XVI wieku ukazał się traktat „Conservatio Sanitatis” – jedna z pierwszych publikacji, w których znalazły się wskazówki dotyczące leczenia obłąkanych. Jej autor, Maciej z Miechowa, zalecał nowatorską jak na tamte czasy metodę zwalczania melancholii przy pomocy wina. Miało ono sprawić, że złe fluidy krążące we krwi chorych znikną.

Szesnastowieczny poeta Torquato Tasso w przytułku dla obłąkanych w Ferrarze, obraz Eugène’a Delacroix

W okresie polskiego renesansu medycyna miała więcej wspólnego z magią niż z alchemią, stąd nie dziwią propozycje znane z innych traktatów. Szymon z Łowicza zalecał, by do leczenia padaczki używać końskiego mózgu albo ludzkiej krwi, Andrzej Grusztyński zaś chciał uważał, że na melancholię najskuteczniejsze jest przykładanie rozpalonego żelaza do lewego podżebrza.

Warto dodać, że XVII-wieczna Polska znała dwa przypadki obłąkanych, którzy zostali skazani na śmierć pomimo uznania ich za pozbawionych władz umysłowych. Pierwszym z tych nieszczęśników był niedoszły zabójca Zygmunta III Michał Piekarski herbu Topór, który zaatakował władcę w przypływie szaleństwa. Drugim był Krzysztof Łyszczyński, który nawet przez swoich obrońców był traktowany jak człowiek niespełna rozumu. Ogłosił on traktat o nieistnieniu Boga, za co został ścięty. Osobnym problemem było prześladowanie czarownic, które często były po prostu chorymi psychicznie kobietami.

O polskiej psychiatrii możemy mówić dopiero od wieku XVIII, szczególnie jego drugiej połowy. Odnotować należy, na co zwraca uwagę Mira Marcinów, że w Polsce nigdy nie wprowadzono leczenia fizykalistycznego, które raczej przypominało raczej tortury niż procedurę medyczną.

Czym było takie leczenie, z lubością stosowane przez XVIII- i XIX-wiecznych lekarzy w Europie Zachodniej? Używano w nim np. „machiny Darwina”, czyli beczki, w której wirowano melancholika tak długo, aż poleciała mu krew z nosa, ust i oczu, co miało pobudzić go do działania. Chorych przytrzymywano również w skrzyniach albo przypiekano im głowy. Na tym tle zalecane przez polskich badaczy upuszczanie krwi przy pomocy pijawek albo moczenie nóg w ziołach to zabiegi bardzo humanitarne.

Niezwykle interesująca jest powstała w tym okresie polska terminologia związana z chorobami psychicznymi. Niezwykłe zasługi na tym polu położył pionier polskiej psychiatrii, pierwszy lekarz tej specjalizacji, zakonnik Ludwik Pierzyna (pracujący skądinąd w szpitalu bonifratrów). W jego pracy „Lekarz dla włościan” melancholia to smutnodur, histeria to napuszenie, nostalgia to domarad, nimfomania to chłopodur, urojenia to zjawiennictwo, a opętanie to demonomania. Odnotować też trzeba, że XVIII-wieczny uczony zachowywał bardzo daleko posunięty sceptycyzm w stosunku do wydarzeń nadprzyrodzonych i szukał raczej ich naturalnych, wytłumaczalnych na poziomie fizykalnym przyczyn.

 

W okresie poprzedzającym rozbiory zaczęto coraz bardziej skupiać się na problemie osób chorych psychicznie. W 1768 roku w miastach królewskich powstały Komisje Dobrego Porządku, które miały w swych obowiązkach między innymi opiekę nad szpitalami. W zgodzie z konstytucją z 1775 roku odebrano duchowieństwu nadzór nad takimi placówkami i przekazano je w zarząd Komisji nad Szpitalami z siedzibą w Warszawie. Opieka nad obłąkanymi, teraz już uważanymi raczej za chorych psychicznie, zaczęła należeć do państwa. Polska psychiatria nie zdążyła jednak rozwinąć skrzydeł, nadeszły bowiem zabory i zupełnie nowe czasy i nowe realia.

Bibliografia

  • Mira Marcinów, Historia Polskiego szaleństwa, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2017.
  • Adolf Rothe, Rys dziejów psychiatrii w Polsce, Księgarnia Teodora Paprockiego, Warszawa 1893.
  • Tadeusz Bilikiewicz, Jan Gallus, Psychiatria polska na tle dziejowym, Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich, Warszawa 1987.
Udostępnij

Paweł Rzewuski

Filozof i historyk, doktorant w Instytucie Filozofii UW. Interesuje się historią społeczną II RP.