Facebook-icon
Hrabia Tytus

Żadna praca nie hańbi? Dawni rzemieślnicy byli innego zdania

Średniowieczni i nowożytni rzemieślnicy z wielką starannością strzegli honoru cechowego. Obcowanie z katem i jego nikczemną ekipą, wykonywanie nieczystych zajęć, a nawet dotknięcie okrytych złą sławą przedmiotów mogło oznaczać utratę czci i ruinę.

Sięgające czasów rzymskich pojęcie profesji niegodnych (mercimonia inhonesta) wykształciło się ostatecznie w epoce średniowiecza. Trzynastowieczni kanoniści zgodnie zaliczali do tej grupy lichwiarzy i prostytutki, zawody skalane odpowiednio grzechem chciwości i nieczystości. Po nich wymieniano naruszających tabu krwi, a zatem katów, hycli, grabarzy, chirurgów i rzeźników. Wreszcie część profesji zasługiwała na potępienie z uwagi na ich odpychający brudem i fetorem charakter. W tym gronie umieszczano m.in. czyścicieli ustępów, garbarzy, farbiarzy czy w wykorzystujących urynę przy obróbce tkanin foluszników.

Chociaż chirurdzy wykonywali bardzo pożyteczną pracę, ich zawód uznawany był za niegodny, gdyż łamali tabu krwi (miniatura z dzieła Rogera Frugardiego z Salerno „Practica Chirurgiae”, rękopis z 1. ćwierci XIV w. British Library, Sloane 1977)

Ów zasadniczy katalog pogardzanych profesji rósł nieustannie, by w epoce nowożytnej osiągnąć zupełnie nierozsądne rozmiary. W najbardziej jaskrawy sposób zaznaczyło się to na ziemiach niemieckich końca XVII wieku. Pomimo kolejnych interwencji władz wśród ludzi pozbawionych honoru (niem. unehrliche Leute) znaleźli się tam m.in. młynarze, tkacze, łaziębnicy, pasterze, tragarze, a nawet ogrodnicy i garncarze.

W Polsce zjawisko pozbawionych czci profesji miało dużo skromniejsze rozmiary, ograniczając się głównie do urzędu kata i jego podwładnych. W istocie to hycel, rakarz czy oprawca cierpieli największe upośledzenie prawne. Pozbawieni byli obywatelstwa, możliwości sprawowania urzędów, a nawet występowania w sądzie jako świadkowie. Wraz z upośledzeniem prawnym występował dotkliwszy niejednokrotnie ostracyzm społeczny.

Reżim cechowy

Brudny rzemieślnik mógł przynieść hańbę swojemu cechowi (Miniatura z rękopisu z lat 60.–70. XIV w. British Library, Royal 6 E VI)

O tym, że honor całego rzemiosła zależał od postępowania każdego z jego przedstawicieli, dowiadujemy się wprost z późnośredniowiecznych statutów cechowych. Piętnastowieczne przepisy krakowskie surowo wzbraniały czeladnikom oddawania się pijaństwu, uczęszczania do zamtuzów czy nocowania poza domem mistrza. O tym, jak dalece ingerowano w życie codzienne rzemieślników, może świadczy fakt, iż wiele cechów wyznaczało swym członkom dni obowiązkowego korzystania z łaźni.

Szczególną jednak wagę przywiązywano do kwestii moralności seksualnej. Każdy nowo przyjęty mistrz zobligowany był do rychłego ożenku z odpowiednią pod względem pochodzenia i obyczajów kandydatką. A tam, gdzie z kasy brackiej pokrywano koszty leczenia zubożałych członków, zastrzegano niekiedy, że pomoc ta nie przysługuje cierpiącym na choroby weneryczne.

Rzemieślnik z rodowodem

Nie może zatem dziwić, iż szanowane cechy rzemieślnicze szczególnie strzegły swych szeregów przed pozbawionymi czci osobistej (bonae famae) z racji wykonywanego zawodu. Tak czynili krakowscy garncarze, którzy w 1511 roku odmówili przyjęcia do swego cechu syna balwierza. Podobnego losu doświadczył w tym samym czasie na Śląsku pewien pomocnik grabarza starający się o dostęp do wrocławskich tkaczy. Reakcja władz miejskich, które w obu przypadkach uchyliły decyzję cechów, wskazuje na daleko posuniętą dowolność w traktowaniu określonych zajęć jako nikczemne.

W istocie wykazy profesji niegodnych różniły się nie tylko między poszczególnymi regionami, ale nawet sąsiednimi miastami. Mgliste kryteria nikczemności zmuszały każdą grupę zawodową do nieustannego podkreślania swej nieposzlakowanej reputacji. Jak pokazuje przypadek rzeźników, czyniły to szczególnie te profesje, które funkcjonowały na granicy niesławy.

Rzeźnicy podobnie jak hycle zajmowali się zabijaniem i skórowaniem zwierząt, łamiąc tym samym tabu krwi i kontaktu ze zwłokami. W większości regionów rzeźnikom udało się jednak zachować swój honorowy status. Osiągali to, podkreślając mocno zasadniczą różnicę dzielącą ich od rakarzy zdejmujących skóry z padłych, gnijących niekiedy już sztuk. Na ziemiach niemieckich komentowano ów fakt żartobliwie, nazywając tę ostatnią profesję „zimnymi rzeźnikami”, kaltschlächter.

Rzeźnicy balansowali na granicy hańby (obraz Annibalego Carracciego „Sklep rzeźnika”, lata 80. XVI wieku)

Psiakrew!

Przypadek Leonarda Edera, rzeźnika z austriackiego miasta Horn, uświadamia, jak ogromną wagę przykładano do odróżnienia się od pokrewnego zawodu hańbiącego. Wspomniany rzemieślnik wyjaśniał w petycji skierowanej do cesarza niemieckiego niecodzienne powody ciążącej nań infamii. Gdy pewnego dnia obmywał poćwiartowane mięso, jakiś zbłąkany pies połasił się na zwisający z haka kawałek jagnięciny. Wściekły rzeźnik, pragnąc jedynie odstraszyć intruza, rzucił nim tak niefortunnie, że zwierzę skręciło kark. Niestety, wyłapywanie i wybijanie psów należało do obowiązków miejscowych hyclów.

Nawet przypadkowe zabicie psa groziło wielką hańbą (miniatura z rękopisu z osetatniej ćwierci XII w. British Library, Sloane 1975)

Fakt, iż nieszczęsny rzemieślnik przypadkowo dopuścił się czynu należącego do obowiązków hańbiącej profesji, nie uszło uwadze jego towarzyszy, którzy natychmiast usunęli go ze swego cechu. Prosząc cesarza o zdjęcie ciążącej nań niesławy, Eder zaznaczył wyraźnie, że z powodu tej historii zdążył już popaść w dotkliwą biedę.

Także w późnośredniowiecznym Krakowie zabicie psa lub kota przez członka cechu uchodziło za postępek hańbiący. Rzemieślnik, który wchodził w kompetencje hycla, musiał liczyć się z dotkliwym upokorzeniem, gdyż przewidzianą w tym wypadku karą było publiczne całowanie zabitego zwierzęcia w zadek.

Kat

Wyjątkową kategorią profesji niegodnych tworzyły zajęcia związane z urzędem katowskim. Infamia ciążąca na płatnym egzekutorze była tak silna, że do skalania człowieka dochodziło przez sam kontakt fizyczny z „małodobrym”. Czytamy o tym w przepisach rzeźników poznańskich nakazujących, aby „żaden brat nie grał z katem w karty, kostki czy warcaby pod groźbą grzywny”. W Rzeszowie rzemieślnika, który wszczął zatarg z katem i wdał się z nim w bójkę, czekało wydalenie z cechu i zamknięcie warsztatu.

Dla uniknięcia podobnych przypadków władze wielu polskich miast nakazywały katom noszenie specjalnie oznaczonego ubioru, najczęściej jaskrawej czerwieni. W Krakowie dla odróżnienia mistrz sprawiedliwości miał nosić na rękawie kawałki białej, zielonej i czerwonej materii. Z tego samego powodu podlegającemu mu hyclowi obowiązkowo wyszywano literkę H na białym suknie.

Przedstawiciele obu tych profesji byli przy tym poddani dyskryminacji przestrzennej, musieli bowiem zamieszkiwać obrzeża miasta w sąsiedztwie prostytutek i grabarzy. Czasem kończyło się to niemal pełnym wykluczeniem społecznym, tak jak w Toruniu, gdzie nawet miejscowi piekarze odwracali przeznaczone dla kata pieczywo spodem do góry.

Amatorszczyzna

Gorzej od kata traktowani byli tylko… pomocnicy kata (miniatura z włoskiego rękopisu z ostatniej ćwierci XIV w. przedstawiająca ścięcie Jana Chrzciciela. British Library, Additional 71119D)

Nie tylko kontakt z katem, ale też jednorazowe wcielenie się w jego rolę bywało niebezpieczne. Musiało jednak dochodzić to takich przypadków dość często, o czym świadczy szesnastowieczny zabytek prawa bartnego autorstwa starosty przasnyskiego Krzysztofa Niszczyckiego. Jeden z jego artykułów stwierdza bowiem, iż pod nieobecność kata obowiązek wykonania egzekucji na schwytanym w puszczy przestępcy spada na samych bartników.

Aby jednak uniknąć pohańbienia któregokolwiek z nich, wyraźnie nakazywano, by wszyscy bez wyjątku uczestniczyli w wymierzeniu sprawiedliwości. Nawet jeśli w praktyce oznaczało to jedynie samo dotknięcie sznura, przez to symboliczne uczestnictwo rozpraszano hańbiące następstwa czynu.

Katowska familia

Do sług katowskich należeli podkaci, oprawca oraz hycel. Wymowne jest, że dla zachowania swoiście pojętego honoru zawodowego niejeden kat wysługiwał się owymi pachołkami w przeprowadzaniu najbardziej hańbiących egzekucji, takich jak powieszenie, łamanie kołem, wbijanie na pal i darcie pasów. W XVII-wiecznym Toruniu „małodobry” rezerwował sobie jedynie honorowe ścięcie mieczem bądź toporem.

Nie inaczej bywało w izbie tortur, gdzie kat z reguły zajmował się jedynie koordynowaniem przesłuchania, pozostawiając brudną robotę podwładnym. Ci zaś byli ludźmi rozlicznych talentów, skoro oprócz tego wyłapywali jeszcze bezpańskie psy, pozbywali się padliny i oczyszczali miejskie latryny. Z racji własnoręcznego wykonywania wszystkich tych odrażających zadań stali oni w hierarchii znacznie niżej od swego chlebodawcy.

Nikczemny charakter ich pracy znalazł odzwierciedlenie w osobliwym przykładzie kary na czci znanej w Toruniu jako służba przy wózkach (karrendienst). Skazane na nią kobiety lekkich obyczajów zmuszano do zamiatania rynku miotłami, ładowania gnoju na taczki i wywożenia go z miasta na oczach mieszkańców. Hańbiący charakter kary wynikał z posługiwania się tymi samymi taczkami, którymi hycle nocami opróżniali miejskie wychodki.

Z kim przestajesz…

W kwestii niebezpiecznych kontaktów z hyclami warto ponownie przywołać o wiele bogatszy materiał niemiecki. Tomasz Biberer, rzemieślnik szanowanego cechu kamieniarzy z Augsburga, został w 1625 roku zmuszony przez swych towarzyszy do zamknięcia warsztatu. Jak wynika z protokołów sądu cechowego, powodem wykluczenia była gorsząca zażyłość łącząca go z miejscowym hyclem. Nie tylko jadał i pijał z bezecnikiem, ale też – o zgrozo! – podróżował z nim na wozie hyclowskim, na którym na co dzień przewożono padłe zwierzęta i skazańców na szubienicę.

Nawet przyjaźń z grabarzem czy hyclem mogła przynosiła niesławę (na ilustracji miniatura z XIV-wiecznego rękopisu przedstawiająca pogrzeb ofiar czarnej śmierci w Tournai)

Do mniej odległych analogii należy przykład śląskich sukienników, którzy usunęli ze swoich szeregów czeladnika Mateusza Janischa, twierdząc, że ów jeszcze jako pachołek miejski w Głogowie pomógł przetransportować do grobu zwłoki pewnego przestępcy ściętego na szafocie. Po raz kolejny widzimy, jak podjęcie się pracy wykonywanej przez kata i spółkę sprowadzało zmazę na całe życie.

Miejsca hańby

W topografii ówczesnych miast pręgierze i szubienice były miejscami szczególnie niebezpiecznymi dla honoru szanowanego obywatela. Pręgierze, zwane też pręgami, były głównymi urządzeniami wykonywania kar na czci w miastach polskich lokowanych na prawie niemieckim. Wymierzano przy nich sprawiedliwość złodziejom, fałszerzom, a także wszelakiej maści oszustom i oszczercom.

Pręgierz w Londynie (graifka z 1809 r.)

Przytwierdzenie delikwenta do stojącej na podwyższeniu kolumny za pomocą łańcucha zakończonego kuną pozwalało na trwałe wystawienie na widok publiczny. Zaledwie kilkuminutowe wystawienie skutkowało trwającym do śmierci pohańbieniem. W 1663 roku gdański sąd chyba wyjątkowo skazał miejscowego złodzieja na dożywotnią chłostę odbywającą się każdej soboty o 9 rano.

Aby charakter przestępstwa był odpowiednio czytelny dla publiczności, złodziejów prezentowano niekiedy ze skradzionymi przedmiotami. Toruński karczmarz, który w 1705 roku uprowadził i ubił wołu, musiał stać pod pręgierzem ubrany w skórę z zabitego zwierzęcia, po czym został srogo obity rabantem i wygnany z miasta. Czasem wystarczyła tabliczka, jak w przypadku parobka Kazimierza, który ukradł swemu pracodawcy kawałek sukna. Stał wystawiony na hańbę przez kilka godzin z napisem „złodziej”, po czym został wygnany z miasta.

Pręgierz we Wrocławiu (fot. Jacek Halicki, CC BY-SA 4.0)

Pod pręgierzem wykonywano także kary okaleczenia o charakterze hańbiącym: golenie głowy, obcinanie rąk i uszu, wypalanie piętn. Odrąbane członki częstokroć przybijano do kolumny. Podobnie czyniono z odciętymi warkoczami upadłych kobiet. Szczególnie istotne z punktu widzenia szanujących się kupców i rzemieślników było wystawianie i niszczenie „u prągi” fałszywych miar i wag, chrzczonego piwa i wina, a także wyrobów partackich.

Niewątpliwie najgorszą sławą otoczona była szubienica. Stąd też, w odróżnieniu od stojącego w samym centrum pręgierza, wznoszono ją z reguły poza murami miasta. Inaczej niż w przypadku ścięcia, uważanego za śmierć uczciwą, po której przysługiwał chrześcijański pochówek, powieszenie przynosiło głęboką niesławę zarówno ofierze, jak i jej rodzinie. Chociaż samo zawiśnięcie na stryczku było wystarczająco degradujące, to hańbę zaostrzano dodatkowo poprzez pozostawianie wiszących zwłok do rozkładu, grzebanie ich pod szubienicą, a niekiedy nawet wieszanie delikwenta w towarzystwie zwierząt.

Praca zespołowa

W sytuacji, gdy wszelki kontakt fizyczny z pręgierzem i szubienicą groziły skalaniem, kwestia ich renowacji stawała się wyzwaniem dla władz miejskich. Dla przełamania oporu rzemieślników rady miejskie odgórnie organizowały prace remontowe, angażując w nie wszystkich przedstawicieli szanowanych cechów budowlanych. Podobnie jak w przypadku wspomnianych bartników, celem ceremonii było rozłożenie nieczystości na całą wspólnotę, tak by nie doszło do wykluczenia poszczególnych jej członków.

O skali owych przedsięwzięć niech świadczy fakt, iż w uroczystościach naprawy gdańskiej szubienicy w 1680 roku wzięło udział blisko 800 robotników pochodzących m.in. z cechów murarzy, kowali i cieśli. Z zachowanych źródeł wynika, iż udali się na miejsce pracy z wielką pompą, z rozwiniętymi chorągwiami cechowymi, przy dźwięku bębnów i piszczałek.

W innej szczegółowej relacji z odnowienia pręgierza staromiejskiego w tym samym mieście, której dokonano w roku 1776, rzuca się w oczy czynny udział przedstawicieli władz miejskich. Szczególna rola przypadła wówczas burmistrzowi miasta, Samuelowi Wolffowi, który przed rozpoczęciem faktycznych prac trzykrotnie uderzył siekierą w drewno za cieślów, ułożył trzy cegły na podmurówce za murarzy i trzykrotnie pociągnął pędzlem za malarzy.

Z zachowanych rachunków uroczystej naprawy szubienicy i pręgierza w Poznaniu w roku 1781 dowiadujemy się dodatkowo, iż miasto to zakupiło w na tę potrzebę nie tylko wszelkie potrzebne materiały, ale i kompletny zestaw narzędzi. Widocznie biorący udział w naprawie rzemieślnicy woleli nie kalać własnych. Na odświętny charakter podobnych okazji wyraźnie wskazuje fakt, iż ponad połowę kosztów poznańskiej naprawy stanowiły napitki i poczęstunek dla uczestników. Nie pobito wówczas jednak rekordu z Frankfurtu, gdzie podczas trwającej pięć dni naprawy w 1720 roku 1200 rzemieślników skonsumowało 10 tysięcy kiełbasek.

Hańbiąca była nie tylko śmierć na szubienicy, ale też każdy z nią kontakt (miniatura z angielskiego rękopis z II połowy XIV w. British Library, Royal 6 E VI)

Co może pójść nie tak?

Naprawy urządzeń hańbiących zaczęły z czasem nawiązywać nastrojem do radosnego festynu. O tym, że nie oznaczało to jedynie pozbawionej treści tradycji, przekonał się boleśnie pewien rzemieślnik ze szwabskiego Mindelheim. W zorganizowanej przez władze miejskiej renowacji miejscowego pręgierza zgodnie wzięli udział przedstawiciele rzemiosł metalowych. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, gdy pod koniec robót Tobias Hauserer cisnął w kolegę łańcuchem z metalową obręczą, którą zakładano na szyje delikwentów.

Nawet kat zostawiał najbardziej hańbiące zajęcia (takie jak łamanie kołem) swoim stojącym jeszcze niżej w społecznej hierarchii pomocnikom (miniatura z lucerneńskiej kroniki Diebolda Schillinga młodszego, 1513 r.)

Osobliwy żart nie wzbudził zachwytu ofiary, toteż dla rozładowania sytuacji Tobiasz założył wspomnianą obręcz na szyję i tak zaprezentował się publiczności wykrzykując przy tym – dziś wszystko dozwolone! Mylił się. Swym nierozważnym czynem nazbyt jawnie przekroczył granice ceremoniału. Niemal natychmiast został wydalony zarówno z rady miejskiej, jak i z własnego cechu, który nakazał mu bezzwłoczne zamknięcie warsztatu.

Honor na miarę

Nie sposób przeoczyć faktu, że w dawnej Rzeczypospolitej każda warstwa społeczna utrzymywała swe poczucie honoru głównie poprzez wyrażanie pogardy wobec znajdujących się niżej w hierarchii. Uderzające jest, że nawet pogardzany powszechnie kat podkreślał swój honorowy status kosztem hycla czy oprawcy. Z drugiej strony nawet najbardziej szanowany przedstawiciel honorowych cechów rzemieślniczych pozostawał w oczach szlachcica jedynie godnym pogardy plebejuszem.

Stosunek herbowych do pracy dobrze oddaje fakt, iż szlachcic parający się rzemiosłem czy osiadły na stale w mieście tracił szlachectwo. Warto odnotować, że tak hańbiącego charakteru nie przypisywano pracy na roli. Ubogi szlachcic-szaraczek chodzący sam za pługiem zachowywał swoją pozycję mimo fizycznego znoju. Nie oznacza to oczywiście taryfy ulgowej wobec stanu chłopskiego.

Nekanda-Trepka, ów niestrudzony tropiciel przenikających w szeregi szlachty plebejuszy, pocieszał się, że mimo rosnącej zuchwałości chłopów podających się za szlachciców cały ich trud pozostawał daremny. Na pierwszy rzut oka jego zdaniem można było takiego odróżnić po szpetnej facjacie i przysadzistej, pochylonej ku ziemi postawie. Z wielkim znawstwem umieszczała przeciętnego chłopa w świecie zwierzęcym ówczesna satyra, natrząsająca się z jego „brody smrodliwej a kosmatej jakoby u kozła, oblicza jakoby u osła i skóry grubej i błotnej”.

Bibliografia

  • Richard van Dülmen, Theater des Schreckens. Gerichtspraxis und Strafrituale in der Frühen Neuzeit, Beck, Munich 1988.
  • Bronisław Geremek, Activité économique et exclusion sociale – les métiers maudits, [w:] Atti della XII Settimana di Studi. Gerarchie economiche e gerarchie sociale, ed. Annalisa. Guarducci, Firenze 1990, s. 797–816.
  • Jacques Le Goff, Pour un autre Moyen Áge, Gallimard, Paris 1977.
  • Antonina Jelicz, Życie codzienne w średniowiecznym Krakowie. Wiek XIII–XV, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1966.
  • Edmund Kizik, Uroczystości przy remontach szubienicy i pręgierzy w Gdańsku od drugiej połowy XVI do początku XIX wieku. Przyczynek do dziejów ceremonii publicznych w okresie nowożytnym, „Czasy Nowożytne”, t. 24 (2011), s. 77–89.
  • Witold Maisel, Archeologia Prawna Polski, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Poznań 1982.
  • Kathy Stuart, Defiled Trades and Social Outcast. Honor and Ritual Pollution in Early Modern Germany, Cambridge University Press, Cambridge 2000.
  • Martina Thomsen, Kary na honorze w nowożytnym Toruniu. Przyczynek, „Rocznik Toruński”, t. 28 (2001), s. 51–71.
  • Stanisław Wałęga, O katach, hyclach i oprawcach w dawnym Toruniu, „Rocznik Toruński”, t. 10 (1975), s. 275–311.
  • Hanna Zaremska, Niegodne rzemiosło. Kat w społeczeństwie Polski XIV–XVI w., Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1986.
Udostępnij

Łukasz Kowalczyk

Historyk, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (specjalizacja: mediewistyka). Interesuje się historią starożytnego Rzymu, dziejami Kościoła, reformacji i rewolucji oraz historią społeczną i antropologią historyczną.