Facebook-icon
Hrabia Tytus

„Żyjemy jak w pensjonacie”. Jakie warunki panowały w przedwojennych więzieniach?

Ciasne i przepełnione cele w starych budynkach oraz wszechobecne choroby, a z drugiej strony codzienne posiłki, opieka lekarska, możliwość nauki i zdobycia zawodu. Więzienia w II RP miały być szansą na nowe, uczciwe życie, ale czy udawało im się spełniać to zadanie?

W XIX wieku w podejściu do więziennictwa zaszły poważne zmiany, które miały szanse zostać zrealizowane w czasie triumfu modernizmu – dwudziestoleciu międzywojennym. Więzienie przestało być tylko miejscem odosobnienia, do którego zsyła się kryminalistów, aby odseparować ich od praworządnych obywateli. Miejscem, w którym nie troszczono się o skazanych, gdyż celem było jedynie zapewnienie bezpieczeństwa pozostającym na wolności. W więźniu zaczęto widzieć człowieka, który również potrzebuje pomocy, dla którego więzienie jest szansą na nowe życie. Jednym słowem zaczęto wierzyć w resocjalizację.

Jednym ze sposobów na resocjalizację miał być dostęp do książek na zdjęciu więźniowie w bibliotece zakładu karnego w Drohobyczu, 1933–1935 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-B-663-8, domena publiczna)

II Rzeczpospolita, która całymi garściami czerpała z doświadczeń zachodnich, nie chciała być gorsza niż kraje bogatej Europy. „Stan więzień jest bodaj zawsze miarodajnym odzwierciedleniem stanu kultury danego kraju w danej epoce”, pisał naczelny lekarz więzień, Henryk Jankowski. Dawne tiurmy, umieralnie i twierdze miały się stać, jak to miało miejsce w Stanach Zjednoczonych czy Francji, miejscami „odnowy moralnej”.

Więzienie – wstęp do kariery przestępczej

Niepodległa Polska przejęła więzienia po zaborcach. W większości wypadków były to budynki przestarzałe, wymagające niemało nakładów. Tylko część z nich budowano na nowo. W 1928 roku na terenie całej II Rzeczpospolitej znajdywało się ponad trzysta więzień, z czego prawie trzy czwarte stanowiły areszty w mniejszych miejscowościach. W zakładach karnych pracowało pół tysiąca urzędników i ponad trzy tysiące funkcjonariuszy.

Wiele więzień mieściło się w starych budynkach, które nie zapewniały zbyt dobrych warunków. W Lublinie zakład karny mieścił się na dawnym Zamku Królewskim, co było spadkiem po zaborach (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-B-681-1, domena publiczna)

Więzienia dzieliły się na trzy różne kategorie. Pierwsza z nich obejmowała placówki, w których przebywali więźniowie skazani na więcej niż trzy lata, druga – w których odbywano wyroki trwające od roku do trzech lat, a trzecia – w których spędzano mniej niż rok. Ponadto więzienia dzielił się ze wzglądu na swój charakter: istniały areszty, domy poprawy, a także więzienia ciężkie i twierdze, czyli miejsca odosobnienia o największym rygorze.

Więzienie miało być szansą na nowe życie, ale często było też wylęgarnią recydywistów. Na zdjęciu więzień ciężkiego więzienia na Świętym Krzyżu,1933–1935 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-B-713-21, domena publiczna)

Około jedną trzecią wszystkich osadzonych za kratami stanowili ci, którzy odbywali wyroki krótsze niż rok. Podobną liczbę stanowili recydywiści. Aż 59% wszystkich więźniów stanowiły osoby w wieku od 17 do 21 roku życia. Więzienie było dla nich niejako chrztem bojowym na drodze ku prawdziwej karierze przestępczej. Przedwojenny reporter Marceli Dąbrowski tak charakteryzował spotkane przez siebie typy w więzieniach:

Dziś w każdem prawie więzieniu spotykamy, a) Powrotowców, którzy utrzymywali się wyłącznie z kradzieży, oszustw, fałszerstw, paserstwa, b) typowych zabójców, morderców, bandytów i ludzi wszelkiego rodzaju zawodów zbrodniczych, c) najrozmaitsze ofiary własnej nieświadomości, niezaradne, bezwolne, niezdające sobie sprawy z dokonanego przestępstwa, które dlatego dostały się do więzienia, że nie miały pojęcia o przewinieniu i karze. I wreszcie d) pewien odsetek niechybnych omyłek sądowych.

Najeść się do syta w więzieniu?

Jak wyglądał dzień więźnia w stołecznym więzieniu? Nieco światła rzucił na tę kwestię Włodzimierz Wiskowski, autor wspomnień „Przepraszam, że żyję”. Jak pisał, między godziną 6 a 18, kiedy trwała za kratami pora dzienna, jego umysł zajmowała jedna rzecz.

26 grudnia – środa
Już święta znać u nas.
Na obiad była zupa z pęczaku. Na kolekcję barszcz z buraków
27 grudnia – czwartek
Na obiad był krupnik
28 grudnia – piątek
Na obiad był kapuśniak i śledź z zamiennikami
Na kolację – jakaś zupa bardzo rzadka

I tak nieskończona litania o tym, co dla więźniów było najważniejsze – jedzeniu. Dieta była skromna, a jedynym jej urozmaiceniem mogły być paczki wysyłane przez rodziny lub to, co można było dostać w kantynie.

Więźniarki zakładu karnego w Tarnowie w czasie posiłku, 1927 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-B-715-9, domena publiczna)

Cytowana relacja nie do końca jednak pokrywała się z raportami więziennymi. Według nich dieta aż tak skromna nie była, dziennie na zdrowego mężczyznę przypadało do 2400 kalorii. Jeszcze bardziej kaloryczne posiłki przewidywano dla nieletnich i matek w ciąży, a najbardziej pożywne otrzymywali chorzy. Jadłospis na pewno nie był bardzo zróżnicowany, ale zakładał między innymi do pół kilograma mięsa tygodniowo – w przypadku części mieszkańców II RP było to znacznie więcej niż mogliby sobie pozwolić na wolności.

Kary i przywileje

Raz na miesiąc więźniom przysługiwało widzenie trwające do pół godziny, przy czym rozmowy z gośćmi musiały odbywać się w języku zrozumiałym dla administracji więziennej. Biorąc pod uwagę zróżnicowanie narodowe II RP, nie zawsze było takie proste.

Więźniowie podczas widzenia w więzieniu karno-śledczym w Katowicach, 1933 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-B-673-27, domena publiczna)

Bardzo różnie bywało z warunkami panującymi w celach i w dużej mierze zależały one od czasu powstania więzienia. W starszych budynkach większość pomieszczeń dla więźniów była ciasna i przepełniona. Urządzano je z zasady po spartańsku. Prosta prycz, a z rzeczy osobistych drobiazgi konieczne do zachowania higieny ciała i ducha. W niektórych nowocześniejszych zakładach można było spotkać więcej udogodnień, ale takich miejsc było zdecydowanie mniej. Wiele zależało od kategorii więzienia – w tych lżejszych cele były oczywiście wygodniejsze do życia.

Zbiorowa cela w więzieniu karno-śledczym w Katowicach, 1933 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-B-673-22, domena publiczna)

Więzień mógł posiadać własne ubranie, pościel, a nawet łóżko. W zależności od sprawowania przysługiwało mu wiele przywilejów: od zezwolenia na palenie tytoniu po zwiększenie liczby paczek od rodziny, częstsze odwiedziny, a nawet szansę na przedterminowe zwolnienie lub zapomogę przy wyjściu z więzienia.

Spośród kar najbardziej dotkliwą była izolacja w ciemnicy na 48 godzin. Urzędnicy administracji więziennej podkreślali, że oficjalnie nie były nigdy stosowane kary łańcuchów. Czy rzeczywiście żaden z więźniów nie został w ten sposób ukarany, trudno powiedzieć.

Korytarz w więzieniu karno-śledczym w Katowicach, 1933 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-B-673-13, domena publiczna)

Inteligenci i duchowni

Nie dysponujemy zbyt wieloma relacjami intelektualistów z pobytu w więzieniu. Jedną z nich dał nam Aleksander Wat, który w latach trzydziestych został osadzony na Rakowieckiej za działalność komunistyczną. Ponieważ w więzieniach polskich nie zawsze obowiązywało rozróżnienie na więźniów politycznych i kryminalnych, poeta trafił do celi ze zwykłymi przestępcami. Spotkał się tam po raz pierwszy ze zjawiskiem resentymentu proletariackiego mającego zabarwienie komunistyczne. Współwięźniowie pałali rządzą odwetu i zemsty na wszystkich tych, którzy ich zdaniem mieli lepiej: mieszczanach, inteligencji. Jednocześnie przy bliższym poznaniu okazywali się ofiarni i serdeczni.

Ksiądz raczej nie musiał obawiać się odsiadki w izolatce takiej jak ta w więzieniu ciężkim na Świętym Krzyżu (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-B-713-9, domena publiczna)

Swoistą arystokrację wśród więźniów stanowili duchowni. Pod warunkiem, że nie zostali suspendowani przed wtrąceniem ich do więzienia, ich życie w więzieniu można nazwać wręcz komfortowym w porównaniu do innych osadzonych. Po pierwsze, zawsze otrzymywali osobne cele, w pełnej izolacji od pospolitych przestępców. Mieli prawo odprawiać msze i dysponować znacznie większym zbiorem książek w celach oraz nie mogli pracować przy zajęciach „urągających stanowi kapłańskiemu”, czyli na przykład nie można było posyłać ich do pracy na polu czy w fabryce. Z zasady dostawali spokojne posady bibliotekarzy albo kancelistów.

Ale nie tylko księżom nie było najgorzej na państwowym wikcie. Pobyt w celi nie był tak straszny, jak chcieli to niektórzy przedstawić, o czym śpiewano nawet w balladach:

Mówią, że w więzieniu jest marne życie
Ale to kłamstwo wielkie jest,
Darmo masz żarcie, pranie i spanie
I powiedz, bracie, czy to nie jest fest.

[…]

My tu żyjemy jak w pensjonacie
Obsługa ciągle jest w dzień i w nocy
Tu nawet drzwi nie zamykamy,
Tu się rozleniwi najgorszy leń.

Higiena ciała i duszy

Więzienia miały być lekarstwem dla ducha, moralności i ciała, stąd też nacisk na zapewnienie osadzonym odpowiedniej higieny oraz posługi duchowej. W każdym więzieniu był ksiądz albo inny stosowny kapłan. Na zachowanych zdjęciach widać między innymi nabożeństwo w bożnicy mieszczącej się w więzieniu na ulicy Długiej.

Więzień miał prawo zgłębiać swoją wiarę i uczestniczyć w najważniejszych uroczystościach religijnych. Katolicy mieli możliwość udziału w cotygodniowej mszy, pójścia do spowiedzi co najmniej dwa razy w roku oraz słuchania różnych rekolekcji. Szanowano też pewne zasady religijne, na przykład starozakonni Żydzi nie musieli ścinać swoich bród.

Więźniowie zakładu karnego w Kaliszu w czasie mszy, 1927–1928 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-B-670-9, domena publiczna)

Bolączką, na którą zwracali uwagę kierownicy więzień, była higiena osadzanych za murami: „większość więźniów rekrutuje się przeważnie spośród szumowin społecznych. Ludzie ci dostają się do więzień z nadwątlonym zdrowiem, wskutek niemoralnych warunków, w jakich żyją, mieszkając w środowisku niehigienicznym, prowadząc życie rozpustne, nadużywając alkoholu itp.”

Ważna była więc walka o higienę osadzonych i pilnowanie stanu ich zdrowia. Pobyt w zakładzie karnym zaczynał się zawsze od przymusowej kąpieli i strzyżenia oraz badania lekarskiego. Zdrowie więźniów odgrywało istotny element w planowaniu ich życia. Ludzie marginesu niejednokrotnie dopiero w więzieniu mogli po raz pierwszy wyleczyć swoje choroby i cieszyć się opieką dentystów – luksusem, na który nie było ich stać na wolności.

Izba chorych w więzieniu św. Michała w Krakowie, 1933 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-B-677-10, domena publiczna)

Statystyki są jednak bezlitosne i jednoznacznie wskazują, że różnego rodzaju choroby były za kratami prawdziwą plagą. Gruźlica dziesiątkowała więźniów pomimo licznych prób zapobiegania jej rozwojowi. W samej Warszawie mieściły się aż cztery szpitale dla więźniów, w których mogło się leczyć jednocześnie dwustu chorych. Jeden z nich był ogólny, w dwóch walczono z chorobami wenerycznymi, a ostatni specjalizował się w ginekologii i chirurgii. Był on konieczny ze względu na oddziały kobiece, w których przebywały również ciężarne.

Więźniarki zakładu karnego w Fordonie ze swoimi dziećmi w więziennym żłobku, 1933 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-B-664-7, domena publiczna)

Resocjalizacja poprzez pracę

Jak zapewniali autorzy projektów resocjalizacyjnych, działania takie miały długą tradycję. Sporadycznie podejmowano je już w renesansie. Niemniej dopiero na przełomie XIX i XX wieku zaczęto na poważnie zajmować się tym zagadnieniem. Więzienie miało być szansą na nowe życie. W pracach poświęconych problemowi więziennictwa pisano:

Twórzmy więc patronaty więzienne, a przy nic domy zarobkowe. Rzucane na ten cel grosze pomnożą się stukrotnie. Ratujmy jednostki, tonące w bagnie bezprawia i upodlenia. Nie dajmy ginąć w otchłani brudu i zbrodni tym, których jeszcze uratować można bez krępowania złotej wolności.

Szansa na zdobycie zawodu? Więźniowie zakładu karnego w Kaliszu przy pracy na automatycznej tokarni, 1927–1928 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-B-670-2, domena publiczna)

Przywięzienne zakłady rzemieślnicze miały być ratunkiem dla osadzonych i szansą na poprawę ich losu, a także korzyścią dla państwa – praca więźniów była znacznie tańsza niż zwykłych robotników. Największy z warszawskich zakładów pracy dysponował sześćdziesięcioma różnymi maszynami. Odsiadujący wyroki pracowali w piekarni, pralni, stolarni i finansowali po części działalność całego więzienia. Była to jednocześnie szansa na zdobycie fachu szklarza czy ślusarza, który ułatwiał uczciwe życie po wyjściu na wolność.

Niektórych więźniów kierowano do znacznie cięższej pracy. Na zdjęciu osadzeni w więzieniu karnym w Wiśniczu w czasie pracy w kamieniołomie, 1933 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-B-730-36, domena publiczna)

Kultura i edukacja

Inną drogą resocjalizacji był nauka. Niemało więźniów potrafiło w wymyślny sposób łamać prawo, ale nie miało wystarczających umiejętności, aby przeczytać stosowne ustępy z kodeksu karnego. Odsetek ich był niemały i tak na ten przykład w więzieniem Mokotowskim działała szkoła podstawowa, do której uczęszczało 30% wszystkich kryminalistów zamkniętych w jego murach.

Nauka w więzieniu karno-śledczym w Nowym Sączu, 1932 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-B-691-13, domena publiczna)

Za zajęciami szkolnymi szły kolejne aktywności, w tym kółka taneczne, wspólne słuchanie radia, odczyty patriotyczne oraz działalność literacka. Nie tylko Urke Nachalik i Sergiusz Piasecki byli literatami. W więzieniu na ulicy Długiej wydawano pierwszą oficjalną gazetkę redagowaną przez więźniów dla więźniów. W „Głosie Arsenału” można było przeczytać między innymi wiersze osadzonych.

Więźniowie w więzieniu karno-śledczym w Katowicach w celi nr 108 zwanej „celą pisarską”, 1933 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-B-673-24, domena publiczna)

Wzorce amerykańskie zachęciły polskie władze więziennie do udostępnienia jak największej ilości literatury osadzonym. Zachowano przy tym więcej zdrowego rozsądku niż w USA i nie ograniczano się do literatury religijnej. Tanie moralizatorstwo spotykało się z nieprzychylnymi uwagami osadzonych i przynosiło odwrotny efekt, stąd też zalecano im czytanie dobrej beletrystyki. W samej Warszawie biblioteki więzienne liczyły blisko 27 tysięcy woluminów. Jako ciekawostkę należy odnotować, że szefem jednej z więziennych bibliotek był były sędzia skazany za łapownictwo, Stanisław Łopatto.

Edukacja klasyczna wskazywała na konieczność dbania nie tylko o ducha, ale też o ciało. Nowością wprowadzoną ze sprawą specjalnej decyzji Walerego Sławka było instalowanie w więzieniach sal gimnastycznych. Jak przekonywali autorzy projektu, udawało się dzięki temu uniknąć depresji u więźniów.

Zespół gimnastyczny więźniów z Rawicza, 1936 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-B-703-2, domena publiczna)

Bunty i ucieczki

Oczywiście wiele z tych wszystkich założeń to jedynie piękna teoria. Przedwojenne więzienia nie były rajem i chociaż stanowiły dla niektórych szansę powrotu na dobrą drogę, raczej nie były miejscem, do którego chciano wracać. Zdarzały się nierzadko ucieczki i bunty.

Najtragiczniejsze zajścia miały miejsce w więzieniu ciężkim na Świętym Krzyżu we wrześniu, 1925 roku. osadzeni pod przewodnictwem byłego żołnierza, Jana Kowalskiego, najpierw próbowali uciec, a kiedy ich zamiar został udaremniony, obezwładnili strażników zabrali im broń, włamali się do kancelarii więzienia i zabarykadowali się. Wywiązała się strzelanina. Efektem była śmierć pięciu z siedemnastu buntowników oraz dwóch policjantów.

Policjanci z karabinami przed bramą więzienia na Świętym Krzyżu w czasie buntu więźniów, 1925 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-B-710-4, domena publiczna)

W Warszawie najgłośniejszą sprawą tego typu była ucieczka działacza KPP Juliana Leszczynskiego „Leńskiego”. W 1924 roku w brawurowy sposób wydostał się z aresztu śledczego na Daniłłowiczowskiej. Niektórzy podejrzewali, że mogli mu pomagać ważni politycy, którzy mieli u niego dług wdzięczności za uratowanie życia w czasie wojny polsko-bolszewickiej.

***

Jaki jest bilans więziennictwa w II RP? Trudno ocenić. Wielu ze zwolnionych więźniów ponownie trafiało za kraty po popełnieniu kolejnego przestępstwa, ale to nie do końca miarodajne. Niektórzy wracali dlatego, że w więzieniu żyło im się lepiej niż na wolności. Pełnego bilansu resocjalizacji nie da się sporządzić, gdyż II RP istniała zbyt krótko. Jedno pokolenie nie jest okresem, w którym mogą być zauważalne istotne zmiany społeczne.

Bibliografia

  • Księga Jubileuszowa Więziennictwa polskiego 1918–1928, red. Zygmunt Bugajski, Związek Pracowników Więziennych Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 1929.
  • „Głos Narodu”, r. 1933.
  • Marceli Dąbrowski, Z za krat i bram więziennych. Dialogi z życia więźniów, nakładem autora, Warszawa 1924.
  • Małgorzata i Marek Przeniosło, Życie za kratami. Codzienność w więzieniach Drugiej Rzeczypospolitej, [w:] Metamorfozy społeczne, t. 6, Margines społeczny Drugiej Rzeczypospolitej, red. Mateusz Rodak, Instytut Historii PAN, Warszawa 2013.
  • Aleksander Wat, Mój wiek. Pamiętnik mówiony, t. 1, oprac. nauk. Rafał Habielski, Universitas, Kraków 2011.
  • Włodzimierz Wiskowski Przepraszam, że żyję, Wydawnictwo J. Przeworskiego, Warszawa 1937.
Udostępnij

Paweł Rzewuski

Filozof i historyk, doktorant w Instytucie Filozofii UW. Interesuje się historią społeczną II RP.