Facebook-icon
Hrabia Tytus

Hrabiowie w wychodku. Śmierdzący problem przedwojennej Polski

Bogaci ziemianie chodzący do sławojki tak samo jak okoliczni chłopi. Odkryte rynsztoki i wszechobecny smród na wielu ulicach stolicy państwa. Piętnastometrowe mieszkania dla wielodzietnej rodziny pozbawione dostępu do bieżącej wody. Oto codzienność przedwojennej Polski.

II Rzeczpospolita w pełni zdawała sobie sprawę z własnego ubóstwa. Nie było tak, jak sądzą niektórzy, że przedwojenna Polska żyła w przeświadczeniu o własnej potędze, choć faktem jest, że bardzo się starała, by uchodzić za przynajmniej lokalne mocarstwo.

Różnice w gęstości sieci kolejowej dobrze obrazują różnice w rozwoju między dawnymi zaborami (il. domena publiczna)

Państwo, który powstało na ziemiach dawnych zaborców, było biedne, a w jednej z trzech swoich części niezwykle wręcz zacofane. O ile w dzielnicy pruskiej i austriackiej doszło w czasach zaborów do wielu zmian cywilizacyjnych, o tyle w przypadku Królestwa Kongresowego i ziem leżących dalej na wschodzie trudno o tym mówić. Zresztą podział ten utrzymał się w wielu różnych dziedzinach do dziś i jest on świetnie widoczny, jeżeli tylko zerknie się choćby na mapę dróg kolejowych.

Naga prawda z rocznika statystycznego

Roczniki statystyczne powstały między innymi właśnie po to, aby dokładnie opisywać ten stan rzeczy i bezlitośnie obnażały prawdę. I tak w 1931 roku tylko 12,9% wszystkich budynków mieszkalnych w miastach posiadało dostęp do kanalizacji, a więc i toalety. Danych dla wsi nawet nie podawano. Oznacza to, że budynków takich było zaledwie 80 tysięcy.

Bliższa przyjrzenie się danym potwierdza tezę, że najgorzej było w dawnym zaborze rosyjskim. I tak w Warszawie kanalizację miało jedynie 46,1% budynków, tylko trochę więcej niż w prowincjonalnym przecież mieście imperium austriackiego, jakim był Lwów (42,7%). Aż 24,6% procent budynków w stolicy kraju nie było zaopatrzonych w żadne medium, czyli pozbawione było nie tylko kanalizacji, ale nawet bieżącej wody, a także gazu lub elektryczności.

Jak pisał Błażej Brzostek, pod względem dostępu do bieżącej wody i kanalizacji czy stanu nawierzchni ulic Warszawa była porównywalna raczej z Bukaresztem czy Atenami niż z Pragą, nie mówiąc o Paryżu. W Berlinie też znajdowało się bardzo wiele złej jakości mieszkań z początku XX wieku, ale ogólny standard życia był nieporównanie wyższy. Antoni Sobański, autor reportażu o Rzeszy pod rządami Hitlera, przyznawał, że choć ogląda się tam „objawy zdziczenia”, to powrót do Warszawy wydał się podróżą na „zgniły” Wschód.

Ale Warszawa to wielkie miasto, szybko się modernizujące. W Wilnie tylko 10% budynków mieszkalnych miało dostęp do kanalizacji, w Lublinie 8%, a niechlubna palma pierwszeństwa przypadła Łodzi, w której skanalizowano jedynie 7% budynków. W 1938 roku można było wprawdzie podróżować z zawrotną szybkością z Warszawy do Krakowa, ale łodzianie pytali się na łamach prasy: „Kiedy będzie w Łodzi woda?” I nikt nie potrafił udzielić konkretnej odpowiedzi.

W tym budynku na ulicy Piotrkowskiej 107 w Łodzi dopiero w 1929 założono kanalizacje – na zdjęciu widoczne z tym prace (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-G-6598, domena publiczna)

Inaczej było w przypadku miast dawnego zaboru pruskiego i austriackiego. W Krakowie toalety znajdowały się w 54,1% budynków mieszkalnych, w Poznaniu i Katowicach nieco ponad 68%. Przodownikiem był Chorzów gdzie aż 70% budynków miało kanalizację, a tylko 0,9% nie miało dostępu do żadnego medium. Na marginesie należy dodać, że różnice w dostępie do kanalizacji między dawną kongresówką a zaborem austriackim i pruskim są nadal widoczne.

Taki fetor, że można się udusić

Przeciętne mieszkania w przedwojennej Polsce były małe, ciasne i biedne. Większość z nich miało najwyżej dwie izby. Oznaczało to, że nie można było w nich liczyć na takie dogodności, jak osobna toaleta. Jeśli w budynku znajdował się ustęp, to był on wspólny dla kilku mieszkań. Było to absolutną normą pomimo wprowadzania przepisów, które starały się to zmienić.

Z brakiem kanalizacji ramię w ramię maszerował smród. Jak mówi Błażej Brzostek:

Stanowił on cechę endemiczną tych dzielnic, w których dominowały mieszkania jednoizbowe, bez bezpośredniego dostępu do wody i z drewnianymi ubikacjami w podwórzach. Dodajmy do tego występujące w wielu miejscach odkryte rynsztoki i nawierzchnie z grubych kamieni, między którymi zalegał stale gnój koński.

Ulica Grójecka w Warszawie w 1928 roku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-U-6670, domena publiczna)

Opis ten nie dotyczy odległego prowincjonalnego miasteczka, ale Warszawy. Oczywiście istniały nowoczesne i sprawnie urządzone domy, jak opisana w „Ferdydurke” willa Młodziaków, były one jednak rzadkością. Oddajmy głos świadkowi epoki, jakim jest Stanisław Grzesiuk:

Dom był czteropiętrowy i mieszkało w nim czterdziestu pięciu lokatorów – nie licząc sublokatorów. Mieszkania były jednoizbowe i miały wymiar cztery i pół na trzy i pół metra, zajmowały je rodziny złożone z pięciu, siedmiu osób, a były i takie, gdzie mieszkało jedenaście osób.

Ustęp, był nie skanalizowany, latem unosił się tam taki fetor, że można było udusić się. Wtedy niektórzy chodzili do pobliskiego, dziko rosnącego parku albo na puste ogrodzone place, przechodząc przez dziury w ogrodzeniu.

Zimą znów nie uprzątane nieczystości zamarzały tak wysoko, że niemożliwością było korzystanie z tego urządzenia. Najgorzej jednak było, gdy latem, w nocy, usłyszało się głośne wołanie: „Okna proszę zamykać, z ustępu wybierać się będzie!” Wtedy i w mieszkaniu można było udusić się smrodem.

Pracownicy warszawskich wodociągów i kanalizacji zrzucają osady ściekowe z samochodu na Wybrzeżu Helskim (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-G-6686-3, domena publiczna)

Gdzie pan i chłop piechotą chodzili

Bieda przedwojennej Polski objawiająca się złym stanem sanitariatów miała swoje odbicie w problemach z higieną i powszechnością wywołanych tym chorób. Nie bez kozery w 1928 roku ówczesny minister spraw wewnętrznych Felicjan Sławoj Składkowski zainicjował akcję budowy na wsiach wychodków, które zaczęto nazywać sławojkami. A przecież poza miastami mieszkało 72% polskiego społeczeństwa.

Chłopskie gospodarstwo w Dębnie k. Brzeska (woj. małopolskie). Przy chałupie widoczna sławojka (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-U-896-2, domena publiczna)

Jak było w takim razie przed sanacją? Niech za odpowiedź posłuży fragment wiersza Tuwima:

I ty, fortuny skurwysynu,
Gówniarzu uperfumowany,
Co splendor oraz spleen Londynu
Nosisz na gębie zakazanej,
I ty, co mieszkasz dziś w pałacu,
A srać chodziłeś pod chałupę,
Ty, wypasiony na Ikacu,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Felicjan Sławoj Składkowski doskonale zdawał sobie sprawę z zagrożeń wywoływanych przez brak choćby prostych wychodków (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-A-2394, domena publiczna)

Prawdą jest, że w większość chłopskich gospodarstw nie było nawet sławojki. Składkowskiemu zależało oczywiście na walce z nieczystościami będącymi wylęgarnią bakterii. Przyszły premier był z wykształcenia lekarzem i doskonale zdawał sobie sprawę ze skutków braku choćby prostego wychodka. I nie ma co się łudzić, że wiele lepiej było w przypadku dworów ziemiańskich, a nawet niektórych zamków i pałaców. Oczywiście miały one swoje sławojki ustawione romantycznie po ogrodach, ale nie było co liczyć na normalne toalety. Królowały wymyślne niekiedy nocniki.

Kanalizacja jako spisek żydowski

Odnotować należy, że jeszcze w XIX wieku można było spotkać bardzo silny opór przeciwko sanitariatom i kanalizacji, zwłaszcza na wsi. Upatrywano w nich nawet spisku żydowskiego – anonimowy autor demaskującej go broszury („Kanalizacja miasta Warszawy jako narzędzie judaizmu i szarlatanerii w celu zniszczenia rolnictwa polskiego oraz wytępienia ludności słowiańskiej nad Wisłą”) pisał, że „Ten straszliwy wynalazek został stworzony właśnie w tym jednym celu, aby zniszczyć polskie rolnictwo”. Dalej tłumaczył:

[…] na Słowiańszczyźnie, gdzie grasuje epidemicznie absolutyzm oświecony, obskurantyzm grecko-katolicki, utylitaryzm pogański i kapitalizm żydowski, wszystkie uwagi przyrodników i rolników polskich, przekonywujące o ważności nawozów miejskich w gospodarstwie przyrody i kultury, zagłuszone zostały przez dzikie teorie i doktryny łotrowskie, odwiecznych kłamców i pogromców wszelkiego stworzenia, pismaków żydowskich i ich pupilów, wyznawców wiedzy czystej, udekorowanych tytułami higienistów, gazeciarzy, finansistów i inżynierów.

Głos ten był niewątpliwie najbardziej radykalny, ale zarazem odzwierciedlał postawę zajmowaną przez pewną (wcale nie tak małą) część polskiego społeczeństwa. Niechęć do cywilizacji nie zniknęła w magiczny sposób w dwudziestoleciu międzywojennym. Cały czas niektóre zmiany trzeba było wprowadzać siłą.

Stan sanitariatów przedwojennej Polski to zdecydowanie smutny element polskiej historii. Stolicy II Rzeczpospolitej daleko było do europejskich metropolii, a nawet do miast takich jak Poznań czy Chorzów.

Bibliografia

Udostępnij

Paweł Rzewuski

Filozof i historyk, doktorant w Instytucie Filozofii UW. Interesuje się historią społeczną II RP.