fbpx
Facebook-icon
Hrabia Tytus

Wojna żywi wojnę, czyli wojska Rzeczypospolitej na obcej ziemi

Brak nowoczesnej aprowizacji wojska oraz pustki w skarbcach państw europejskich napędzały machinę śmierci, jaką były przemarsze nieopłaconego i głodnego sołdactwa. Tak było również w przypadku wojsk Rzeczypospolitej.

Straty ludnościowe na terenie Rzeszy Niemieckiej poniesione w czasie wojny trzydziestoletniej pokazują, jak niszczycielsko zachowywały się nowożytne armie na obcej ziemi (rys. Mix321, GNU FDL 1.2)

W postępowaniu armii w XVI i XVII wieku dostrzec można systematyczne stosowanie najprzeróżniejszych gwałtów: od nadmiernego wybierania stacji przez samowolne grabienie żywności do rabowanie wszelkich ruchomości w ogóle; od inspirowanego prześladowania pewnych grup ludności do żywiołowego niszczenia wszystkiego, co napotykano na swojej drodze. Istnieje przy tym dość wyraźna różnica między kradzieżą inwentarza zwierzęcego, a systematycznym i planowanym wypalaniem ziemi i tępieniem ludności, tak że „prowincja dymem śmierdziała”.

Zachowanie żołnierzy wpisywało się we wczesnonowożytną mentalność ludzi, którzy byli bardziej oswojeni z brutalnością życia. Żołnierze często pochodzili z biednych rodzin, nie byli wykształceni i zwyczajnie dziczeli na wojnie. Ich zachowanie było determinowane głodem, żądzą władzy i pieniędzy, przez co często wywyższali się wobec swoich ofiar, oraz zemstą za krzywdy wyrządzone towarzyszom broni i ojczyźnie.

Dodatkowym czynnikiem sprzyjającym grabieżom – obok gorliwości w tępieniu przeciwników przez władców i dowódców – były różnice wyznaniowe oraz językowe. Przekonanie o słuszności swojej wiary napędzało wiele konfliktów ówczesnej Europy, a zwłaszcza wojnę 30-letnią z lat 1618–1648. Do tego konfliktu wmieszała się luterańska Szwecja, a wyczyny wojsk szwedzkich i cesarskich na terenie Rzeszy niejednego czytelnika wprawiłyby w osłupienie. Mordy, gwałty, podpalenia miast i wsi, tortury, wieszanie na drzewach, nabijanie noworodków na piki, a nawet kanibalizm, nie były czymś nadzwyczajnym.

Wojna 30-letnia była największą katastrofą humanitarną w dziejach nowożytnej Europy, choć we wszystkich armiach biorących udział w tym konflikcie obowiązywały artykuły wojenne, które miały za zadanie (przynajmniej teoretycznie) utrzymać karność oddziałów.

Dyscyplina wojsk polsko-litewskich poza granicami państwa

W wojskach Rzeczypospolitej również obowiązywała dyscyplina regulująca zachowanie wobec ludności cywilnej poza granicami państwa polsko-litewskiego. Artykuły wojskowe Stefana Batorego wydane w 1581 roku w obozie pod Worońcem, w czasie wojen moskiewskich, zabraniały żołnierzom używania siły wobec mieszkańców Państwa Moskiewskiego. Artykuł 12 tego regulaminu stanowił, że wojskowym wolno zabierać bydło, konie i zboże, ale tego ostatniego nie wolno palić. Zakazano także palenia domów i cerkwi, jak również mordowania, bicia i brania w niewolę popów, dzieci i kobiet. Zdobyty dobytek miał być zwożony do obozu, „aby się wojsko nie ogładzało”.

Żołnierze polscy i litewscy z lat 1576–1586 wg Jana Matejki

Uważny czytelnik z pewnością zauważył, że omawiany artykuł nie wspominał o mężczyznach ani nie przewidywał kar za nadużycia. W praktyce dowództwo doskonale zdawało sobie sprawę, że zdobycie pożywienia na wyniszczonym pograniczu litewsko-moskiewskim będzie trudnym zadaniem, tym bardziej że wojska cara już wcześniej ogołociły te tereny. Czemu więc służył ów zapis? Przede wszystkim chodziło o zapewnienie aprowizacji obozu licznej armii Rzeczypospolitej, która idąc na Psków liczyła przeszło 50 tys. głów (bez taboru!). Zakaz używania siły wobec duchownych, kobiet i dzieci (zatem słabszych jednostek) wynikał jedynie z chrześcijańskiego obowiązku.

Artykuły wojskowe przyjęte na sejmie 1609 roku pomijały kwestię mordowania i bicia cywilów w obcej ziemi. Podkreślono natomiast, że po żywność z obozu można było wyprawić się jedynie za wiedzą hetmanów, a złamanie tego prawa groziło karą śmierci. Znacznie surowsze były artykuły wydane przez Władysława IV w 1633 roku. Zabraniały one gwałcić kobiety w ziemi nieprzyjacielskiej, a także okradać cywilów, kupców, podpalać miasta, wsie, kościoły, młyny oraz demontować kuźnie, piece do pieczenia chleba i narzędzia rolnicze – wszystko pod groźbą utraty życia.

Polscy żołnierze często nie zachowywali się lepiej niż żołdacy terroryzujący Rzeszę Niemiecką w czasie wojny trzydziestoletniej (na ilustracji obraz Sebastiaena Vrancksa przedstawiający żołnierzy plądrujących farmę, 1620 r.)

Podobnie przed wyprawą wiedeńską, Jan III surowo zabronił wszelkich ekscesów w krajach Habsburgów, co wiązało się nie tylko z koniecznością utrzymania dyscypliny, ale poprawnych relacji z sojusznikiem. W praktyce wiele zależało od oficerów. W czasie pochodu pod Wiedeń nie odnotowano poważniejszych incydentów w kontaktach z ludnością cywilną.

Wojny batoriańskie

Podczas kampanii połockiej w 1579 roku okazało się, że zaopatrzenie armii królewskiej jest niedostateczne. Dowóz żywności ograniczały wypady załóg moskiewskich z okolicznych zamków oraz ciągłe deszcze, które zamieniły drogi w grzęzawiska. Ceny jedzenia wzrosły niepomiernie. Zaczęto jeść koninę, a w obozie najemnej piechoty typu niemieckiego rozwinęło się wiele chorób.

W tej sytuacji zaczęto wysyłać oddziały jazdy daleko w głąb Państwa Moskiewskiego po jedzenie i furaż. Przy okazji niszczono szlaki komunikacyjne oraz zaplecze gospodarcze nieprzyjaciela, wiążąc wrogie oddziały na pograniczu. Postępowanie wojsk polsko-litewskich było przemyślaną taktyką, a poniekąd również zemstą za mordy i gwałty, jakich dopuścili się żołnierze cara na Litwie oraz w Inflantach.

Zbrodnie jednej ze stron konfliktu nieuchronnie rodziły potrzebę zemsty, co napędzało błędne koło przemocy i okrucieństwa (na ilustracji szesnastowieczna grafika przedstawiająca okrucieństwo rosyjskich żołnierzy w Inflantach)

Wojewoda kijowski Konstantyn Wasyl Ostrogski zapuścił się 300 kilometrów w głąb ziem moskiewskich. Filon Kmita ze swoimi oddziałami husarzy i kozaków spustoszył Smoleńszczynę i dotarł pod Dorohobuż (90 kilometrów na wschód od Smoleńska). Kmita okazał się bardzo skuteczny w swoich działaniach. W jego ślady poszedł Jan Oryszowski, który zaatakował Siewierszczyznę i spalił Starodub (300 kilometrów na południe od Smoleńska). Kmita uaktywnił się ponownie w 1581 roku, gdy poprowadził 1000 koni w kierunku Nowogrodu Wielkiego. Jego oddziały dotarły pod Chołm, leżący 300 kilometrów na północny-wschód od Połocka, a następnie spustoszyły ziemie moskiewskie aż do Starej Russy (okolic jeziora Ilmen), która leżała zaledwie 100 kilometrów od Nowogrodu.

Zagon z 1581 roku przyniósł Krzysztofowi Radziwiłłowi przydomek „Piorun” (na ilustracji portret Krzysztofa Radziwiłła pędzla Marcella Bacciarellego, 1781 r.)

Nie inaczej było w czasie ostatniej wyprawy batoriańskiej – na Psków. Wówczas Krzysztof Radziwiłł i Kmita poprowadzili największy zagon w tej wojnie, składający się z 6000 szabel (głównie jazdy litewskiej i husarii koronnej). Zagon przemieszczał się o około 25 kilometrów dziennie, co pozwalało zaskoczyć nieprzyjaciela. W ciągu dwóch tygodni polskie oddziały dotarły aż do Rżewa, 400 kilometrów na wschód od Połocka.

Zaledwie 50 kilometrów na wschód od Rżewa, w Staricy, przebywał Iwan Groźny w otoczeniu zaledwie 700 żołnierzy. Radziwiłł i Kmita obawiali się jednak, że przy carze przebywają znacznie większe siły, ostatecznie zrezygnowali więc z ataku na jego kwaterę i splądrowali jedynie okolice Rżewa. W konsekwencji dowódcy litewscy stracili szansę pojmania władcy, jednak sam fakt zapuszczenia się zagonu Rzeczypospolitej tak daleko w głąb państwa moskiewskiego wywołał panikę w obozie wroga.

Car uciekł ze Staricy, a zagon polsko-litewski ruszył wzdłuż Wołgi na Sieliżarowo, a następnie na Tropiec w okolicach Wielkich Łuków. Stamtąd wyprawił się na Chołm i Starą Russę, skąd skręcił na zachód i dotarł pod Psków. Przez 77 dni zagon przebył 1400 kilometrów niemiłosiernie plądrując ziemie moskiewskie.

Żołnierska pogarda

W czasie wojen z czasów Zygmunta Augusta i Batorego w Rzeczypospolitej utrwaliły się negatywne wyobrażenia na temat Państwa Moskiewskiego. Obydwa mocarstwa dzieliło niemal wszystko: odmienny ustrój polityczny i społeczny, różnice kulturowe i wyznaniowe oraz konflikt geopolityczny o prymat w Europie Wschodniej. Wszystko to znalazło odzwierciedlenie w zachowaniu polskich wojsk w okresie Wielkiej Smuty, kiedy państwo carów było wzdłuż i wszerz przemierzane przez żołnierzy Rzeczypospolitej. Trzeba przy tym odróżnić armię królewską, która zdobyła Smoleńsk, wygrała bitwę pod Kłuszynem i obsadziła Moskwę, od najemników i zwykłych awanturników służących w armiach samozwańców.

W okresie dymitriad powstało wiele pamiętników polskich żołnierzy przybliżających ówczesne wydarzenia, m.in. autorstwa Mikołaja Marchockiego, Samuela Maskiewicza, Stanisława Niemojowskiego czy Józefa Budziłły. Wszystkie te pamiętniki podkreślają niechęć miejscowej ludności do wojsk Rzeczypospolitej, a z drugiej strony „grubiaństwo wielkie między prostym ludem” (moskiewskim).

Szlachta służąca w armii polsko-litewskiej miała poczucie przewagi kulturalnej. Wynikała ona z braku klasycznego wykształcenia elit moskiewskich, połączonego z nieznajomością ówczesnej Europy (wielu szlachciców polsko-litewskich kształciło się na zachodnich uniwersytetach) oraz niskim poziomem intelektualnym duchowieństwa prawosławnego.

Polskie pamiętniki z czasów dymitriad są świadectwem poczucia wyższości polskiej szlachty względem mieszkańców Państwa Moskiewskiego (na ilustracji Dymitr Samozwaniec w stroju koronacyjnym. Portret autorstwa Szymona Boguszowicza, ok. 1606 r.)

Polacy i Litwini twierdzili pogardliwie, że Państwo Moskiewskie zamieszkują sami niewolnicy, których charakteryzuje niesłychany poziom dewocji religijnej. Przykładowo Maskiewicz dziwił się, że kiedy wojsko królewskie zabrało chłopom bydło ukryte w lesie, ci obrażeni powiesili święte obrazy (ikony) na drzewach do góry nogami. Jeden z chłopów, zobaczywszy, że żołnierz kradnie mu krowę, rzucił święty obraz w gnój, ponieważ nie obronił go przed rabunkiem.

Czy to oznacza to jednak, że w wojsku królewskim istniało większe przyzwolenie na grabieże i inne przestępstwa na terytorium wschodniego sąsiada? Postępowanie żołnierzy raczej nie różniło niczym od tego, co zwykle serwowali oni cywilom w innych krajach, a pogardliwy stosunek Polaków i Litwinów do mieszkańców państwa carów często znajdował upust w wyzwiskach.

Cerkwie zamienione na stajnie

Różnice wyznaniowe sprawiały, że ofiarą żołnierzy często stawały się cerkwie i monastery. Jak czytamy w jednym ze źródeł: „Pacholikowie litewscy i kozacy, stojąc w Suzdalu, wdzierają się, dworianom i dzieciom bojarskim, zakonnikom i osiadłym ludziom zniszczenie i gwałty wielkie [czynią] […] klasztorne dobra ograbili i spalili”.

Jeszcze dobitniej pisał o grabieżach cerkwi autor tej relacji: „Bożoodstępcy Litwini cerkwie Boże niszczą, obrazy wydłubują, uposażenie i obicia zdejmują, prawosławną wiarę depczą, chrześcijan mordują”. Czasem żołnierze wykazywali się wielkim okrucieństwem, np. przy zdobyciu Borowska w 1610 roku: „Wpadli nasi w monastyr czerńce i cały gmin wysiekli, monaster i cerkiew splądrowali”.

Kolejny z przekazów mówi: „Wiele w Siewierskiej krainie miast wzięli […] i wiele cerkwi i klasztorów zdobyli i zniszczyli, i szczątki cudotwórczych relikwii rozsiekli i cudotwórcze relikwie zbeszcześcili, i w wielu Bożych cerkwiach konie trzymali i w ich wnętrzu mieszkali”. Przypomina to późniejsze postępowanie Szwedów w Polsce w czasie „potopu”.

Nie oznacza to bynajmniej, że panowała zupełna samowolka. W tym miejscu warto podkreślić, że tego typu działania obniżały zaufanie między królewskimi wysłannikami a bojarami, którzy chcieli porozumieć się w sprawie obsady tronu carskiego. Przesadne okrucieństwo wzbudzało wściekłość hetmana Żółkiewskiego. Znany jest przypadek, kiedy jeden z polskich rotmistrzów, Jakub Bobowski, oddał miejscowym pachołka, który zgwałcił córkę bojara. Niekiedy Rosjanie sami próbowali wymierzać sprawiedliwość, co prowadziło najczęściej do krwawych potyczek z wojskiem królewskim.

Obrońcy Ławry Troicko-Siergijewskiej oblężonej przez wojska polskie wspierające II Dymitra Samozwańca (obraz pędzla Wasilija Pietrowicza Wierieszczagina, 1891 r.)

Zachowanie Polaków w czasach dymitriad znalazł odzwierciedlenie także w pamiętnikach pisanych przez kupców angielskich i holenderskich. Nie mieli oni dobrego zdania o żołnierzach Rzeczypospolitej, choć ich opinie były determinowane przez protestanckie wyznanie oraz powierzchowność ocen. Czyniąc za przykład działania Lisowczyków, utożsamiali ich z całym wojskiem polsko-litewskim. W relacjach tych występują po prostu „Polacy”, przedstawiani jako okrutni i podstępni, co stwarzało jednostronne przekonanie, że opisywane grupy wojskowych były reprezentatywne dla wszystkich armii Rzeczypospolitej.

Polacy na Kremlu

Początkowo sytuacja wojsk Rzeczypospolitej w Moskwie była względnie korzystna, jednak stosunki z mieszkańcami miasta od początku nie układały się poprawnie. Do połowy 1612 roku garnizon otrzymywał zaopatrzenie od działających w rejonie wojsk litewskich. Później, wobec blokady miasta przez rosyjskie pospolite ruszenie, zdecydowana większość żołnierzy głodowała, a z racji dżdżystej jesieni wzmogła się śmiertelność pośród nich. Polacy bronili się wprawdzie dzielnie, ale zostali odcięci na Kremlu i w Kitajgorodzie od reszty świata. Praktyką codzienną stawał się kanibalizm.

Oblężeni, wygłodniali i pozbawieni pomocy, Polacy stacjonujący na Kremlu musieli się w końcu poddać (na ilustracji dziewiętnastowieczny obraz Ernsta Lissnera przedstawiający to wydarzenie)

Pamiętniki pełne są straszliwych opisów tamtych wydarzeń: „wpadłszy do domu Fiodora Iwanowicza Mścisławskiego zaczęli szarpać go i żądać żywności, a Mścisławski zaczął ich upominać; tamże któryś z nich uderzył go cegłą w głowę tak, że mało nie umarł”.

Jedzono dosłownie wszystko: psy, koty, szczury, myszy, ptaki, a ci którzy posdradali zmysły, próbowali nawet zjadać cegły i drewno. „W Cerkwi Objawienia Pańskiego kilka ksiąg pergaminowych znaleźliśmy; tym i trawą żeśmy żywili się — a co przed śniegiem nagotowaliśmy trawy — z łojem świecznym to jedliśmy; świecę łojową kupowaliśmy za pół złotego”. Żołnierze polsko-litewscy po kapitulacji garnizonu zostali podstępnie wymordowani.

Zagony Stefana Czarnieckiego

Okrucieństwo powstańców Chmielnickiego szokowało nawet nawykłych do brutalności mieszkańców Rzeczpospolitej (na ilustracji Chmielnicki wg Wilhelma Hondiusa, miedzioryt z 1651 r.)

Wojna, która wybuchła na ziemiach ukrainnych w czasie powstania Chmielnickiego, była niezwykle krwawym konfliktem. Postępowanie kozaczyzny wobec ludności polskiej, niemieckiej i żydowskiej było – nawet jak na standardy XVII wieczne – bestialskie, a bez przesady można powiedzieć, że wynaturzone.

Żydowski rabin i kronikarz Natan Hannower, który był świadkiem walk na kresach południowo-wschodnich, tak opisywał ich zachowanie:

z jednych zdarto skórę, a ciało rzucono psom na żer, innym obcięto ręce i nogi, a tułów rzucono na drogę. Przez ich ciała przejeżdżały wozy i tratowały ich konie. Innym zadano tyle ran, że byli bliscy śmierci, i rzucano ich na ulice. Nie mogąc rychło umrzeć, tarzali się we krwi, aż uszła ich dusza, innych grzebano żywcem. Dzieci zarzynano na łonie matek, wiele pocięto na kawały jak ryby.

Późniejsze ekspedycje wojska koronnego z lat 1651–1655 miały niewątpliwie charakter pacyfikacyjny – wojna ta, choć toczona na terytorium Rzeczypospolitej, przypominała walki w obcej ziemi. Wojska Czarnieckiego, wyprawiające się na Wołyń, Bracławszczyznę i Kijowszczyznę w czasie kampanii białocerkiewskiej (1651), żwanieckiej (1653) oraz ochmatowskiej (1654/55) nie dorównywały Kozakom pod względem wyrafinowania tortur, ale również wykazały się okrucieństwem i bezwzględnością

Czarniecki dowodził w tym czasie dużymi zagonami i stosował taktykę spalonej ziemi. W 1653 roku pisano, że jego żołnierze „w pień wszystkich wysiekli, nie folgując nikomu, nawet żonom i dzieciom, mało ich zostawiwszy”. Polski poeta barokowy Samuel Twardowski nie miał wątpliwości, że „Czarnieckiego posłano, męża w tym sprawnego. Nigdy dotąd więcej ani krwie się rozlało w tym kraju żelazem, ani ogniem spłonęło miast i włości razem jako tedy”.

Późniejszy hetman, który doświadczył pogromu w bitwie u Żółtych Wód i rzezi pod Batohem, uważał, że postępuje ze wszech miar słusznie, myślał zresztą i postępował zgodnie z przekonaniami typowymi dla swojej epoki. Będąc szlachcicem w służbie króla, traktował wydarzenia na Ukrainie jako bunt chłopstwa przeciwko legalnej władzy.

Czarniecki zapisał się na kartach historii nie tylko jako wybitny zagończyk, szarpiący wojska nieprzyjacielskie, ale także jako łupieżca. Na jesieni 1658 roku Czarniecki wyprawił się z rozkazu Jana Kazimierza do Danii przeciwko Szwedom. Przekroczył Odrę w Kostrzynie i wszedł na terytorium Brandenburgii.

Marsz był bardzo szybki, ponieważ Czarniecki nie chciał, by ewentualna niesubordynacja żołnierzy doprowadziła do zadrażnień z elektorem. Wódz trzymał wojsko żelazną ręką. Jan Chryzostom Pasek, uczestnik wyprawy, notował: „karanie zaś było o ekscesy już nie ścinać ani rozstrzelać, ale za nogi u konia uwiązawszy, włóczyć po majdanie tak we wszystkim, jako kogo na ekscesie złapano”.

Stefan Czarniecki działał na Ukrainie jak na obcym terytorium, dokonując tam krwawych pacyfikacji (na ilustracji dziewiętnastowieczny obraz Henryka Pillatiego przedstawiający Czarnieckiego w czasie nieudanego oblężenia Monasterzysk z 1653 r.)

Trzeba docenić starania ówczesnego wojewody ruskiego, by utrzymać swoje oddziały w ryzach. Zmierzał do Hamburga, a stamtąd miał ruszyć w kierunku Holsztyna. Ku jego niezadowoleniu elektor wyznaczył mu nędzne kwatery. Nie chcąc wyniszczyć własnej dywizji, zezwolił na samowolę, wprowadzając w ruch całą machinę grabieży wojskowych, od których do mordów i wypaleń wiódł tylko krok. Polacy nie czuli się w Danii dobrze, kraj ten postrzegali jako nieprzyjacielski, „niemiecki” jak wówczas mówiono, czyli wrogi – odmienny językowo i wyznaniowo.

Po fali nadużyć Czarniecki karał podwładnych i następowało chwilowe uspokojenie sytuacji. Z czasem brak żywności znów zmuszał do wymuszania kontrybucji, a ślepe koło ekscesów napędzało się samo.

***

W realiach wczesnonowożytnych nie dało się uniknąć żołnierskich grabieży na ludności cywilnej. Na tle innych armii europejskich wojska Rzeczypospolitej i tak wypadają dość korzystnie. Częściowo wynikało to z surowości artykułów wojennych oraz autorytetu hetmanów, w szczególności Jana Zamoyskiego i Stanisława Żółkiewskiego. Nie bez znaczenia był także fakt, że wojska polsko-litewskie stosunkowo rzadko prowadziły działania poza granicami Rzeczypospolitej, skupiając się na obronie rozległych granic.

Bibliografia

  • Tomasz Bohun, Polacy na Kremlu: fakty i mity, „Sensus Historiae”, t. 11 (2013), s. 71–85.
  • Beata Cieszyńska, Obrazy Polski i Polaków w Dymitriadach z perspektywy brytyjskiej, „Napis”, seria 12 (2016), s. 347–362.
  • Piotr Florek, Żołnierze pułku uświackiego Jana Piotra Spiehy wobec ludności cywilnej Państwa Moskiewskiego 1608–1612, „Studia Historyczno-Wojskowe”, t. 3 (2009), s. 54–71.
  • Tenże, Starosta uświacki Jan Piotr Sapieha i jego wojsko a prawosławni moskiewscy, „Czasy Nowożytne”, t. 2 (1997), s. 93–105.
  • Przemysław Gawron, Państwo Moskiewskie w świetle pamiętników polsko-litewskich z okresu Smuty (1603–1618), [w:] Studia z dziejów stosunków Rzeczypospolitej z Państwem Moskiewskim, red. Konrad Bobiatyński, Przemysław Gawron, Mirosław Nagielski, Inforteditions, Zabrze–Tarnowskie Góry 2013, s. 69–92.
  • Adam Kersten, Stefan Czarniecki 1599–1665, Wydawnictwo UMCS, Lublin 2006.
  • Jawein Mecula tj. Bagno głębokie. Kronika zdarzeń z lat 1648–1652 napisana przez Natana Hannowera z Zasławia i wydana po raz pierwszy w Wenecyi w r. 1653, oprac. Majer Bałaban, nakładem czasopisma Ruś, Lwów 1912.
  • Bogdan Mucha, Apogeum śmierci, czyli Wojna trzydziestoletnia 1618-48 w okolicach Żarowa i jej autorzy, [w:] Żarowska Izba Historyczna, 9 marca 2016 [dostęp: 1 września 2018], <http://www.izba.centrum.zarow.pl/artykuly/493-apogeum-smierci-czyli-wojna-trzydziestoletnia-1618-48-w-okolicach-zarowa-i-jej-autorzy>.
  • Marek Plewczyński, Wojny i wojskowość polska w XVI wieku, t. 3, Lata 1576–1599, Inforteditions, Zabrze–Tarnowskie Góry 2013.
  • Adam Przyboś, Natan Nata Hanower, „Polski Słownik Biograficzny”, t. 9 (1960–1961), s. 282.
Udostępnij

Maciej A. Pieńkowski

Ur. w 1987 r., doktor nauk humanistycznych w zakresie historii. Autor monografii „Sejmiki mazowieckie wobec problemów wewnętrznych Rzeczypospolitej w latach 1661–1665”, Oświęcim 2015, a także artykułów i recenzji naukowych publikowanych w „Czasopiśmie Prawno-Historycznym”, „Klio”, „Almanachu Warszawy”, „Saeculum Christianum”, „Tece Historyka” oraz seriach wydawniczych „Studia nad staropolską sztuką wojenną” i „Studia historyczno-wojskowe”. Uczestnik licznych konferencji naukowych i doktoranckich. Jego zainteresowania badawcze koncentrują się wokół historii parlamentaryzmu, kultury politycznej oraz wojskowości I Rzeczypospolitej w dobie panowania Wazów. Autor rozprawy doktorskiej „Sejm koronacyjny Zygmunta III i pacyfikacyjny 1589 roku”.

Maciej A. Pieńkowski