Facebook-icon
Hrabia Tytus

Potwory i magia, czyli elementy fantastyczne w dawnych relacjach polskich podróżników

We wspomnieniach polskich podróżników z dawnych epok występuje wiele elementów ponadnaturalnych, których pochodzenie trudno racjonalnie wytłumaczyć. Ich autorzy uznawali je za autentyczne, a niektórzy z nich twierdzili, że widzieli je na własne oczy.

Monopod (Jednonóg) z „Kroniki Norymberskiej” (1493 r.)

Według starożytnych i średniowiecznych wierzeń świat miało zamieszkiwać wiele przedziwnych istot humanoidalnych. Do podróżniczych relacji opisujących niektóre z nich należy dzieło nieznanego z pełnego imienia C. de Bridia, prawdopodobnie Polaka, który brał udział razem z Benedyktem Polakiem w papieskiej misji do Gujuka, władcy Mongołów. Podobnie jak inni jej uczestnicy należeli oni do zakonu franciszkanów. Wyprawie przewodził Włoch Jan di Piano Carpini. Duchowni mieli za zadanie dostarczyć władcy mongolskiemu list Innocentego IV, w którym wzywał on m.in. do przyjęcia przez Wielkiego Chana chrześcijaństwa i zaniechania mongolskich najazdów na Europę.

Jednonodzy i Psiogłowi

W kwietniu 1245 roku Carpini wyruszył z Lyonu, ówczesnej stolicy papiestwa, w towarzystwie Stefana lub Czesława, najprawdopodobniej pochodzącego z Czech. Zakonnicy jechali przez Niemcy i Czechy, a następnie wkroczyli na Śląsk, gdzie do wyprawy dołączył Benedykt Polak, a także, jak się przypuszcza, C. de Bridia. Duchowni kontynuowali podróż przez ziemie polskie, a następnie ruskie. W pierwszym większym obozie Mongołów, za Kaniowem, gdzie franciszkanie dotarli w drugiej połowie lutego 1246 roku, tamtejsi wojownicy pozwolili ruszyć dalej tylko Janowi i Benedyktowi. Czech i C. de Bridia musieli czekać na ich powrót.

Czas ten C. de Bridia spędził konstruktywnie, prawdopodobnie ucząc się podstaw języka mongolskiego i zbierając wiele informacji dotyczących tego ludu (podobnie jak wielu innych Europejczyków niepoprawnie nazywał ich Tatarami). Duchowny opisał też wiele fantastycznych istot, które Mongołowie rzekomo napotkali podczas swych podbojów:

Oprócz tego Tatarzy opowiedzieli naszym braciom, że byli w kraju ludzi, którzy mieli tylko jedną nogę i jedną rękę i w żaden sposób nie mogli im zaszkodzić ze względu na ich szybkość i siłę strzał. Albowiem jeden trzyma łuk, drugi natomiast napina strzałę silniej, niż ludzie jakichkolwiek narodów. Co do swojej szybkości, jak twierdzą, przewyższają nie tylko ludzi innych krajów, lecz także wszystkie czworonożne zwierzęta na ziemi. Dlatego przed przybyciem braci naszych do Tatarów, dwaj mężczyźni z owego ludu, ojciec i syn, przybyli na dwór cesarza Tatarów i powiedzieli: „Dlaczego usiłowaliście nas niepokoić wojnami: czy my nie przewyższamy was miotaniem strzał i prędkością biegu?”. Gdy najszybszy koń został wyznaczony do ogłoszonego wyścigu, [Tatarzy] wypuścili go w pełnym galopie naprzód. Oni natomiast w dziwny sposób zaczęli się zwijać jakby na kształt prędkiego koła i wkrótce biegli tuż za koniem, wreszcie – oddalając się od konia i Tatarów – pobiegli do własnych siedzib, co widząc Tatarzy nie chcieli więcej do nich wkraczać. Nazywają się zaś oni „Jednonodzy”.

Co ciekawe o Jednonogach, czyli Monopodach pisali już starożytni Grecy, ustalając ich siedziby m.in. w Indiach. C. de Bridia zebrał również interesujące informacje na temat wysokich lecz wątłych Paroscitów, którzy mieli odżywiać się tylko parą wodną poprzez mały otwór zastępujący im usta, a także o Psiogłowych, czyli Cynocefalach:

Mają nogi wołów od kostki w dół, głowę człowieka od potylicy aż do uszu, twarz natomiast zupełnie jak pies i dlatego nazywani są od [tej] zdeformowanej części. Wymawiają oni dwa słowa, a trzecie wyszczekują i dlatego również mogą być zwani psami. Żyją zaś w lasach, a w biegu są dość prędcy.

Wilkołak na drzeworycie Lucasa Cranacha Starszego, 1512 r.

Podobnie jak w przypadku Jednonogów, starożytni Grecy umiejscawiali te istoty m.in. w Indiach. Wygląd Psiogłowych mógł być inspirowany wizerunkami i opisami części egipskich bogów, w tym Anubisa, którzy przedstawiani byli właśnie z głową psa. Z kolei od Psiogłowych może pochodzić znany z wielu mitów i legend wilkołak.

Benedykt i Jan dotarli do Ormektui – letniej rezydencji władcy Mongołów w okolicy Karakorum – w lipcu 1246 roku. Łącznie spędzili w tamtym regionie około czterech miesięcy. Pismo papieskie zostało przekazane Wielkiemu Chanowi za pośrednictwem jego dworzan. W listopadzie 1246 roku doczekało się ono listownej odpowiedzi. Gujuk odmówił przyjęcia chrześcijaństwa i zaprzestania ataków na chrześcijan. W tym samym miesiącu posłowie wyruszyli w drogę powrotną do Europy. W maju 1247 roku franciszkanie dotarli do obozu mongolskiego, w którym czekali na nich ich dwaj towarzysze. Do Lyonu podróżnicy (nie wiadomo, czy wszyscy – na pewno Carpini) zawitali w listopadzie 1247 roku, ostatecznie kończąc wyprawę.

Relacja C. de Bridia pt. „Historia Tatarów” (łac. „Historia Tartarorum”) przez wiele lat pozostawała w zapomnieniu. Odkryto ją dopiero w 1957 roku, a opublikowano po raz pierwszy osiem lat później w Stanach Zjednoczonych w ramach większej publikacji Yale University Press.

Smoki indyjskie

Smoki obecne były w kulturze polskiej już w średniowieczu, co zaobserwować możemy na przykładzie niektórych polskich herbów i legend (stwory te znane były zresztą również i Słowianom). Co ciekawe, pewien podróżnik, Krzysztof Pawłowski (zm. 1603), stwierdził ich występowanie w Indiach. Pisał na ten temat w liście do znajomego z Krakowa w 1596 roku. Warto zauważyć, że jest to pierwsza bezpośrednia polska relacja z podróży do Azji Południowej, która zachowała się do dzisiaj – choć nie w oryginale, a w osiemnastowiecznej kopii zawierającej sporo błędów, co utrudnia zrozumienie tekstu.

Herb Księstwa Czerskiego (rys. Maciej Szczepańczyk, CC BY-SA 3.0)

Pawłowski był kupcem pochodzącym prawdopodobnie z niezamożnej rodziny szlacheckiej z Małopolski. Zapewne na początku 1596 roku wyruszył z Gdańska do Lizbony, gdzie w marcu zaokrętował się na jednym z portugalskich galeonów płynącym do Indii. Wiózł ze sobą zakupione w Gdańsku sery, które sprzedał z dużym zyskiem w Mozambiku i Goa – celu swej podróży.

W swym liście z Indii Pawłowski opisał różne interesujące go fakty, m.in.: gorący klimat, roślinność (pierwszy raz w życiu widział banany i kokosy), wygląd i skąpy ubiór tubylców, ich pożywienie, miejscowy handel, a nawet jak wyglądało tamtejsze niewolnictwo. Ciekawie też przedstawił zwierzęta oraz stosunek Hindusów wobec nich:

Do tego ma też sam ten kraj dziwnie wiele dzikich zwierzów, jako elefanty [słonie], dzikie tygry[sy], lamparty, smoki okrutne, co bar[d]zo szkodzą, lwi, niedźwiedzie czarne i podczas biały zając, kuropatwy, przepiórki, ptactwa okrutność [mnogość] wielka, a zwłaszcza nad morzem. Jedno mi to sam dziwno, że ten czarny lud mało tego używa i bije, choć mają dosyć rusznic i łuków; tedy tego nie biją, choć im ten dziki zwierz szkody wielkie po drogach czyni.

Niestety nie wiadomo, co miał na myśli podróżnik pisząc o „smokach okrutnych”. Prawdopodobnie usłyszał o nich podczas rozmowy z kimś w Goa (sam raczej nie zapuszczał się daleko w głąb lądu). Podróżnik mógł też określić w ten sposób któreś z indyjskich zwierząt, np. krokodyla błotnego, na podstawie opisu czy ilustracji, ponieważ pasowały mu do znanych w Europie wyobrażeń smoków. Dalsze szczegóły pobytu Polaka w Indiach niestety nie są znane.

Latające żółwie i wężowe kamienie

Ciekawe opisy orientalnej przyrody i medycyny możemy znaleźć w pracach jednego z najwybitniejszych jezuitów i podróżników XVII wieku, urodzonego we Lwowie Michała Boyma (1612–1659). Był on jednym z pionierów europejskiej sinologii, a także pierwszym polskim podróżnikiem, który trzykrotnie przemierzył drogę morską i lądowo-morską między Europą a Chinami. W Państwie Środka spędził łącznie kilka lat, poza tym sporo podróżował m.in. po Indiach i dzisiejszym Wietnamie.

Do elementów fantastycznych w jego twórczości możemy z całą pewnością zaliczyć opis latających żółwi ze słynnego dzieła „Flora Chin” (łac. „Flora Sinensis”), które wbrew tytułowi zawiera też sporo informacji z innych dziedzin nauki:

Skrzydlate żółwie lomaoquei żyją w niektórych prowincjach Chin, w szczególności zaś w prowincji Honan. Są zielone i niekiedy mają na łapach ciemnej barwy błony. Te twarde błony pozwalają im na latanie, a zwłaszcza na skoki, które kompensowane są poprzez wyciągnięcie łap. Łapy tych żółwi są w Chinach bardzo cenionym rarytasem. Widziałem je na własne oczy na wyspie Haynan, wcześniej zaś słyszałem o nich w Makau.

Wyjaśnienia pochodzenia latającego żółwia, jak zauważył Edward Kajdański, który od wielu lat zajmuje się badaniem życiorysu Boyma i jego dzieł, należy szukać w błędnym tłumaczeniu ówczesnej nazwy zwierzęcia. Dosłownie oznacza ona „zielonego owłosionego żółwia” (obecny zapis: lumaogui), jednak w innym znaczeniu może to być również „zielony opierzony żółw”. Ponadto w pierwszym, łacińskim wydaniu książki Boyma (Wiedeń 1656) słowo viridium („zielony”) przekręcono na vindium („unoszący się w powietrzu”), co doprowadziło do kolejnych nieporozumień.

Żółw latający z „Atlasu Chin” Michała Boyma

Oczywiście jezuita nie mógł widzieć żadnych żółwi w przestworzach, zapewne ujrzał je już spreparowane w chińskich aptekach, a resztę opisu podsunęła mu wyobraźnia. Tak czy inaczej w 1937 roku rzekomo latające chińskie zwierzę zostało zidentyfikowane przez Bernarda Reada, profesora Wydziału Farmakologii Wyższej Szkoły Medycznej w Pekinie. Miał to być przedstawiciel gatunku Geoclemys reevesii. Jego przypuszczalne upierzenie było w rzeczywistości wodorostami, które obrosły pancerz i łapy zwierzęcia.

Do przedmiotów magicznych z publikacji Boyma należy z kolei niewątpliwie tzw. „wężowy kamień”, który miał chronić przed trucizną pełzających gadów. Stosowano go w różnych regionach Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Nie musiał to być prawdziwy kamień, wykonywano go np. z kości zwierzęcej. Polski jezuita miał wysłać przynajmniej trzy tego typu przedmioty do Europy, jeden do niemieckiego jezuity Athanasiusa Kirchera, dwa zaś z Goa do wielkiego księcia Toskanii, Ferdynanda II.

Oczywiście tego typu „kamień” nie ma żadnych właściwości medycznych, chyba że pomoże on ukąszonemu zachować spokój, dzięki czemu jego przepływ krwi nie zwiększy się i toksyna nie rozprzestrzeni się szybciej po organizmie. Niewątpliwie łatwiej też zastosować u opanowanego pacjenta prawdziwe leczenie. W żadnym przypadku magiczny przedmiot nie może jednak zastąpić odpowiedniej antytoksyny i pomocy lekarskiej.

Żaden kamień nie pomoże ukąszonemu przez kobrę królewską (fot. Rushenb, CC BY-SA 4.0)

Cudowne właściwości miały mieć również wg Boyma m.in. zęby hipopotamów. Ich działanie miał on widzieć na własne oczy. Według jezuity zatrzymywały one krwawienie nawet z przeciętej tętnicy (wystarczyło przyłożyć kość zwierzęcia do rany). Rzekomo niezbędne było pozyskanie tych zębów poprzez zabicie hipopotama. Oczywiście powyższe informacje nie są prawdziwe.

Gadające delfiny i magiczne grzyby

Nadprzyrodzonych zjawisk doświadczyć miał podczas swego zesłania na Kamczatkę Józef Kopeć (1758/1762–1827), weteran powstania kościuszkowskiego. Polak przebywał na wspomnianym półwyspie w latach 1796–1798. Z powodu złego stanu zdrowia (do niewoli dostał się ranny) i dość kiepskich metod „leczenia” – w tym upuszczania krwi i podawania do picia spirytusu pędzonego na tamtejszych roślinach – a być może również przez monotonię niewoli i przygnębienie, Kopeć miał doświadczać w tym okresie różnych halucynacji w czasie spacerów nad brzegiem oceanu. Tak opisywał je w wydanych po powrocie z zesłania wspomnieniach:

Lecz niestety! Co za odmiana we wszystkim. Wszystko mi się opacznie pokazuje i zdaje. Nagła radość, choroba z niej wynikła, równie jak i sposób niesłychany leczenia, odmieniwszy słabość moją w gatunek pomieszania, były przyczyną, iż każdy przedmiot nastręczający się oku mojemu, inaczej mi się ukazywał, jak był w istocie. Zwykle igrające wpośród bałwanów morskich lub wyrzucone gwałtownością pędu fale, rozmaite twory wodne, wystawowały mnie widok naszych procesji, całe zakony mnisze idące z krzyżem. Uderzony tymi przedmiotami biegłem do morza z wyciągnionymi rękoma naprzeciw nich, i pewnie bym został ofiarą mojego obłąkania, gdyby mnie straż nie wstrzymała.

Niestety, w obawie przed negatywną reakcją czytelników Kopeć nie wspomniał o najciekawszych omamach, które przydarzyły mu się na Kamczatce. Po latach owe wytwory wyobraźni dawnego zesłańca opisał Antoni Pawsza, u którego rodziców w Lisowszczyźnie pod Owruczem przebywał on przez jakiś czas:

Jednego roku pokazały się bardzo piękne delfiny w postaci pięknych kobiet i zaczęły mówić do niego, a proszę zgadnąć w jakim języku? A to po łacinie. Nikt temu opowiadaniu nie wierzył, a jednakże on najmocniej zaręczał, że tak było istotnie i tak codziennie chodził na rozmowę. Piękne delfiny uspokajały go pocieszając nadzieją, że egzystencja kraju polskiego będzie przywróconą i że Polska będzie piękną, bo rozciągać się będzie od Czarnego do Bałtyckiego Morza.

Poza niecodziennymi rozmówcami Kopeć doświadczył pod koniec pobytu na Kamczatce przynajmniej jeszcze jednej magicznej chwili. Ponieważ były powstaniec znów źle się czuł, otrzymał od towarzyszącego mu prawosławnego duchownego (nazywanego przez Polaka „Ewangelistą”) rosnący na półwyspie grzyb, który, jak zapewniał kapłan, nie tylko poprawia zdrowie, ale jest również w stanie pokazać człowiekowi jego przyszłość.

„Delfiny w postaci pięknych kobiet”, jakie miał widzieć Józef Kopeć nie miały tak złych zamiarów jak te, które zaatakowały Odyseusza i jego załogę. Chciały jedynie… porozmawiać („Ulisses i syreny” – obraz Herberta Jamesa Drapera)

Za pierwszym razem zesłaniec zjadł tylko część przygotowanej mu porcji. Wówczas wydawało mu się, że przeniósł się do wspaniałego ogrodu przepełnionego różnymi barwami, kształtami i zapachami. Przebywające tam piękne kobiety miały mu ofiarować owoce i kwiaty. Jeszcze ciekawsze omamy miał Kopeć, kiedy zjadł drugą, większą dawkę grzyba, podczas snu, który trwał łącznie ponad dobę:

W tych widzeniach, com postrzegał i przez com przechodził, są rzeczy, którem czuł, widział lub doświadczał niegdyś, i te których nigdy nawet w myśli obrazu nie czyniłem sobie. Mogę jednak nadmienić, że od powzięcia pierwszych wiadomości życia, to wszystko com od 5 lub 6 lat wieku mojego widział przed sobą, wszystkie przedmioty, osoby, którem w dalszym ciągu znał, z którymim jakie miał stosunki, wszystkie zabawy, zatrudnienia, czynności z kolei, dzień po dniu, rok po roku, słowem całej przeszłości obraz stawał obecny oczom moim. Co się zaś tyczy przyszłości, snuły się rozmaite obrazy, które jako są skutkiem marzenia, nie zajmą tu miejsca osobnego. Winienem z tym wszystkim dodać, iż jakby skutkiem magnetyzmu natchniony, trafiłem na niektóre pomyłki mego Ewangelisty i ostrzegłszy go, aby się w tym poprawił, uważałem, iż przyjął te przestrogi prawie za głos objawienia.

Wizje opowiadane przez dawnego powstańca nie zostały przyjęte na ziemiach polskich zbyt przychylnie, sądzono nawet, że Kopciowi podczas zesłania pomieszały się zmysły. Niewielu wówczas wiedziało, że faktycznie istnieją grzyby o silnych właściwościach halucynogennych, które stosują m.in. mieszkańcy Kamczatki – w tym przypadku miał to być muchomor czerwony. Warto zauważyć, że choć Kopeć w spisanych przez siebie wspomnieniach z dystansem podchodził do szamanów i ich rytuałów, to jednak opisane powyżej wydarzenie może się z nimi kojarzyć. Być może pozytywne nastawienie do kuracji zastosowanej przez „Ewangelistę” spowodowane było faktem, że był to chrześcijański duchowny. Stan zdrowia zesłańca miał się poprawić, ale tylko chwilowo.

Czy takie było źródło wizji Józefa Kopcia? (fot. JJ Harrison, CC BY-SA 3.0)

Pełna wersja wspomnień Kopcia ukazała się po raz pierwszy w Berlinie w 1863 roku pt. „Dziennik Józefa Kopcia, brygadiera wojsk polskich”. W kolejnych latach były one wielokrotnie wznawiane. Powyższe cytaty, w tym fragment relacji Antoniego Pawszy, pochodzą z naukowo opracowanego wydania z 1995 roku. Relacja Kopcia jest wszechstronnym opisem Kamczatki zawierającym informacje o jej florze, faunie, geografii, klimacie i mieszkańcach. Obecnie uważana jest za wiarygodne źródło historyczne.

***

Jak widać na powyższych przykładach, elementy fantastyczne w dawnych relacjach polskich podróżników pojawiały się z różnych powodów. Czasem autorzy pozyskiwali je od innych osób – np. na temat różnych potworów i humanoidalnych istot, innym razem był to wytwór ich wyobraźni, a niekiedy również środków halucynogennych. Tak czy inaczej byli oni przekonani o ich prawdziwości.

Wraz z coraz lepszym poznaniem świata i poszerzaniem wiedzy na jego temat, potwory i magia zaczęły coraz częściej ustępować miejsca naukowym i racjonalnym wyjaśnieniom różnych zjawisk i wydarzeń. Tymczasem legendarne stwory i mistyczne przedmioty stały się domeną dyscyplin naukowych zajmujących się szeroko pojętą kulturą. Na stałe zadomowiły się one również w kulturze masowej.

Bibliografia

  • Mateusz Będkowski, Polacy na krańcach świata: średniowiecze i nowożytność, wydawnictwo Promohistoria, Warszawa 2017.
  • Mateusz Będkowski, Polacy na krańcach świata: XIX wiek. Część II, wydawnictwo Promohistoria, Warszawa 2015.
  • Michał Boym, Michała Boyma opisanie świata, oprac. Edward Kajdański, Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 2009.
  • C. de Bridia, Historia Tatarów, [w:] Spotkanie dwóch światów. Stolica Apostolska a świat mongolski w połowie XIII wieku. Relacje powstałe w związku z misją Jana di Piano Carpiniego do Mongołów, red. Jerzy Strzelczyk, Poznań 1993, s. 233–267.
  • Józef Kopeć, Dziennik Józefa Kopcia brygadiera wojsk polskich, oprac. Antoni Kuczyński i Zbigniew Wójcik, Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, Warszawa–Wrocław 1995.
  • Krzysztof Pawłowski, List z Indii, [w:] Antologia pamiętników polskich XVI wieku, red. Roman Pollak, Ossolineum, Wrocław–Warszawa–Kraków 1966, s. 174–182.
Udostępnij

Mateusz Będkowski

Absolwent Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. W 2011 roku obronił pracę magisterską pt. „Wyprawa Stefana Szolc-Rogozińskiego do Kamerunu w latach 1882–1885”, która została opublikowana w Zielonkowskich Zeszytach Historycznych (nr 2/2015). Interesuje się losami polskich podróżników i odkrywców na przestrzeni dziejów, szczególnie w XIX wieku. Na ich temat publikował artykuły m.in. w czasopismach „Mówią Wieki” i „African Review. Przegląd Afrykanistyczny”, a także w portalu „Histmag.org”. Część z tych tekstów znalazła się w czterech ebookach autora z serii „Polacy na krańcach świata” wydanych w latach 2015-2017.

Mateusz Będkowski